::strona główna::


***
Na razie znikam z bloga.Nie wyjeżdżam ani nic w tym rodzaju. Po prostu zbyt wiele jest rzeczy, których nie rozumiem. O ileż łatwiej mają ludzie, którzy wszystko wyjaśniają wprost, wszelkie niedomówienia i nieporozumienia... O ile łatwiej jest z takimi postępować... Ile jest niepotrzebnych, bezsensownych spraw... Nie wiem, kiedy wrócę. Do zobaczenia w lepszych czasach - może niedługo.
greeneye 2004-08-01 11:28:55 skomentuj (21)
***
Nie pisałam, bo sądziłam, że gdy tylko dotknę klawiatury, będę produkować same inwektywy, i tak przez kilka bitych stron A4. Na szczęście chęć produkowania inwektyw trochę mi mija.

***

Ostatnio próbuję z wielkim trudem wpajać miłemu koteczkowi (nadal bez imienia - pewnie skończy jako kot imieniem Kot) następujące prawdy życiowe:
1. Jego kocie życie zdecydowanie nie straci sensu, gdy nie uda mu się przegryźć kabla od żelazka. Wręćz przeciwnie - bliski kontakt z prądem płynącym wewnątrz w/w kabla jak również z samym żelazkiem spadającym z wysokości deski do prasowania może się dla niego skończyć tragicznie.
2. Jeśli coś się porusza, nie znaczy to od razu, że jest to zwierzyna łowna i należy w to wbijać cały komplet pazurów naraz.
3. To nieprawda, że walory smakowe tego samego produktu żywnościowego wzrastają wprost proporcjonalnie do wysokości powyżej gruntu (kotek przyjmuje założenie, że coś, co znajduje się na blacie stołu, jest średnio dwa razy bardziej atrakcyjne niż to samo umieszczone w jego misce).
4. (coś, co próbowałam wmówić również poprzednikowi) Godzina siódma rano to środek nocy; o tej porze rozsądne koty śpią i dają spać innym (zwłaszcza rozsądnym ludziom, którzy położyli się spać trzy godziny wcześniej).
5. To, że coś jest otwarte, nie znaczy, że wchodzenie tam jest dobrym pomysłem. Dotyczy: lodówki, pralki, tapczanu, piekarnika (na szczęście w momencie eksperymentu był wyłączony!!!), szuflady biurka, torby włascicielki. Lista powyższa ulegnie uzuzpełnieniu w miarę obserwacji wzrostu kociej inwencji.
6. Wejść na czubek drzewa jest bardzo łatwo. Zejść znacznie trudniej. A właściciele niekoniecznie chcą i potrafią włazić na drzewo za kotem w celu ratowania z opresji.

Ciąg dalszy być może nastąpi - jak wspomniano, w miarę obserwacji.

***

Dialog podsłuchany:
X: - U fryzjera byłaś? O matko, oddałaś się pod nożyczki praktykantce?!
Y(urażona): - Nie, to była bardzo dobra fryzjerka, nagrodzona na międzynarodowych konkursach. Właśnie z jednego wróciła.
X: - To musiała być bardzo zmęczona po podróży...

greeneye 2004-08-06 20:50:48 skomentuj (3)
Z zapisków niewidzialnej
Czasem mam wrażenie, że mnie nie ma. Że jestem niewidzialna, niesłyszalna, ewentualnie mówię po chińsku lub w suahili. Wtapiam się w ściany i zlewam z tłem. Można przejść tak blisko, że niemal mnie rozdeptać, a mimo to nie zauważyć. Jestem nieistotna, niewiele znaczę. I może dlatego ciągle szukam potwierdzenia, że jednak jestem. Z jednej strony nie wierzę, że jestem w stanie zrobić coś, co zyska zainteresowanie innych, a z drugiej strony w głębi duszy ciągle mam nadzieję, że kiedyś się to uda. Że ktoś będzie podzielał moje myśli i odczucia. Że znajdą się ludzie, do których będę pasowała i którzy nie będą na mnie patrzyli jak na istotę z UFO. Podobnie jak zostało powiedziane (a raczej napisane) w pewnej wczorajszej rozmowie - ciągle szukam potwierdzenia, że ja ze wszystkimi moimi defektami może jednak czasem nadaję się do zaakceptowania. Że mimo w/w defektów można mnie nie odrzucić, nie stawiać warunków:"Jeśli będziesz taka i taka, to...". Nigdy do mnie nie dociera, że mogę coś zrobić dobrze. Stąd ciągłe szukanie aprobaty, które może doprowadzić do szału normalnych ludzi, którzy uważają, że wystarczy raz powiedzieć i powinno dotrzeć. Przypomina mi się, co mi kiedyś powiedział pewien wykładowca na studiach: "Czemu pani zawsze mówi tak niepewnie? Czy pani potrzebuje potwierdzenia na piśmie, że pani to umie?" No tak. Ciągle patrzę wyczekująco i pytam:"Może być?" Muszę widzieć, że jeśli coś robię, jest to coś warte, ma sens. Nie widzę potwierdzenia - zaraz coś jest nie tak. Widzę pochwały - nie dowierzam: "Niemożliwe, oni tak nie myślą, po prostu chcą być mili". To jest chore, wiem o tym.

