::strona główna::


Latest update
No i przywrócono mnie do pokoju 101, testów i ludzkich godzin pracy. Zdecydowanie wolę to niż biuro. Jakiś telefon od czasu do czasu byłam w stanie odebrać, powiedziec o typach kursów czy podać wyniki, ale jesli chodziło o opłaty, to... leżałam. Najgorsze jest to, że kwestie finansowe wzbudają najwięcej emocji i już dwa razy oberwało mi się za to, że nie wiedzialam czegoś, czym normalnie zajmuje się kto inny albo że nie przekazałam czegoś, do czego nie byłam upowazniona. Byle dalej od tego rozgardiaszu! A wkrótce mam być wyekspediowana do filii firmy gdzieś na drugim końcu miasta. Dojazd taki sobie, ale będzie spokój, będę siedziala przy komputerku i robiła swoje. A urlop najprawdopodobniej w sierpniu.już czekam...
greeneye 2004-07-01 16:13:19 skomentuj (5)
Zmiana image'u
Postanowiłam wkroczyć w kolejny rok życia z nową fryzurą. Jeśli chodzi o długość i formę, zmiana jest niewielka. Natomiast kolorystycznie widać ją wyraźnie. Do niedawna miałam włosy dwukolorowe w sposób niepożądany - ciemniejsze końcówki jako pozostałość dawno minionego farbowania. Teraz mam włosy dwukolorowe w sposób celowy i zaplanowany - dyskretne pasemka w kolorze bordo. Szkoda tylko, ze efekt "prosto od fryzjera" utrzymuje się tylko do pierwszego mycia. Choćbym stała godzinami przed lustrem z suszarkolokówką i pianką, nigdy mi się nie udaje znowu tak ułożyć włosów...

Postanowienia na kolejny rok życia ( i nowy rok solarny):
- żyć chwilą, nie zamartwiać się przyszłością ani przeszłością, teraźniejszość też w końcu jest i do czegoś służy,
- wyciągnąć z życia co się da,
- jeśli ktoś mnie lekceważy, lekceważyć go w taki sam sposób; na życzliwość odpłacać życzliwością,
- poskromić wyobraźnię, nie dopatrywać się rzeczy, których nie ma, nie przypisywać innym uczuć, których oni nie mają i nie czytać między wierszami,
- rozwijać się intelektualnie.

... akurat, dotrzymywanie postanowień to moja "specjalność" ;) Dlatego przeważnie ich nie podejmuję.
greeneye 2004-07-03 20:56:25 skomentuj (4)
Wczorajszy dzień...
przeszedł bez echa. Dwie osoby pamiętały, dwie kolejne skojarzyły. Myślałam, że w tym roku statystyka będzie nieco lepsza :) No, ale przecież nie wywieszę transparentu... ;)
greeneye 2004-07-04 11:00:45 skomentuj (7)
Chwila grozy w życiu netoholiczki
Pewnego razu była sobie netoholiczka. Korzystała z netu we dnie i w nocy, w pracy i w domu. Korzystanie w pracy było niemile widziane, jako że oznaczało to marnowanie cennych minut przeznaczonych na czynności bardziej produktywne i gdyby netoholiczka została na tym przyłapana, mogłaby się dowiedzieć o sobie paru nowych rzeczy, których niekoniecznie chciałaby się dowiedzieć. Ale znalazła i na to metodę, zwaną Word-kamuflażem. Polegała ona na trzymaniu na pulpicie jednocześnie dwóch otwartych okien - Worda i IE. W razie kryzysu w postaci nadejścia dyrekcji lub pozbawionego zrozumienia dla netoholizmu współpracownika, następowała natychmiastowa minimalizacja IE oraz maksymalizacja Worda, z którym netoholiczka w założeniu powinna była pracować. Natomiast w domu netoholiczka natychmiast po przyjściu uruchamiała komputer i net, który chodził następnie bez przerwy do późnych godzin nocnych, a bywało, że i do wczesnych godzin rannych.

Pewnego razu były też sobie dwa kabelki USB. Jeden był od modemu, drugi od drukarki. Spełniały one swoją funkcję bez zarzutu. Jedyny problem polegał na tym, że były całkowicie identyczne; poza tym plątanina kabli znajdująca się pod biurkiem netoholiczki uniemożliwiała określenie, do którego urządzenia który kabelek prowadzi.

