2003-09-02 01:39:33 >> Nocne myśli chaotyczne czyli myślotok

"How could anyone know me,
When I don't even know myself..."
To fragment jakiegoś utworu, który usłyszałam niedawno w którymś trójkowym Minimaxie. Akurat ten konkretny fragment przyczepił się do mnie i obsesyjnie brzęczy gdzieś w moim umyśle. Jakby to było o mnie...

Odebrałam dziś (właściwie już wczoraj) telefon z pracy, że mam się stawić na jedenasta. Niby jakieś kwestie dotyczace sali, nie wyglada na to, by zbliżały się kolejne problemy, ale ja już niczego nie mogę być pewna. Od jakiegoś czasu każdy telefon z pracy budzi we mnie niepokój. Wyglada na to, że wytworzyło się u mnie trwałe skojarzenie - telefon lub wezwanie równa się kłopoty.
Coś mi się przypomniało: parę miesięcy temu, gdy ogłaszali jakaś ogromna kumulację w Totolotku, zastanawiałam się (a co, pomarzyć zawsze można) co zrobiłabym z taka kasa, gdybym ja wygrała. Pierwsza myśl: rzuciłabym tę pracę! Nie wiem, może nie zrezygnowałabym całkowicie z jakiejkolwiek pracy, ale przynajmniej zrobiłabym sobie parę miesięcy wolnego do skończenia pracy magisterskiej, a przez ten czas szukałabym czegoś, co mogłoby mi rzeczywiście odpowiadać. Dream on, dream on...

Teraz zmiana watku - ostatnio ciagle zastanawiam się nad pewna kwestia. Otóż po raz kolejny obserwuję,że pewne z pozoru nie powiazane sprawy z mojej przeszłości jakby zbiegaja się w jednym punkcie; w jakimś momencie doznaję swego rodzaju olśnienia i odkrywam, że to wszystko łaczy się z jedna rzecza czy osoba, która przewija sie przez całe moje życie. Można też na to spojrzeć z innej strony - że w/w sprawy miały w przeszłości jakby wspólny wstęp, z którego dopiero potem miało się coś rozwinać. Czasem odnoszę wrażenie, że jest w tym coś z przeznaczenia. Tak naprawdę nie umiem powiedzieć, czy wierzę w przeznaczenie, widzę jednak, że sa sytuacje, które w jakiś niewyjaśniony sposób musiały się wydarzyć, sa ludzie, których po prostu musiałam spotkać, tak czy inaczej, nie było odwrotu. Tak jakbym była na to skazana.

Kolejna kwestia - w moim otoczeniu sa osoby, które podziwiam, a jednocześnie piekielnie im zazdroszczę. Osoby, które, gdy im na czymś zależy, po prostu ida we właściwe miejsca i rozmawiaja z właściwymi ludźmi. Ja potrafię jedynie myśleć życzeniowo i czekać, aż coś samo do mnie przyjdzie. No, może nie jedynie, potrafię czasem parę rzeczy załatwić, pod warunkiem, że nie wymaga to wychodzenia z domu, a jeszcze lepiej wstawania zza kompa. W kontakcie bezpośrednim nie sprawdzam się kompletnie. Jestem przy tym doskonale świadoma ile przez to tracę, ale wciaż nie mam odwagi tego zmienić. Kto nie był nigdy nieśmiały, ten nie zrozumie. I tak widzę, jak życie przepływa koło mnie, patrzę na innych ludzi, którym udało się osiagnać to, o czym ja zawsze marzyłam i spotkać osoby, które ja zawsze chcialam poznać, i przeklinam w duchu swój talent do marnowania życia.

Ufff.... Jeśli nawet ktokolwiek miał dość cierpliwości by to czytać, pewnie już po drugim akapicie zasnał błogim snem przed monitorem z głowa na klawiaturze... ;) Miłych snów.
skomentuj (0)




2003-09-02 15:06:55 >> Szczyt szczytów

Co to jest szczyt szczytów? Powiedzieć ludziom, którzy przez ostatnie półtora miesiaca (a niektórzy nawet dwa) nie dostawali wypłaty: "A państwo co tacy bladzi, nie opaleni? Od razu widać, że państwo nigdzie za granica nie byli. Tak nie można, trzeba wykorzystywać każda okazję żywego kontaktu z językiem". Myślałam, że z krzesła spadnę, podobnie jak obecne koleżanki i kolega. Gdyby nie to, że wpadło mi zlecenie na tłumaczenie i mogę zrobić debet na koncie, nie mialabym z czego rachunków zapłacić. Poza tym nawet przez chwilę zaistniała dla mnie szansa "żywego kontaktu z językiem" w postaci wypadu do Irlandii na pewien koncert - koleżanka proponowała, bym się z nia wybrała. Nawet miałam co nieco odłożone z myśla o wakacjach.... Niestety, poszło na opłaty, a oprócz tego wynikła jeszcze sprawa z paszportem - akurat stracił ważność, a na nowy musiałam czekać 5 tygodni. Musiałam się zadowolić ożywionym kontaktem sms-owym z koleżanka, która tam była i relacjonowała wszystko na bieżaco.
skomentuj (1)




2003-09-03 22:00:05 >> Poogladałam sobie blogi...