A niby dlaczego kiedyś mogłam nie pisać bloga przez dwa miesiące z rzędu, a teraz piszę średnio co drugi-trzeci dzień? Bo widzę, że są osoby, które to czytają. Stwierdzają, że jest to warte tych paru sekund czy minut. Czasem może nawet się zastanowią... I wtedy czuję, że jednak trochę istnieję.

I znowu wracam pamięcią do czasów studiów. Nigdy nie radziłam sobie zbyt dobrze na spotkaniach towarzyskich. Zwykle inni mówili, a ja siedziałam i słuchałam, bo sądziłam, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Po jakimś czasie zaczynało mi się wydawać, że mnie nie widać. Wtedy myślałam sobie, co by było, gdybym w którymś momencie wstała i cicho wyszła. Po jakim czasie zauważyliby, że mnie nie ma? I czy w ogóle? Miałam nadzieję, że zorientowaliby się od razu. Że zaczęliby mnie zatrzymywać. Że daliby do zrozumienia, że bez mojej obecności czegoś im jednak brakuje. Takie myśli miewam i obecnie. Nie, to nie jest normalne...
greeneye 2004-08-08 03:44:45 skomentuj (5)
Przetestowałam się ...
... podobnie jak koleżanka Lil, tylko na innej stronie :)
Wyszło takie coś:

Conscious self
Overall self
Take Free Enneagram Personality Test



I bardziej szczegółowo:

Enneagram Test Results
Type 1 Perfectionism |||||| 30%
Type 2 Helpfulness |||||||||||| 44%
Type 3 Image Focus |||||||||||||||||| 72%
Type 4 Hypersensitivity |||||||||||||||||||| 85%
Type 5 Detachment |||||||||||||| 58%
Type 6 Anxiety |||||||||||||||||||| 81%
Type 7 Adventurousness |||||||||| 36%
Type 8 Aggressiveness |||||| 22%
Type 9 Calmness |||||||||| 31%
Your Conscious-Surface type is 4w3
Your Unconscious-Overall type is 4w5
Take Free Enneagram Personality Test


Przekład z angielskiego na nasze w skrócie: jestem nadwrażliwa, pesymistyczna, dociekliwa, introwertyczna, niezdecydowana, mam skłonność do skupiania się na tym, czego mi brakuje, a nie na tym co mam i generalnie na rzeczach niedostępnych, które chciałabym mieć lub osiągnąć. Zasadniczo typ 4, ale 6 niewiele niżej.
greeneye 2004-08-10 03:00:03 skomentuj (6)
***
Znalezione w sieci: "Są osoby bez piątej klepki, ale niektórym najwyraźniej skradziono cały parkiet" :)))) Hm... A co ma powiedziec ktoś, komu nigdy nie było co kraść? ;)

W ogóle ostatnio jeśli coś przeczytam lub czegoś się dowiem, to jedynie z sieci. Odrealniam się i wirtualizuję zarazem. Przyrastam do krzesła przed komputerem i zapuszczam korzenie w podłogę. Jakiejś realności by trzeba...