Któregoś pięknego dnia zaistniała potrzeba odłączenia drukarki od komputera. W tym celu netoholiczka chwyciła jeden z identycznych kabelków i niewiele myśląc szarpnęła. W tym momencie nastąpiło odłączenie netu - kabelek okazał się prowadzić do modemu. Nie to jednak było problemem. Problemem było to, że net nie dał się uruchomić ponownie. Ciągle wyskakiwał uparty komunikacik: "Nie odnaleziono składników dostępu do sieci systemu Windows". Nauczona doświadczeniem netoholiczka stwierdziła, że na pewne komplikacje komputerowe lekarstwem bywa czasem zwykły restart - coś, czego długo używany ( a wręcz nadużywany ) komputer nie znajduje, świeżo uruchomiony może znaleźć z łatwością. Na próżno jednak. Po trzech próbach netoholiczka stwierdziła, że mogłaby tak sobie restartować do końca świata albo i dłużej. Potem przypomniała sobie, iż system operacyjny zwany przez niektórych Lufcikami XP (a przez złośliwych wręcz Luftami)oferuje możliwość przywracania się do uprzedniego stanu. Nie pomogło. Potem spróbowała trybu uruchamiania "Ostatnia znana dobra konfiguracja". Zero efektu, zero netu. W końcu postanowiła zadzwonić do wyższej instancji, czyli usługodawcy. Wcieliła się na moment w rolę klasycznej blondi (którą zresztą nie jest) :"A bo mi tu coś z internetem nie działa..." Uzyskała informację, że problem nie tkwi u wyższej instancji i pośrednio udało jej się wykluczyć możliwość, której się najbardziej obawiała - że usługodawca wstrzymał usługi netowe za niedopłacone rachunki.

Tu pomysły netoholiczki się wyczerpały. Wyobraźnia zaczęła jej podsuwać koszmarne wizje egzystencji niemal beznetowej - jakieś pojedyńcze minuty wykradane w pracy w strachu, że ktoś przyłapie, polowanie na wolne miejsca w kafejkach... Wtem przyszła jej do głowy myśl prosta acz genialna: sterownik! Zdążyła się do tej pory przekonać, że często gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o sterownik. Spróbowała więc ponownie zainstalować sterownik od modemu. Próba netu - bingo! Trafiony zatopiony! Netoholiczka wydała z siebie przeciągłe westchnienie ulgi. I w tym momencie bardzo wyraźnie zdała sobie sprawę z czegoś, co podejrzewała od dawna. Ze swego netoholizmu.

greeneye 2004-07-07 01:02:51 skomentuj (5)
"Wymiana" informacji i inne sprawy
Telefon. Ciotka.
- Pracujesz teraz?
- W tym momencie tak.
- Odpowiedz na moje pytanie! Pracujesz czy masz urlop?!
---
Mama do córki(mnie):
- Przynieś mi z kuchni ten... no ten...
- Który?
- No, ten ostry, do cięcia...
- Nóż?
- Nie, nie nóż... Nie rozumiesz, o co mi chodzi? Zaraz, zaraz... Mam! Nożyczki!
---
Ja nie wiem, czy mam zdolności telepatyczne. Musiałabym sprawdzić. Ale jeśli chodzi o wyżej wymienione osoby - szczerze wątpię ;)

***

Obiecałam sobie traktować innych w taki sam sposób, w jaki oni mnie traktują. Czyli jeśli np. ktoś mnie zwyczajnie olewa, to ja tego kogoś też powinnam. Bez podejmowania jakichkolwiek prób kontaktu. Ale nie umiem nie mieć żalu.

***

Coraz bardziej się obawiam, że zawalę magisterkę. Nie jestem w stanie NIC napisać. Nic kompletnie.
greeneye 2004-07-07 22:42:49 skomentuj (9)
O naleśnikach, prawach Murphy'ego i innych prawach natury :)
Punkt wyjścia - status opisowy na GG "Przerwa na przypalone naleśniki".

