goście  + -


kaś design
blog.pl
***
Gdy jechałam dziś pociągiem, nagle przyszła mi do głowy pewna myśl. Uświadomiłam sobie, że tak naprawdę, gdyby kiedyś tam, w przeszłości, pewna rzecz mi się udała, ominęłoby mnie wiele innych spraw - a zwłaszcza parę bardzo istotnych znajomości. Znowu ten angielski trzeci okres warunkowy, czyli spekulowanie na temat przeszłości: "If I had...". A może czasem lepiej, że coś nie wyjdzie? Chociaż, kto wie - może jeśli nie zdarzyłoby się to wtedy, to kiedy indziej, jeśli nie w tamtych okolicznościach, to w innych...

***

Skąd się bierze intuicja? Wydawało mi się, że jestem nieodgadniona i nieprzenikniona - a tymczasem okazuje się, że można mnie przejrzeć na wskroś. Może intuicja osoby, która to potrafi, jest naprawdę nieprzeciętna? Do tej pory jestem w lekkim szoku. Ja nie umiem przejrzeć innych - ciągle mi się tylko coś wydaje, coś wyobraża... Podziwiam, naprawdę.
greeneye 2004-09-04 21:49:15 skomentuj (8)
***
A propos jednego z komentarzy do poprzedniej notki, tego o względności słowa "obok" ;) Tak jest, przyznaję się do swojego zakręcenia. Koleżanka, autorka w/w komentarza, określiła kiedyś tego typu osoby jako "zakręcone jak ruski słoik dżemu". Nigdy nie miałam do czynienia z ruskimi słoikami dżemu i nie wiem, w jakim stopniu są one zakręcone, ale wnioskuję, że nieprzeciętnie - niemal tak, jak ja ;)

A nieporozumienie wzięło się stąd, że wprawdzie mam komórkę, jednak nie wiadomo, do czego ona mi służy - raczej nie do komunikacji :] Mogą to poświadczyć chyba wszyscy, którzy próbowali się do mnie dodzwonić. Jest ona bowiem niemal zawsze:
- wyłączona,
- rozładowana,
- ma źle wyregulowaną głośność, tak więc idąc ruchliwą ulicą w deszczu jestem jedynie w stanie odróżnić oderwane strzępki informacji:"McDonald's", "Dworzec Centralny" i "tramwaj", a z prób ich skojarzenia wychodzi... to co w komentarzu poniżej, czyli względność słowa "obok" ;))))

***

Weszłam do pracy pierwszy raz po urlopie. Jedyne adekwatne określenie - chaos. Połowy osób nie znam. Wszystko poprzestawiane. Sala 101 zajęta przez grafików pracujących nad reklamą szkoły, więc czasowo mnie stamtąd eksmitowano. Poza tym mam jeszcze pięć towarzyszek niedoli - lektorek zatrudnionych na etat. Wczoraj naklejałyśmy adresy na koperty, a tak naprawdę to kleiłyśmy głupa ;) Dzisiaj zajęcie bardziej intelektualne - wymyślanie konkurencji do szkolnego konkursu. Teoretycznie powinnyśmy siedzieć po 8 godzin dziennie. Ale ponieważ nie mają za bardzo co dać nam do roboty, zadanie na dany dzień kończymy po 5 godzinach i możemy iść do domu. No, tak to ja mogę pracować :) Wożą mnie do pracy i przywożą z powrotem (zmotoryzowana koleżanka, która blisko mieszka i jej po drodze). Częstują ciastkami, cukierkami, colą i mineralną (inicjatywa dyrekcji - "by wam się dobrze myślało). Przynieśli radio ("żeby wam nadawało rytm do pracy" - podczas gdy biurowcy mają kategoryczny zakaz słuchania radia w pracy, bo to ponoć rozprasza). Jest tylko jeden problem - nigdy nie wiem, kiedy kończę pracę. Ale w końcu za dużo oczekiwać nie można ;)