Coś mi się wydaje, że z moją pracą magisterską to będzie tak jak w pewnej anegdocie: "Oddaję pani ten skądinąd dobry papier do pisania, który jakiś kretyn zadrukował głupotami od góry do dołu tylko dlatego, że jest tam między innymi wydrukowane pani nazwisko" :) Pięknie po prostu. Wiele osób oddało, niektórzy już obronili (się - przed zmasowanym atakiem komisji;)), a u mnie - próżnia. Nie mogę patrzeć na nic, co mi się kojarzy z tym tematem. System szufladowy WZNKNP (Wrzucić-Zamknąć-Na-Klucz-Nie-Patrzeć) niestety się nie sprawdził. Zamknąć można, ale zapomnieć o znajdującym się w środku wyrzucie sumienia w postaci kserówek nie sposób. Dochodzi jeszcze kwestia biblioteczna, będąca dowodem na jakże świetną organizację pracy pewnego uniwersytetu. Otóż którejś soboty, ok. półtora miesiąca temu, przyjechałam z sześcioma ksiażkami, licząc na to, że uda mi się części tego balastu pozbyć, a część przedłużyć. Weszłam do budynku, stanęłam przed biblioteką IA i mina mi zrzedła, a ręce opadły. Na drzwiach widniała karteczka:" W okresie wakacyjnym biblioteka nieczynna w soboty". Przypomniałam sobie w tym momencie parę wymyślnych przekleństw po angielsku i miałam ochotę użyć ich wobec pierwszej napotkanej osoby. Kto ma wakacje, ten ma wakacje!!!!! Oczywiście, wszyscy równi i jednakowi - wszyscy studenci zaoczni tego instytutu pracują w szkolnictwie państwowym i wszyscy mają dwa miesiace urlopu :/ Nikomu w głowie nie powstała myśl, że ktoś może nie pasować do schematu. No i jak z balastem przyjechałam, tak z balastem wróciłam. W drodze powrotnej wspomniany balast był szczególnie uciążliwy ze względu na niespodziewane perypetie komunikacyjne, o których może kiedyś napiszę, jeśli nie będę miała ciekawszych tematów :) Tydzień później..... guess what? Otrzymuję.... upomnienie: "Prosimy o NATYCHMIASTOWY zwrot wymienionych pozycji". Ja się zasadniczo nie wykłócam, ale w TAKICH sytuacjach... Przygotowałam zestaw argumentów (bo jestem tak niewprawiona w tak zwanym opierniczaniu, że nie umiem tego robić spontanicznie i improwizując), ale okazały się niepotrzebne. Miła pani w słuchawce poinformowała mnie, że mogę oddać książki w dowolnym dogodnym terminie, a ona tymczasem przygotuje specjalną karteczkę, którą dołączy do mojej karty, by nikt na mnie nie krzyczał. Wyobrażam sobie treść tej karteczki: "Niniejszym zakazuje się krzyczenia na panią Taką i Taką, ponieważ nie mogła terminowo dostarczyć wypożyczonych książek z przyczyn od niej niezależnych" :) Trzeba będzie się wkrótce przekonać, czy też panowie bibliotekarze dwaj zastosuja się do karteczki antykrzykowej, czy pękną ze śmiechu i wrzucą ją do kosza, czy też wspomniana karteczka nie istnieje i nigdy nie istniała, a zapewnienia miłej pani to był jeden wielki pic na wodę i fotomontaż. A na razie czas otworzyć szufladę i zbadać zawartość, bo jeszcze kilkanaście stron pracy zostało do wymaganego limitu. Zaraz, zaraz.... gdzie ten kluczyk?????
greeneye 2004-08-12 03:10:04 skomentuj (9)
***
Po raz kolejny mogłabym zacząć notkę od stwierdzenia, że czegoś nie rozumiem. Nie mieści mi się w głowie, do czego ludzie są w stanie posunać się na różnych blogach i forach. Może powinnam była już dawno się przyzwyczaić i przestać dziwić. Ale nadal, gdy widzę przypadki świadomego... chyba nawet mogłoby tu pasować słowo "okrucieństwa", nie mogę nad tym przejść do porządku dziennego. Sytuacja: autorkę bloga spotyka tragedia życiowa. A jej wróg tylko na to czeka, by dowalić z ukrycia - wie, że w tych okolicznościach zaboli podwójnie. Tylko dlatego, że gdzieś tam kiedyś, w innej dyskusji netowej, doszło między obiema paniami do spięcia. I co to ma na celu? Bo to już nie jest bezmyślny, denerwujący, acz w sumie niegroźny pokemon, piszący "SpOx BLocZeK ZapRaSHaM Do MNIe". To nie jest kolejny klon tego idioty/idiotki od strefy GSM, działający na zasadzie jakiegoś baśniowego potwora (wyciąć jeden wpis, a odrastają trzy nowe). To jest działanie rozmyślne i perfidne. Za co? W imię czego? By zwrócić na siebie uwagę?