Ja:
o co chodzi z tymi spalonymi naleśnikami?
j:
niiic robiłam na obiad i spaliłam jak zwykle
Ja :
:)
j:
ale i tak były niezłe
Ja:
ja to nawet wodę na herbatę przypalam
j:
heheheheh
j:
a mozna
Ja:
czajnik można
j:
ja mam elektryczny, sam sie wylącza
Ja:
a z naleśnikami nigdy nie mogę wykombinować, jak ich nie porwać
j:
to takie gotowe
j:
tylko podsmażyć
Ja:
a, to sztuka zepsuć
j:
ale ja sie zawsze niecierpliwie,nei chce mi się nad nimi stać
j:
idę do kompa a one tylko na to czekają
Ja:
tak jak mnie się nie chce stać nad czajnikiem
j:
wracam za 5sek one sie fajcza
Ja:
mnie się ciągle zdarza coś zostawić na kuchence i iść do kompa
j:
prawda a jak stoisz nad takimi to się za Chiny nie podsmazą
Ja:
będą sie smażyły 10 min i nic
Ja:
5 sek. przy kompie - węgiel
j:
hyhyhyhy
j:
dokaldnie
Ja:
czas płynie jakos inaczej w zależnosci od punktu pilnowania
j:
myślę że to raczej wrodzona złośliwość naleśników
Ja:
wrodzona? jakieś perfidne geny?
Ja:
samospalania?
j:
ani chybi :)
j:
nalesniki-kamikadze :D
Ja:
ROTFL
Ja:
a czajniki? ta sama kategoria przedmiotow martwych
Ja:
tzn. czajniki nie-elektryczne
j:
nie maialm przyjemności, ale garnki mają tak samo
Ja:
wszystko generalnie co służy do gotowania nie lubi, gdy się nad tym nie stoi
j:
tak, a watched phone never rings, te sprawy...
Ja:
tak jakby miało jakąś satysfakcję: "Poczekasz sobie, poczekasz"
j:
o wilku mowa
Ja:
Having baths makes telephones ring - to z praw Murphy'ego


***

I to zostało sprawdzone doświadczalnie :) Kiedyś specjalnie stałam z zegarkiem nad takim gotującym się czajnikiem i mierzyłam czas - trzy minuty. Innym razem odeszłam NA SEKUNDĘ do komputera - woda zagotowana. Podobnie jak minuta minucie nierówna w ciągu doby - np. rano trwa zaledwie ułamek sekundy...


A co do praw Murphy'ego, znalazłam ich imponujacą kolekcję w pewnym podręczniku do angielskiego (tak, tak!) pod tytułem :"Murphy's law and other laws of nature". Parę przykładów:
- When something breaks down, there are always two things wrong. You will only find one of them ( mój komputer najprawdopodobniej gdzieś się natknął na to stwierdzenie, bo stosuje się do niego z upodobaniem ;))
- Those who can, do. Those who can't, teach (tu mogłabym polemizować, ale widziałam parę przykładów na poparcie tej tezy)
- If you explain so clearly that nobody can misunderstand, somebody will (potwierdzone trzyletnią praktyką pedagogiczną!)
- Nothing is impossible for people who don't have to do it themselves (dewiza życiowa mojej pani dyrektor)
- Everything good in life is either illegal, immoral or fattening (dwóch pierwszych kategorii nie nadużywam, natomiast nigdy się nie przejmowałam tym, że coś należy do tej trzeciej ;))
... i tak dalej, i tak w nieskończoność...

***

Natomiast nie wkleję tu innej rozmowy na temat metody popełnienia zbrodni doskonałej :] Po pierwsze, nie chciałabym, żeby ktoś za przyczyną tego bloga wcielił ją w życie ;) Po drugie, to nie mój pomysł - szanuję prawa autorskie :)

greeneye 2004-07-10 02:20:33 skomentuj (7)
???
Chyba zrezygnuję z tytułowania notek. Zacznę je numerować albo oznaczać jakimiś symbolami. Ostatnio mam skłonność do produkowania notek traktujących o sprawach tak ze sobą nie powiązanych, że niemożliwych do objęcia wspólnym tytułem. Szkoda, że tu nie da się zamieścić notki w ogóle pozbawionej nagłówka.