... i muszę przyznać, że niejednokrotnie byłam pod wrażeniem. Pomysłu, stylu pisania, grafiki, a czasem wszystkiego jednocześnie. Miałam też wrażenie, że w paru autorach blogów wyczuwam pokrewne dusze. Niestety, było też parę przypadków, gdy dość szybko się wycofałam, bo panujacy tam klimat był, oględnie mówiac, kompletnie mi obcy. No cóż, nie do mnie należy ocena, w końcu mamy wolność słowa i wolnoć Tomku w swoim blogu ;) Przy okazji chciałam jednak zaznaczyć, że jeśli ktoś oczekuje w blogu pornografii i/lub tak zwanego rzucania mięsem, to w moim nie znajdzie.
skomentuj (0)




2003-09-04 15:35:45 >> Jeszcze a propos cudzych blogów

Zobaczyłam, oniemiałam i ...... wpadłam w ciężki kompleks niższości. Dlaczego ja nie umiem tak pisać??????
skomentuj (3)




2003-09-24 23:09:17 >> Jutro masakra.....

w pracy. Idę na 8 rano, a kończę o 21. I tak co poniedziałek i czwartek. We wtorki i piątki od 15.30, a środy wolne - i jedynie dzięki temu jakoś funkcjonuję. Tak mnie urządzili, bo w zeszłym semestrze miałam pół etatu, a płacili mi jak za cały, bo zapomnieli zrobić aneksu do umowy (a może nie mogli?) i w rezultacie teraz przyłożyli mi półtora w ramach odrabiania. Teoretycznie miałam to częściowo odrobić jako współorganizator ogólnoszkolnego konkursu - ale teraz widzę, że to się kompletnie nie liczy. Nieważne ile godzin spędziłam szukając tych wszystkich materiałów i ukladając konkurencje - to wszystko nieważne. Najgorsze, że sama się do tego zgłosiłam, naiwna idiotka, licząc na to, że darują mi chociaż jedną grupę. Nie, wyszło na to, że zrobiłam to w czynie społecznym - a myślałam, że czasy czynów społecznych dawno się skończyły.
Patrzę tak na tego bloga i widzę, że niemal wszystko jest o pracy, tak jakby stanowiła ona całe moje życie, a przecież tak nie jest! Ciekawe, czy kiedyś doczekam chwili, kiedy będę mogła zostawiać pracę w pracy, odrobić swoje do określonej godziny i potem już się tym nie dręczyć. Albo, jeszcze lepiej, kiedy znajdę pracę tak ciekawą, że nie będę miała nic przeciwko braniu jej do domu. A teraz nic nie mogę robić, nic nie mogę planować i praktycznie ciągle odkładam życie na później. Gdy koleżanka, która ma normalną pracę, proponuje mi np. żebym z nią pojechała za granicę na koncert, moge tylko odpowiedzieć"kiedyś, w przyszłości, może będę mogła, ale teraz pracuję tu gdzie pracuję". Chciałabym przestać czekać na poprawę i zacząć w końcu żyć. Naprawdę, czasami mam ochotę zrobić tej całej szkole taką antyreklamę, żeby całe miasto o tym usłyszało. Żeby nikt już więcej się u nich nie zatrudnił. Jeśli usłyszę, że ktoś znajomy myśli o pracy u nich, będę go zniechęcać tak bardzo, jak to możliwe. Po tym, co ostatnio spotkało jedną dziewczynę u nas, uważam dyrekcję za ludzi pozbawionych wszelkich skrupułów. Owa dziewczyna nie chciala się zgodzić na urlop bezpłatny i zasięgnęła porady znajomego prawnika. Została wyrzucona, a potem na zebraniu (na szczęście ona nie była przy tym obecna) dyrektorka napiętnowała ją publicznie wymieniając z nazwiska (!) i nazywając najgorszą nauczycielką, jaka kiedykolwiek u nich pracowała - "wazna pani teolog, która zrobiła licencjat z anglistyki na tróję, bo chciała zarobić". Nie wiem, czy takie coś nie zakrawa na zniesławienie - poza tym ręce mi opadają, gdy widzę taką hipokryzję. Caly czas powtarzają, że ich pracownicy mają być pasjonatami tego zawodu, a nie myśleć tylko o wynagrodzeniu - a im samym chodzi wyłącznie o kasę. Z każdym klientem obchodzą się jak ze śmierdzącym jajkiem, bo gdy odejdzie, stracą pieniądze. Ostatnio nawet obniżyli wymagania, co z pewnością wpłynie na spadek poziomu. Lektorów obciążyli pracą ponad siły, bo nie chcą zatrudnić dodatkowych osób. Wydaje się, że ich kondycja finansowa ostatnio bardzo się pogorszyła, a oni robią dobrą minę do złej gry. Tak, tak - jedyne wyjście to uciekać stąd jak najprędzej. Niedawno pojawiła się dla mnie możliwość znmiany pracy, nawet wysłałam podanie, ale caly problem w tym, że miałoby to być za granicą. Kompletnie się nie czuję na siłach wyjechać tak daleko, poza tym nie wiadomo, czy mnie zaakceptują. Już wolalabym pracować gdzieś w kraju - tylko trudno powedziec w jakim zawodzie. Kiedys myślałam, że praca w radiu mogłaby byc interesująca (to bym się nasluchała muzyki!), ale raz w życiu mialam okazję obejrzeć radio od środka i gdy przyszło do zwykłego pozdrowienia kogoś na antenie, trema mnie zjadła, myślałam, że po prostu tam padnę z wrażenia i będą musieli mnie reanimować. Co tu by wymyślić, jaki znaleźć pomysł na życie...
skomentuj (1)