Inne przypadki - jak określić mieszanie kogoś z błotem przy nieznajomości osoby ani okoliczności? Jak określić celowe i publiczne niszczenie komuś opinii w imię odwetu za jakieś tam osobiste animozje (zamiast załatwić sprawę w cztery oczy) albo i z zazdrości? Przestępstwo nieco mniejszego kalibru, ale jednak.

No cóż, tak jak skomentowałam w blogu tej osoby, którą spotkała tragedia - są ludzie i .... nawet nie wiem, jak to nazwać, bo to chyba wykracza poza wszelkie klasyfikacje nie-człowieczeństwa. Naprawdę - jeśli ktoś jest dla mnie zerem, chciałabym umieć tak dobierać argumenty i określenia, by dać to bardzo wyraźnie do zrozumienia.

Zastanawiam się - a może powinnam się bardziej zdystansować? Bo wygląda na to, że bardziej obchodzi mnie to, co mam przed sobą na ekranie, niż to, co mam za oknem. Wirtual z realem mi się miesza. Net włączony non stop, po kilka godzin dziennie przed komputerem. I daj tu takiej stałe łącze - gdy łączyłam się przez modem, przynajmniej ograniczała mnie myśl o rachunku. Po kilkadziesiąt razy dziennie sprawdzam te same strony oczekując na coś ciekawego, że może przynajmniej tam będę mogła wyrazić opinię, która do kogoś dotrze.Czytam blogi, żyjąc życiem innych. Powód? Pustka. Bezcelowość.
greeneye 2004-08-13 14:58:36 skomentuj (2)
***
Kiedyś założyłam: nie będę się odzywać, bo to i tak nie ma sensu i nikogo nie obchodzi. Od jakiegoś czasu zaczynam się zastanawiać - może to założenie było mylne?
greeneye 2004-08-16 11:25:50 skomentuj (9)
A propos poprzedniej notki
Jaki jest szczyt pisania czegoś nie wprost? Kiedy czytelnik zrozumie wypowiedż całkowicie odwrotnie do intencji piszącego ;)
greeneye 2004-08-16 17:33:50 skomentuj (7)
***
Ktoś, kto waży każde słowo, kryjąc to, co jest, nie jest w stanie zrozumieć kogoś, kto rzuca słowa na wiatr i stwarza wrażenie czegoś, czego nie ma.
greeneye 2004-08-17 12:18:34 skomentuj (4)
***
Niby bez związku z poprzednią notką, ale jednak. Niedawno przeczytałam coś, co napisała Mucha: "Dla jednych deszcz innym oberwaniem chmury się jawi"... Bardzo wiele w tym racji i nie daje mi to spokoju.


greeneye 2004-08-17 19:55:26 skomentuj (8)
***
Dziwne i niepojęte. W ciągu ostatnich paru dni zostałam dowartościowana przez różne osoby na różne sposoby (w kilku przypadkach będę się upierać, że nie widzę specjalnych podstaw ;)) Dodatkowa ciekawostka, że trzy z tych osób się znają. Chyba zacznę podejrzewać jakiś spisek.... ;)
greeneye 2004-08-18 18:24:11 skomentuj (7)
***
Mam nadzieję, że nikt poza Kamyczkiem i mną nie zaglądał na strony z komentarzami w godzinach ok. 1.00-3.00. Gdyby bowiem zajrzał, najpierw doznałby nagłego bólu oczu, a potem ze śmiechu wpadłby pod biurko i zrzuciłby z niego komputer ( a rachunkiem za zniszczenia obciążyłby oczywiście mnie ;)) Na szczęście już wszystko przywrócone do normalności. Chciałabym tu ponownie podziękować osobie, która już będzie wiedziała, że o niej mowa - za gotowość do pomocy i determinację :)

A ja powinnam zamieścić ogłoszenie: "Chcesz znać superszybki i niezawodny sposób zepsucia absolutnie każdego szablonu blogowego? Zgłoś się do Green na konsultacje!" Lekcja nr 1 - grzeb w szablonie nie mając pojęcia o HTML-u kopiując i wklejając drogą prób i błędów, za jedyną pomoc mając jakąś ściagę z netu, z której mało co rozumiesz, bo nie chciało ci się wszystkiego czytać po kolei....