***
Dowiedziałam się o tym długo po fakcie, bo przez chyba tydzień prawie nie miałam kontaktu z mass mediami. Grało jakieś tam radio, ale nie poświęcałam większej uwagi wiadomościom. Dopiero dzisiaj mass media w postaci gazety sprzed paru dni zmusiły mnie do wytężonej uwagi. I tak oto z dużym opóźnieniem przeczytałam o czymś, co mnie po prostu zmroziło. O czymś, co mogłoby równie dobrze przytrafić się mnie. Przecież ja dość często jeżdżę pociągami, a zdarzało mi się jeździć o dziwnych porach. Zimno mi się robi na myśl, że kilkakrotnie, gdy współpasażerowie już wysiedli, jechałam sama w pustym przedziale. Nieważne, że nie wożę ze sobą cennych rzeczy i praktycznie nie byłoby czego ukraść - chyba te parę marnych groszy i tanią, już nieco zdezelowaną komórkę. Zawsze, gdy wyjeżdżam, mama kilkakrotnie do mnie dzwoni i sprawdza, czy wszystko w porządku - zwłaszcza gdy jestem w pociągu powrotnym. Do tej pory się śmiałam: "A co mi się może stać, w pociągu pełno ludzi". Teraz już nie będę się śmiała...

W takich sytuacjach zaczynam się zastanawiać nad zjawiskiem bycia w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Przypomina mi się inna historia nagłośniona swego czasu w mediach - o tym, jak jakaś dziewczyna w wieku maturalnym szła koło budynku i spadła jej na głowę cegła czy dachówka, już nie pamiętam. Gdyby przechodziła o parę sekund później, nic by jej się nie stało. Podobnie jak ta zamordowana w pociągu żyłaby pewnie do dzisiaj, gdyby wtedy na ten pociąg się spóźniła. Albo gdyby złożyła papiery na inną uczelnię i miała zdawać egzamin gdzie indziej. Dlaczego obie musiały się znaleźć w tych miejscach, w tej konkretnej godzinie, minucie i sekundzie? Dlaczego, co by było gdyby... Można by się zastanawiać w nieskończoność.

Wydaje mi się, że jednak mogę mówić o sporym szczęściu, że nigdy nic takiego mi się nie przytrafiło. Nigdy nikt mnie nie zaatakował, nie miałam żadnych wypadków, urazów ani poważnych chorób... Choć nie powiem, żeby nie było sposobności. Parokrotnie mało nie wpakowałam się w niezłe tarapaty, ale zawsze jakoś udawało mi się z nich wywinąć. Albo przez niesłychaną intuicję mojej mamy, która wiedziała, że coś jest nie tak, nawet gdy obiektywnie nic na to nie wskazywało, albo przez szybką reakcję własną lub kogoś innego, albo dla odmiany przez znalezienie się we właściwym miejscu o właściwej porze. Naprawdę, choć wciąż mi się wydaje, że pod wieloma względami mam w życiu pod górkę, w tej kwestii naprawdę mam szczęście.

***

Zupełnie inny temat. Mówi się, że koty chodzą własnymi drogami. Czasem jednak te własne drogi prowadzą je w nieznanym kierunku i bez powrotu.

Otóż mój kot, o którym kiedyś tu pisałam w kontekście pobudek o nieludzkich porach i demolowania mi pokoju, nie wraca od tygodnia. Nie należał do kotów cały czas trzymanych w domu, bo miał warunki do wychodzenia. Oprócz wielu minusów, zamieszkiwanie w bardzo starym domu jednorodzinnym ma jeden zasadniczy plus - kiedyś działki i ogrody wyznaczano ze znacznie większym rozmachem niż obecnie. W rezultacie wokół domu jest mnóstwo przestrzeni - można powiedzieć, raj dla zwierzaka, który może do woli zwiedzać i odkrywać. Niestety, dla mojego kotka ta przestrzeń zrobiła się za ciasna i zaczął się zapuszczać w jakieś nieznane rejony. Parokrotnie już wyruszał na kilkudniowe wyprawy, z których jednak zawsze wracał. Do czasu... Chcę mieć nadzieję, że jeśli nie wróci, to dlatego, że komuś za bardzo się spodobał i ten ktoś postanowił go przygarnąć nie bacząc na to, że być może ten kot ma już właściciela. O innych ewentualnościach wolałabym nie myśleć...
greeneye 2004-07-13 03:07:49 skomentuj (5)
Na jednym z blogów...
... padła opinia, że życie jest w gruncie rzeczy proste. Ja dziękuję za taką prostotę ;)
greeneye 2004-07-15 00:12:34 skomentuj (8)
Ostrożnie z marzeniami
Na jednym z ostatnio odwiedzonych przeze mnie blogów autor zastanawiał się nad pewnym fragmentem wiersza, nie mogąc zidentyfikować poety. O ile czegoś nie mylę, mogło chodzić o ten wiersz (wersja oryginalna):