***

Sytuacja prawie jak z mojego niedawnego snu. Szłam przed chwilą ulicą, dźwigając zakupy spożywcze. Kilkanaście metrów od domu jedna z toreb rozerwała się, a zawartość wypadła na chodnik. Pod sąsiednim domem stało paru osobników podejrzanego autoramentu. Mój "wypadek" skwitowali chichotami, nieatykułowanymi odgłosami i niewybrednymi komentarzami. No tak, kultura osobista ginie w narodzie :/ Ale szczęście w nieszczęściu, że nie niosłam jajek ani pomidorów :>
greeneye 2004-09-02 21:05:17 skomentuj (9)
Względność
Co to znaczy "wolny komputer"? Pojęcie względne. Według mojej koleżanki z pracy, jej jest wolny. Znaczy to, że gdy go włącza rano, to zanim da się cokolwiek uruchomić i korzystać, ona może spokojnie się ubrać oraz zrobić śniadanie i jeszcze kawę. Ja, zanim będę w stanie korzystać z mojego, mogę się ubrać, zrobić śniadanie, zrobić kawę, zjeść śniadanie (inna sprawa, że zwykle jest ono minimalne) i wypić kawę przeciętnie do połowy. Przyczyna: beznadziejnie zawalony twardy dysk, a nic się wyrzucić nie da, bo przecież wszystko jest potrzebne. Poza tym coś z pamięcią - mój komputer co jakiś czas sygnalizuje mi rozpaczliwie: "Za mało pamięci wirtualnej, komputer zwiększa rozmiar pliku stronicowania; przez pewien czas niektóre aplikacje mogą nie działać właściwie" czy coś w tym rodzaju. Niektóre aplikacje wykazują znaczną niesubordynację i bez tego - np. gdy są uruchomione trzy naraz, zawsze i nieodmiennie któraś się wiesza, a najczęściej jest to GG...

Inny przykład na względność znaczenia pojęć - "wcześnie" i późno". Oto zestawienia ich znaczeń w rozumieniu moim i mojej mamy.
Według mnie:
- godz. 6.30 - środek nocy, co za kretyn wymyślił, żeby o tej porze wstawać do pracy, kogoś takiego powinno się ... (tu następuje lista wymyślnych tortur), a koty, którym zachciewa się śniadania o tej porze, też powinny się poważnie zastanowić, zanim zamiauczą ;)
- godz. 9.00 - w weekendy i podczas urlopu - nadal o wiele za wcześnie, czego moja szanowna rodzicielka nie jest w stanie zrozumieć; zawsze o tej porze zaczyna stukać kubkami i szklankami oraz włącza głośno radio, dziwiąc się: "Już późno, jak ty możesz jeszcze spać?"
- godz. 11 - ewentualnie można wstać, jeśli już tak koniecznie trzeba ;)
- godz. 23-1 - wczesny wieczór - dla mnie szczyt formy i aktywności umysłowej;
- godz. 3-4 - ewentualnie można iść spać, gdy siedzenie przy komputerze lub czytanie już się znudzi.
Według mojej mamy:
- godz. 6.30 - za wcześnie, ale można sobie przemówić do rozsądku i wstać, gdy sytuacja tego wymaga
- godz. 8.30-9 - optymalna pora wstawania,
- godz. 10 - optymalna pora, by ( w warunkach weekendowych i urlopowych) udać się do pokoju córki i nakazać kategorycznie: "Wstawaj leniu, bo kołdrę z ciebie ściągnę!" ;)
- godz. ok. 24 - pora przysypiania przed telewizorem,
- godz. ok. 1 - ewentualny przebłysk świadomości: "Co ty tam jeszcze robisz przed tym koputerem!"
- godz. 3-4 - najgłębsza, najczarniejsza noc, gdy wszyscy przyzwoici ludzie powinni już dawno spać.