Ciekawa jestem, czy ktokolwiek oprócz mnie ma zwyczaj pisać notki nieco przed czwartą nad ranem. Mnie się to zdarza chyba drugi raz. Ostatnio nie tylko wirtual z realem mi się miesza - także dzień z nocą. Chodzę spać około 4-5, wstaję w okolicach południa. I nie spotyka się to ze zrozumieniem mamy, dla której 10 rano to już karygodnie, niewiarygodnie późno.

Właśnie wyszłam przed dom, by zawołać kota, który, niezauważony, nieco wcześniej wymknął się przez uchylone okno (swoją drogą widział ktoś kota przeciskającego się przez kilkucentymerową szczelinę? Ja widziałam!). Stałam, patrzyłam w niebo nie mogąc się nadziwić, że o tej porze jest tak ciepło i myśląc o milionie spraw, które w ciągu dnia nie mają szans dojść do głosu - jest na nie za jasno, za głośno, za szybko... Nawiasem mówiąc zawsze mnie intrygowało, dlaczego wszystko w nocy wydaje się jakby intensywniejsze - zwłaszcza problemy wydają się poważniejsze niż w ciągu dnia.Za całe towarzystwo miałam kota, który wydawał się być jedyną żywą istotą w mieście, które wyglądało jak wymarłe - ani jednego światła w oknie, ani jednego przejeżdżąjacego samochodu. Przez to zastanawiałam się, czy jestem jedyną osobą w tym kraju, która o tej porze nie śpi, tylko łazi po podwórku i myśli nie wiadomo o czym. Może są tacy, którzy już nie śpią, zmuszeni przez sobie tylko znane sprawy do zerwania się przed świtem. A ja czytałam kiedyś, że wschód słońca najlepiej wygląda widziany od tej drugiej strony, przed położeniem się spać - i w pełni się z tym zgadzam.



greeneye 2004-08-19 04:12:27 skomentuj (11)
***
Kontynuacja wątku o deszczu i oberwaniu chmury. Są słowa, które dla mnie bardzo dużo znaczą. Są osoby, dla których te same słowa nie znaczą nic.


greeneye 2004-08-22 02:15:32 skomentuj (2)
***
Jakie jest największe kłamstwo świata? Że każda potwora znajdzie swego amatora. Egzemplarze wybrakowane nie znajdują.
greeneye 2004-08-22 02:55:08 skomentuj (20)
***
Zastanawiam się, czy czegoś nie porzucić... Czy nie zamknąć za sobą pewnych drzwi... Było coś, co miało mi pomóc, a tylko wprowadziło utrudnienia. Jedni znajdują sens, a inni go tracą.

***

Przekonałam się, że bardzo źle znoszę bagatelizowanie moich problemów. Bywaja chwile, gdy człowiek jest zupełnie sam.

***

"Jak najskuteczniej skomplikować sobie życie" - na taki temat mogłabym pisać już nawet nie pracę magisterską, ale doktorat. Mogłabym udzielać specjalistycznych konsultacji wszystkim tym, którzy uważają, że ich życie jest zbyt łatwe, a przez to nudne.
greeneye 2004-08-23 23:07:39 skomentuj (9)
***
Znowu sen z uparcie, obsesyjnie powracającej serii. Śniło mi się, że wracam do pracy po urlopie i od razu oznajmiają mi: "Sytuacja awaryjna, nie ma kto poprowadzić lekcji z grupą młodzieżową dla początkujących. Musi pani do nich pójść i zająć ich przez półtorej godziny". I tak mam iść na lekcję kompletnie nieprzygotowana, z podręcznikiem, którego nawet nie miałam okazji przejrzeć, nie wiedząc, co było wcześniej, do grupy, której nigdy wcześniej nie widziałam.