"HAD I the heavens’ embroidered cloths,
Enwrought with golden and silver light,
The blue and the dim and the dark cloths
Of night and light and the half light,
I would spread the cloths under your feet:
But I, being poor, have only my dreams;
I have spread my dreams under your feet;
Tread softly because you tread on my dreams."
(W. B. Yeats)

"Uważajcie gdzie stawiacie stopy, gdyż stąpacie po marzeniach"(jak na mój gust można by to przetłumaczyć zarówno w liczbie mnogiej, jak i pojedynczej, zgodnie z dwojaką naturą zaimka "you"). Należy sobie to bardzo wziąć do serca. Zdarza się bowiem, że ktoś podepcze czyjeś marzenia brudnymi butami i nawet nie przeprosi, albo będzie obwiniać wszystko i wszystkich, tylko nie siebie. A dla takich jak ja nauczka - swoje marzenia trzymać przy sobie, schować w jakimś sekretnym miejscu, by nikt ich nie zniszczył, a nie rozdawać na prawo i lewo. Zgodnie z użytym w wierszu odniesieniem do tkaniny, niektórym nie można powierzyć ścierki do podłogi, a co dopiero marzeń.


***

Na inny temat - doszukiwanie się we wszystkim ukrytego sensu jest chyba najprostszą drogą do szaleństwa.
greeneye 2004-07-17 18:38:08 skomentuj (3)
Cicho-ciemno
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie... Jakby wszyscy znajomi zapomnieli o moim istnieniu. W skrzynce ani pół złamanego maila, na komórce ani ćwierć złamanego SMS-a, na GG same czerwone słoneczka, ani nawet jednego częściowo za chmurką... Hm...Już zaczęłam się zastanawiać, co mogłam zrobić lub powiedzieć głupiego, że wszyscy się tak odsunęli. Zaczęłam sobie wyobrażać, że usunęli mnie ze wszystkich list kontaktów i książek adresowych,przenieśli na listę ignorowanych na różnych komunikatorach i wyrzucili mój numer z pamięci swoich komórek - tylko ciekawe za co... Wtem przyszło mi do głowy inne wyjaśnienie sytuacji. Bo co to my mamy za porę roku? A co to wiele osób o tej porze ma? No tak, zdążyłam zapomnieć - wakacje, urlopy. A co te osoby najprawdopodobniej robią w takich okolicznościach? Albo wyjeżdżają na łono natury z dala od techniki i cywilizacji, albo prowadzą intensywne życie towarzyskie. A ja co? Na to pierwsze szans nie mam, poza tym jestem beznadziejnie uzależniona od cywilizacji. To drugie - trzeba by pomyśleć. Intensywne to nie będzie, ale grunt żeby jakieś. Grunt żeby się odkleić od tego krzesła, bo niedługo do niego przyrosnę.

***

Zgłaszam postulat. Ktoś powinien wynaleźć urządzenie do wyłączania natrętnych myśli. Mogłoby to być coś w rodzaju pilota czy myszy - ledwo coś niepożądanego zaczyna się plątać w umyśle, klik! - i nie ma, zlikwidowane. Przydałby się jeszcze jakiś filtr wspomagający oglądanie świata z punktu widzenia innych osób. Bo widzę, że mój sposób odbierania rzeczywistości nie wystarcza. Próbuję ustawiać tak i owak, pod różnymi kątami, ale ciągle nie mogę dopasować. Może gdybym miała jakieś sprytne urządzonko inni ludzie przestaliby mnie tak zaskakiwać i dporowadzać do granic wytrzymałości nerwowej. Zastanawiałam się jeszcze nad przydatnością jakiegoś telepatora, myślowizora czy jak to by tam nazwano, ale stwierdziłam, że to by było jednak niebezpieczne. Jeszcze by ktoś do moich myśli zajrzał, poznał te najbardziej ukryte, i co wtedy? Ale za te dwa pierwsze urządzenia jacyś wynalazcy powinni się poważnie zabrać. Podejrzewam, że byłoby wielu chętnych nabywców. Ja bym była pierwsza w kolejce.
greeneye 2004-07-19 01:32:01 skomentuj (6)
Suplement do poprzedniej notki
A propos dziwnych urządzeń i wynalazków...