Kolejne dowody na to, ze te same słowa mogą mieć różne znaczenia :)

***

W środę kończy mi się wolność - bleeeee... I nie będę rozpamiętywać, ile rzeczy planowałam zrobić w ciągu tego urlopu a nie zrobiłam. Nie miałam nastroju i tyle. To był jakiś taki miesiąc - na brak nastroju i chęci do czegokolwiek...
greeneye 2004-08-30 22:21:11 skomentuj (12)
***
Znowu sen z uparcie, obsesyjnie powracającej serii. Śniło mi się, że wracam do pracy po urlopie i od razu oznajmiają mi: "Sytuacja awaryjna, nie ma kto poprowadzić lekcji z grupą młodzieżową dla początkujących. Musi pani do nich pójść i zająć ich przez półtorej godziny". I tak mam iść na lekcję kompletnie nieprzygotowana, z podręcznikiem, którego nawet nie miałam okazji przejrzeć, nie wiedząc, co było wcześniej, do grupy, której nigdy wcześniej nie widziałam.

Wchodzę. Pierwszy rzut oka: nie jest dobrze. Grupa znudzonych 12-13-latków, których marzeniem jest znajdować się wszędzie indziej, tylko nie tu. Nikt nie ma podręcznika (co ja będę z nimi robić???). Patrzą spod oka. Ja przeglądam w panice podręcznik, szukając czegoś, czym można by ich zająć. Chwila męczącej, pełnej napięcia ciszy. Torba, którą położyłam na biurku, przewraca się i cała zawartość wypada na podłogę. W panice zaczynam to wszystko zbierać, przy akompaniamencie chichotów.
- Ty, kto to jest? - słyszę z grupy.
- Chyba jakaś nauczycielka.
- To ma być nauczycielka? Ona chyba jeszcze matury nie zdała!
Śmiech na sali.
Czerwona jak burak i upokorzona do granic możliwości, łapię torbę i wypadam z sali, nie zwracając uwagi na te kilka rzeczy, które jeszcze zostały na podłodze. Trzaskam drzwiami i wybiegam na ulicę, obiecując sobie nigdy tam już nie wrócić...

Tego typu sny miewam co jakiś czas. I za każdym razem przywołują one wspomnienia z życia gimnazjum numer... lepiej może przemilczę, który. To tam właśnie pracownia j. angielskiego miała nr 101 i był on, moim zdaniem, jak najbardziej adekwatny. Tam pracowałam od września 2001 do lutego 2002. A oto parę scenek...

***

Nowa dyrekcja stworzyła potwora pod tytułem klasa ID. Klasy IA i IB miały być "lepsze", złożone z samych dobrych uczniów, natomiast wszystkich tzw. trudnych, drugorocznych czy nawet wielokrotnie powtarzających klasę, z różnego rodzaju zaburzeniami i orzeczeniami, reprezentujących różne patologie społeczne - zepchnięto do tej nieszczęsnej ID. Co starsi stażem nauczyciele, gdy zobaczyli skład, zaczęli dowcipkować: "Zanim ktoś do nich wejdzie na lekcję, będzie musiał zaopatrzyć się w zatyczki do uszu i zestaw środków uspokajających, a przydałby się jeszcze kask ochronny". Sprawdziło się co do joty. Idąc tam na lekcję byłam niemal chora. Na lekcjach panował chaos i hałas nie do wytrzymania i nie do opanowania. Pracowałam praktycznie z czwórką - piątką uczniów na 18 zapisanych na liście - reszta albo notorycznie nie chodziła, albo zajmowała się wszystkim, tylko nie lekcją, nie wykazywała cienia dobrej woli, a na zwracanie uwagi reagowała wyzwiskami i przekleństwami pod moim adresem. Uwagi i negatywne oceny nie pomagały - bo jakie wrażenie mogły zrobić na uczniach, którzy miewali przeciętnie po 6-7 jedynek na semestr, z zachowania nigdy nie mieli innej oceny niż niepodpowiednia, a i tak wiedzieli, że zostaną przeciągnięci za uszy do następnej klasy, bo nikt nie będzie chciał się z nimi dłużej męczyć? Rozmowy z rodzicami też nic nie dawały. Najczęstsza reakcja - brak reakcji. Jeśli jakakolwiek reakcja była, to coś w stylu: "Co też pani opowiada, to takie dobre dziecko!" albo: "Jego trzeba trzymać w ryzach, silną ręką, a pani najwyraźniej nie potrafi." Opinie rodziców przekazywane mi przez zgnębioną koleżankę - wychowawczynię ID po zebraniach: "Jeśli nauczyciel sobie nie radzi, to nie nadaje się do zawodu i nie powinien uczyć". Nauczyciele z 20-letnim stażem bali się w tej klasie odwrócić twarzą do tablicy, by czymś nie dostać...