Wchodzę. Pierwszy rzut oka: nie jest dobrze. Grupa znudzonych 12-13-latków, których marzeniem jest znajdować się wszędzie indziej, tylko nie tu. Nikt nie ma podręcznika (co ja będę z nimi robić???). Patrzą spod oka. Ja przeglądam w panice podręcznik, szukając czegoś, czym można by ich zająć. Chwila męczącej, pełnej napięcia ciszy. Torba, którą położyłam na biurku, przewraca się i cała zawartość wypada na podłogę. W panice zaczynam to wszystko zbierać, przy akompaniamencie chichotów.
- Ty, kto to jest? - słyszę z grupy.
- Chyba jakaś nauczycielka.
- To ma być nauczycielka? Ona chyba jeszcze matury nie zdała!
Śmiech na sali.
Czerwona jak burak i upokorzona do granic możliwości, łapię torbę i wypadam z sali, nie zwracając uwagi na te kilka rzeczy, które jeszcze zostały na podłodze. Trzaskam drzwiami i wybiegam na ulicę, obiecując sobie nigdy tam już nie wrócić...

Tego typu sny miewam co jakiś czas. I za każdym razem przywołują one wspomnienia z życia gimnazjum numer... lepiej może przemilczę, który. To tam właśnie pracownia j. angielskiego miała nr 101 i był on, moim zdaniem, jak najbardziej adekwatny. Tam pracowałam od września 2001 do lutego 2002. A oto parę scenek...

***

Nowa dyrekcja stworzyła potwora pod tytułem klasa ID. Klasy IA i IB miały być "lepsze", złożone z samych dobrych uczniów, natomiast wszystkich tzw. trudnych, drugorocznych czy nawet wielokrotnie powtarzających klasę, z różnego rodzaju zaburzeniami i orzeczeniami, reprezentujących różne patologie społeczne - zepchnięto do tej nieszczęsnej ID. Co starsi stażem nauczyciele, gdy zobaczyli skład, zaczęli dowcipkować: "Zanim ktoś do nich wejdzie na lekcję, będzie musiał zaopatrzyć się w zatyczki do uszu i zestaw środków uspokajających, a przydałby się jeszcze kask ochronny". Sprawdziło się co do joty. Idąc tam na lekcję byłam niemal chora. Na lekcjach panował chaos i hałas nie do wytrzymania i nie do opanowania. Pracowałam praktycznie z czwórką - piątką uczniów na 18 zapisanych na liście - reszta albo notorycznie nie chodziła, albo zajmowała się wszystkim, tylko nie lekcją, nie wykazywała cienia dobrej woli, a na zwracanie uwagi reagowała wyzwiskami i przekleństwami pod moim adresem. Uwagi i negatywne oceny nie pomagały - bo jakie wrażenie mogły zrobić na uczniach, którzy miewali przeciętnie po 6-7 jedynek na semestr, z zachowania nigdy nie mieli innej oceny niż niepodpowiednia, a i tak wiedzieli, że zostaną przeciągnięci za uszy do następnej klasy, bo nikt nie będzie chciał się z nimi dłużej męczyć? Rozmowy z rodzicami też nic nie dawały. Najczęstsza reakcja - brak reakcji. Jeśli jakakolwiek reakcja była, to coś w stylu: "Co też pani opowiada, to takie dobre dziecko!" albo: "Jego trzeba trzymać w ryzach, silną ręką, a pani najwyraźniej nie potrafi." Opinie rodziców przekazywane mi przez zgnębioną koleżankę - wychowawczynię ID po zebraniach: "Jeśli nauczyciel sobie nie radzi, to nie nadaje się do zawodu i nie powinien uczyć". Nauczyciele z 20-letnim stażem bali się w tej klasie odwrócić twarzą do tablicy, by czymś nie dostać...

***

Inna klasa - IIIF. Nie tak fatalna pod względem poziomu i ocen, za to pełna osób perfidnych i złośliwych, uwielbiających uprawiać coś na zasadzie gry w kotka i myszkę z nauczycielem. Na przykład - zauważyłam, że systematycznie giną mi długopisy i markery. Jednocześnie u paru osób z klasy zauważyłam identyczne. Nic nie dało się udowodnić, bo przecież za rękę nie złapałam...

***

Inna typowa sytuacja - siedzę i wpisuję temat do dziennika, gdy nagle czuję uderzenie czymś ostrym, ok. 2 cm od oka. Ktoś rzucił we mnie długopisem. Wstaję i patrzę oskarżycielsko na grupę. Pytam (może i głupio, ale co innego mogło mi przyjść do głowy?):
- A co by było, gdybym dostała w oko?
Głos z klasy:
-Toby pani była zezowata.
Śmiech na sali. Dobiega mnie komentarz z pierwszej ławki:
- Może się rozpłaczesz?