Ogłoszenie:
Poszukuję wehikułu czasu po przystępnej cenie - może być używany ;) Ale nie użyłabym go, by cofnąć się w przeszłość, odkręcać coś, co minęło i przeżywać to jeszcze raz. Włączyłabym tryb "przyszłość", by podglądnąć, co tam się dla mnie szykuje... :)
greeneye 2004-07-20 16:08:04 skomentuj (8)
***
Coś ostatnio na blogach określona tematyka przeważa... Pod tym, co piszą Kamyczek i Mucha, praktycznie mogłabym się podpisać. „I love to be loved”... Hm... Mogłabym coś tu jeszcze dodać. Zauważam, że w tej sprawie trudno czekać aktywnie. Trudno cokolwiek przyspieszyć. Trudno cokolwiek samemu zmienić. To może faktycznie przyjść wtedy, kiedy o nic nie zabiegam. Może się ze mną nie zgodzicie, ale mam wrażenie, że tu nie da się nic wypracować. Albo trafia i poraża od razu, albo wcale. Albo trafia swój na swego, albo nic nie może zaiskrzyć, choćby którakolwiek ze stron dała z siebie bardzo wiele. To nie jest tak, że można zasłużyć na czyjeś zainteresowanie, na wzajemność, na zasadzie „Będę taka i taka, zrobię to i to, to wtedy mnie zauważy”. No, może zauważy – w pierwszej chwili. Ale nic albo niewiele poza tym. Ciężko też przekonać do siebie kogoś, kto jest nieprzekonany, by nie wyjść na osobę namolną. Poza tym można wyrobić w sobie różne pozytywne cechy, być chodzącym ideałem i nic. Można być człowiekiem pełnym wad i.... coś ;) Choć zależy jeszcze, jakie to wady... Ludzie z wadami, problemami i sprzecznościami wydają mi się jakby bliżsi, bo są bardziej podobni do mnie, jakby bardziej... ludzcy. Chociaż... może nad czymś mogłabym popracować? Nad nadwrażliwością, bo to może odstraszać – mam czasem wrażenie, ze ludzie nie wiedzą jak do mnie podejść, żeby nie spłoszyć, jak rozmawiać, żeby nie urazić. No i muszę generalnie uczyć się innych i zaakceptować fakt, że są inni - czasem mam problem z dostrzeżeniem granicy między innymi a sobą. I w końcu, wreszcie pogodzić się z tym, że nie będę wszystkiego wiedziała i rozumiała – i to jest naturalna kolej rzeczy.

Trudno mi jest sobie wyobrazić taką spokojną codzienność z kimś... Nie wiem czemu wyrobiłam w sobie przekonanie, że zawsze musi być trudno, wyboiście i pod górkę. Że nie powinnam za dużo oczekiwać od razu. Ale na początek chciałabym, żeby ktoś się.... choć troszeczkę zafascynował – tak jak ja potrafię się fascynować osobowościami innych osób. I żeby przede wszystkim ten ktoś miał czym się fascynować ;) I żeby... zaczekał. Dał mi czas, bym zaufała i pozwoliła do siebie dotrzeć. I by nie kierował się pierwszym wrażeniem. By nie patrzył tylko na to, co ładnie opakowane i odpowiednio zareklamowane,na to, co od razu rzuca się w oczy. By zadał sobie trud dotarcia do czegoś, co ukryte, na pierwszy rzut oka niedostrzegalne.

greeneye 2004-07-22 00:12:48 skomentuj (10)
Bo z tymi połówkami to jest tak...
Zainspirowane pewną rozmową, pewną notką na blogu i pewnym wątkiem na pewnym forum...

Zabawa z połówkami przypomina czasem dopasowywanie połówki jabłka do, na przykład, połowki nektarynki. Niby trochę podobnie wygląda, a jednak co innego. Ale przecież sawsze można udać, że się tego nie widzi i że nektarynka jest jabłkiem... nieprawdaż? ;) A jeśli w którejś połówce lub obu tkwi robak? Wyrzucić w ogóle, czy zatrzymać - dla całej reszty, tej nie zarobaczonej?