***

Inna klasa - IIIF. Nie tak fatalna pod względem poziomu i ocen, za to pełna osób perfidnych i złośliwych, uwielbiających uprawiać coś na zasadzie gry w kotka i myszkę z nauczycielem. Na przykład - zauważyłam, że systematycznie giną mi długopisy i markery. Jednocześnie u paru osób z klasy zauważyłam identyczne. Nic nie dało się udowodnić, bo przecież za rękę nie złapałam...

***

Inna typowa sytuacja - siedzę i wpisuję temat do dziennika, gdy nagle czuję uderzenie czymś ostrym, ok. 2 cm od oka. Ktoś rzucił we mnie długopisem. Wstaję i patrzę oskarżycielsko na grupę. Pytam (może i głupio, ale co innego mogło mi przyjść do głowy?):
- A co by było, gdybym dostała w oko?
Głos z klasy:
-Toby pani była zezowata.
Śmiech na sali. Dobiega mnie komentarz z pierwszej ławki:
- Może się rozpłaczesz?

***

Pytanie uczennicy:
- Ma pani samochód?
- A dlaczego chcesz wiedzieć?
- A, tak z ciekawości pytam.
- Nie mam.
- To niech się pani cieszy, bo już byłby porysowany i miałby poprzebijane opony.

***

Inna uczennica, gdy postawiłam jej ndst za brak pracy domowej:
- Ty k***, niech cię dopadnie mój brat i jego koledzy! Tak cię urządzą, że cię rodzona matka nie pozna! Do końca życia będziesz się bała wyjść na ulicę!

***

Niedługo przed świętami nastąpił moment zwrotny. Na którejś lekcji doprowadzono mnie do takiego stanu, że przestałam reagować na cokolwiek czy podejmować jakiekolwiek próby opanowania sytuacji. Siedziałam i liczyłam minuty do przerwy, powtarzając sobie:"Mnie tu nie ma, to się nie dzieje, to się nie może dziać... Jestem gdzie indziej..." Po jakimś czasie niektórzy uczniowie zauważyli, że coś jest nie tak. Próbowali zwrócić na siebie uwagę, ale udawałam, że nie widzę i nie słyszę. Wiedziałam jedno - ja tam nie jestem w stanie wrócić. W każdym razie nie do świąt. Wymyśliłam sobie jakąś chorobę i następnego dnia poszłam do przychodni. Prawdę mówiąc nie liczyłam specjalnie, że to zadziała, ale jakimś cudem dostałam zwolnienie do samych ferii świątecznych. Wkrótce potem zbalazłam w lokalnej gazecie ogłoszenie, że poszukują osób w moim obecnym miejscu pracy. Złożyłam CV i zostałam przyjęta. Musiałam jednak zostać w gimnazjum do końca półrocza; mało tego, dyrekcja postawiła warunek, ze mi nie dadzą odejść, jeśli nie znajdą kogoś na moje miejsce - przecież te wszystkie grupy nie mogą zostać bez zajęć w połowie roku (a miałam prawie półtora etatu). Owszem, mieli swoje racje, ale ja byłam tak zdesperowana, że nie chciałam tego wziąć pod uwagę i byłam gotowa w razie potrzeby zerwać umowę - nawet gdyby mieli skierować sprawę do sądu pracy. Na szczęście obeszło się bez tego.