***

Pytanie uczennicy:
- Ma pani samochód?
- A dlaczego chcesz wiedzieć?
- A, tak z ciekawości pytam.
- Nie mam.
- To niech się pani cieszy, bo już byłby porysowany i miałby poprzebijane opony.

***

Inna uczennica, gdy postawiłam jej ndst za brak pracy domowej:
- Ty k***, niech cię dopadnie mój brat i jego koledzy! Tak cię urządzą, że cię rodzona matka nie pozna! Do końca życia będziesz się bała wyjść na ulicę!

***

Niedługo przed świętami nastąpił moment zwrotny. Na którejś lekcji doprowadzono mnie do takiego stanu, że przestałam reagować na cokolwiek czy podejmować jakiekolwiek próby opanowania sytuacji. Siedziałam i liczyłam minuty do przerwy, powtarzając sobie:"Mnie tu nie ma, to się nie dzieje, to się nie może dziać... Jestem gdzie indziej..." Po jakimś czasie niektórzy uczniowie zauważyli, że coś jest nie tak. Próbowali zwrócić na siebie uwagę, ale udawałam, że nie widzę i nie słyszę. Wiedziałam jedno - ja tam nie jestem w stanie wrócić. W każdym razie nie do świąt. Wymyśliłam sobie jakąś chorobę i następnego dnia poszłam do przychodni. Prawdę mówiąc nie liczyłam specjalnie, że to zadziała, ale jakimś cudem dostałam zwolnienie do samych ferii świątecznych. Wkrótce potem zbalazłam w lokalnej gazecie ogłoszenie, że poszukują osób w moim obecnym miejscu pracy. Złożyłam CV i zostałam przyjęta. Musiałam jednak zostać w gimnazjum do końca półrocza; mało tego, dyrekcja postawiła warunek, ze mi nie dadzą odejść, jeśli nie znajdą kogoś na moje miejsce - przecież te wszystkie grupy nie mogą zostać bez zajęć w połowie roku (a miałam prawie półtora etatu). Owszem, mieli swoje racje, ale ja byłam tak zdesperowana, że nie chciałam tego wziąć pod uwagę i byłam gotowa w razie potrzeby zerwać umowę - nawet gdyby mieli skierować sprawę do sądu pracy. Na szczęście obeszło się bez tego.

***

To chyba najdłuższa notka, jaką tu umieściłam. Nie wiem, czy ktokolwiek będzie w stanie doczytać ją do końca. Ale może uda mi się choć częściowo podważyć panujący gdzieniegdzie stereotyp: "To taka łatwa i pewna praca, trzeba się starać tylko przez pierwszy rok, potem już nawet nie trzeba się przygotowywać, tak mało godzin, tak dużo urlopu... Ci to mają dobrze!" Gdy coś takiego słyszę lub czytam, to mam wrażenie, że wyjdę z siebie. Jeśli ktokolwiek z Was planuje kiedykolwiek zostać nauczycielem - zastanówcie się poważnie. Ja szczerze odradzam. Już dawno postanowiłam, że cokolwiek by się stało, nie wrócę do szkolnictwa państwowego. Wolałabym już podjąć pracę znacznie poniżej swoich kwalifikacji.

Z drugiej strony wiem, że nie wszędzie jest tak. Są szkoły, gdzie nauczyciele nie boją się wchodzić. Są sympatyczni, inteligentni i myślący gimnazjaliści, skrajne przeciwieństwo tych opisanych powyżej. Ale tak czy inaczej mam pewność, że ja się absolutnie do tego zawodu nie nadaję. Zauważyłam bowiem, ze nawet w tych lepszych i spokojniejszych klasach radziłam sobie gorzej niż ktokolwiek inny. Do tej pory się czasem zastanawiam, gdzie tkwił błąd. W nieumiejętności zdobycia autorytetu? Ale co w takim razie warunkuje tę umiejętność? Jakich ludzi się szanuje? I co we mnie było ( a czasem mam wrażenie, że nadal jest) co ten szacunek wyklucza? To, że nie umiem rządzić, kierować? To, że zawsze chciałam postępować z innymi pokojowo i po partnersku, nawet z uczniami, podczas gdy z niektórymi absolutnie się nie dało? To, że czasem, by załagodzić atmosferę i uniknąć konfliktu, idę na ustępstwa lub udaję, że pewnych rzeczy nie widzę, a to jest brane za łatwowierność i naiwność, przez co inni dochodzą do wniosku, ze można mi wejść na głowę? Nie wiem, pewnie wszystkiego po trochę. Zawsze chciałam, by ludzie mnie szanowali, a nie wiem, jak ten szacunek zdobyć...