***

To chyba najdłuższa notka, jaką tu umieściłam. Nie wiem, czy ktokolwiek będzie w stanie doczytać ją do końca. Ale może uda mi się choć częściowo podważyć panujący gdzieniegdzie stereotyp: "To taka łatwa i pewna praca, trzeba się starać tylko przez pierwszy rok, potem już nawet nie trzeba się przygotowywać, tak mało godzin, tak dużo urlopu... Ci to mają dobrze!" Gdy coś takiego słyszę lub czytam, to mam wrażenie, że wyjdę z siebie. Jeśli ktokolwiek z Was planuje kiedykolwiek zostać nauczycielem - zastanówcie się poważnie. Ja szczerze odradzam. Już dawno postanowiłam, że cokolwiek by się stało, nie wrócę do szkolnictwa państwowego. Wolałabym już podjąć pracę znacznie poniżej swoich kwalifikacji.

Z drugiej strony wiem, że nie wszędzie jest tak. Są szkoły, gdzie nauczyciele nie boją się wchodzić. Są sympatyczni, inteligentni i myślący gimnazjaliści, skrajne przeciwieństwo tych opisanych powyżej. Ale tak czy inaczej mam pewność, że ja się absolutnie do tego zawodu nie nadaję. Zauważyłam bowiem, ze nawet w tych lepszych i spokojniejszych klasach radziłam sobie gorzej niż ktokolwiek inny. Do tej pory się czasem zastanawiam, gdzie tkwił błąd. W nieumiejętności zdobycia autorytetu? Ale co w takim razie warunkuje tę umiejętność? Jakich ludzi się szanuje? I co we mnie było ( a czasem mam wrażenie, że nadal jest) co ten szacunek wyklucza? To, że nie umiem rządzić, kierować? To, że zawsze chciałam postępować z innymi pokojowo i po partnersku, nawet z uczniami, podczas gdy z niektórymi absolutnie się nie dało? To, że czasem, by załagodzić atmosferę i uniknąć konfliktu, idę na ustępstwa lub udaję, że pewnych rzeczy nie widzę, a to jest brane za łatwowierność i naiwność, przez co inni dochodzą do wniosku, ze można mi wejść na głowę? Nie wiem, pewnie wszystkiego po trochę. Zawsze chciałam, by ludzie mnie szanowali, a nie wiem, jak ten szacunek zdobyć...


greeneye 2004-08-27 21:50:53 skomentuj (20)
***
Zastanawiam się, czy czegoś nie porzucić... Czy nie zamknąć za sobą pewnych drzwi... Było coś, co miało mi pomóc, a tylko wprowadziło utrudnienia. Jedni znajdują sens, a inni go tracą.

***

Przekonałam się, że bardzo źle znoszę bagatelizowanie moich problemów. Bywaja chwile, gdy człowiek jest zupełnie sam.

***

"Jak najskuteczniej skomplikować sobie życie" - na taki temat mogłabym pisać już nawet nie pracę magisterską, ale doktorat. Mogłabym udzielać specjalistycznych konsultacji wszystkim tym, którzy uważają, że ich życie jest zbyt łatwe, a przez to nudne.
greeneye 2004-08-23 23:07:39 skomentuj (9)
***
Jakie jest największe kłamstwo świata? Że każda potwora znajdzie swego amatora. Egzemplarze wybrakowane nie znajdują.
greeneye 2004-08-22 02:55:08 skomentuj (20)
***
Kontynuacja wątku o deszczu i oberwaniu chmury. Są słowa, które dla mnie bardzo dużo znaczą. Są osoby, dla których te same słowa nie znaczą nic.


greeneye 2004-08-22 02:15:32 skomentuj (2)

 

STATYSTYKI ODWIEDZIN STRON WWW