greeneye 2004-08-27 21:50:53 skomentuj (20)
Względność
Co to znaczy "wolny komputer"? Pojęcie względne. Według mojej koleżanki z pracy, jej jest wolny. Znaczy to, że gdy go włącza rano, to zanim da się cokolwiek uruchomić i korzystać, ona może spokojnie się ubrać oraz zrobić śniadanie i jeszcze kawę. Ja, zanim będę w stanie korzystać z mojego, mogę się ubrać, zrobić śniadanie, zrobić kawę, zjeść śniadanie (inna sprawa, że zwykle jest ono minimalne) i wypić kawę przeciętnie do połowy. Przyczyna: beznadziejnie zawalony twardy dysk, a nic się wyrzucić nie da, bo przecież wszystko jest potrzebne. Poza tym coś z pamięcią - mój komputer co jakiś czas sygnalizuje mi rozpaczliwie: "Za mało pamięci wirtualnej, komputer zwiększa rozmiar pliku stronicowania; przez pewien czas niektóre aplikacje mogą nie działać właściwie" czy coś w tym rodzaju. Niektóre aplikacje wykazują znaczną niesubordynację i bez tego - np. gdy są uruchomione trzy naraz, zawsze i nieodmiennie któraś się wiesza, a najczęściej jest to GG...

Inny przykład na względność znaczenia pojęć - "wcześnie" i późno". Oto zestawienia ich znaczeń w rozumieniu moim i mojej mamy.
Według mnie:
- godz. 6.30 - środek nocy, co za kretyn wymyślił, żeby o tej porze wstawać do pracy, kogoś takiego powinno się ... (tu następuje lista wymyślnych tortur), a koty, którym zachciewa się śniadania o tej porze, też powinny się poważnie zastanowić, zanim zamiauczą ;)
- godz. 9.00 - w weekendy i podczas urlopu - nadal o wiele za wcześnie, czego moja szanowna rodzicielka nie jest w stanie zrozumieć; zawsze o tej porze zaczyna stukać kubkami i szklankami oraz włącza głośno radio, dziwiąc się: "Już późno, jak ty możesz jeszcze spać?"
- godz. 11 - ewentualnie można wstać, jeśli już tak koniecznie trzeba ;)
- godz. 23-1 - wczesny wieczór - dla mnie szczyt formy i aktywności umysłowej;
- godz. 3-4 - ewentualnie można iść spać, gdy siedzenie przy komputerze lub czytanie już się znudzi.
Według mojej mamy:
- godz. 6.30 - za wcześnie, ale można sobie przemówić do rozsądku i wstać, gdy sytuacja tego wymaga
- godz. 8.30-9 - optymalna pora wstawania,
- godz. 10 - optymalna pora, by ( w warunkach weekendowych i urlopowych) udać się do pokoju córki i nakazać kategorycznie: "Wstawaj leniu, bo kołdrę z ciebie ściągnę!" ;)
- godz. ok. 24 - pora przysypiania przed telewizorem,
- godz. ok. 1 - ewentualny przebłysk świadomości: "Co ty tam jeszcze robisz przed tym koputerem!"
- godz. 3-4 - najgłębsza, najczarniejsza noc, gdy wszyscy przyzwoici ludzie powinni już dawno spać.

Kolejne dowody na to, ze te same słowa mogą mieć różne znaczenia :)

***

W środę kończy mi się wolność - bleeeee... I nie będę rozpamiętywać, ile rzeczy planowałam zrobić w ciągu tego urlopu a nie zrobiłam. Nie miałam nastroju i tyle. To był jakiś taki miesiąc - na brak nastroju i chęci do czegokolwiek...
greeneye 2004-08-30 22:21:11 skomentuj (12)