***
Jakie są granice ochrony bezpieczeństwa emocjonalnego? Czy brnąć w ślepą uliczkę, mimo że instynkt samozachowawczy rozpaczliwie sygnalizuje: "Gdzie leziesz, nie tędy", czy w ogóle nie ruszyć z miejsca? Czy dmuchać na zimne, bo już się kiedyś sparzylismy, czy igrać z ogniem licząc na to, że nawet jesli sparzymy się znowu, to nas to nie zabije, a czegoś się ważnego nauczymy...a przynajmniej będzie o czym opowiadać;) ?
greeneye 2004-07-23 12:29:21 skomentuj (7)
Odliczanie
Czas do mojego urlopu liczy się już nie w dniach, lecz w godzinach. Co jakiś czas będę dodawać aktualną liczbę godzin i minut, jakie dzielą mnie jeszcze od upragnionego miesiąca wolności. Uwaga, zaczynam:

Dwadzieścia trzy godziny dwadzieścia cztery minuty...

***

Dwadzieścia jeden godzin i dwadzieścia minut...
Ogłoszenie: czy ktoś ma pomysł na imię dla kotka, ok. dwa i pół miesiąca, ubarwienie czarno-białe? Otóż mam znowu kotka. I nie jest to kotek zamiast tamtego zaginionego, tylko ewentualnie oprócz - gdyby tamten zdecydował się i mógł wrócić. Trafił do nas nie wiadomo skąd - po prostu moja mama znalazła go w piątek wieczorem pod drzwiami. Pytałyśmy wszystkich sąsiadów, czy komuś nie zaginął kotek, ale nikt się nie przyznał. I tak oto bez żadnych formalności została przeprowadzona adopcja :)

***

Siedem i pół godziny...

Zastanawiam się, co zrobię z tym urlopem. Tyle czekałam, a jak przychodzi co do czego, to nie wiem co robić ;) Nie przewiduję żadnego wyjadzu z bardzo prozaicznego powodu - brak funduszy. Muszę więc znaleźć inne sposoby spędzania wolnego czasu. Przeczytam zaległe ksiażki, obejrzę zaległe filmy, może wreszcie wezmę się za zaległą pracę magisterską (obrzydzenie mnie ogarnia na sam widok). Może poszukam jakiejś innej pracy? Na razie jest spokojnie, ale tu się nie zna dnia ani godziny, a układanie testów na przemian z wypisywaniem list obecności i wpprowadzaniem danych to jednak nie jest szczyt moich ambicji. No tak, ambicje to ja mam, ale przy moich niewielkich kwalifikacjach, braku determinacji, siły przebicia i konsekwencji w działaniu mogę je co najwyżej schować do szuflady albo oprawić w ramkę i powiesić na ścianie - przynajmniej będą ładnie wyglądały ;)

Niezbyt ekscytująco brzmi taka perspektywa urlopu, prawda? Ale przynajmniej będę mogła sama dysponować własnym czasem i gdy przyjdzie mi fantazja chodzić spać o piątaj i wstawać w południe, nikt mi słowa nie powie... ;)

***

Pięć godzin dwadzieścia minut....

Uprzejmie donosze z pokoju 101, że właśnie testuję zasadnosć jednego z praw Murphy'ego: "Using the Internet at work makes your boss arrive" ;) W piątek nie zadziałało, oby i dzisiaj... Bo tak naprawdę nudzi mi się i nie mam nic do roboty, ale wolę się nie przyznawać - jeszcze coś mi znajdą...;)
greeneye 2004-07-25 18:37:09 skomentuj (2)
***
Tamta notka zrobiła się bardzo długa, wiec zaczynam nową. Jeszcze nieco ponad trzy godziny do upragnionej wolności. A to wcześniej wspomniane prawo Murphy'ego jednak działa - szef zjawił się w momencie, gdy zdążyłam się zaangażować w bardzo ciekawą dyskusję na pewnym forum internetowym. W panice nie zamknęłam przeglądarki, tylko zminimalizowałam. Szef zagląda mi przez ramie: "Proszę pokazać, co pani napisała. Bardzo dobrze, o to chodziło... A proszę pokazać jeszcze jeden plik - to tu na dole?" Ja nerwowo złapałam za myszkę: "Nienienie, to ten na pulpicie!" Zbyt nerwowo, podejrzanie nerwowo :) Albo się nie zorientował, albo udał, że nie widzi....

Z nudów zaczęłam się bawić wyszukiwarką. Czego można się dowiedzieć z wyszukiwarki? Np. że ma się kilka alter ego o tym samym imieniu i nazwisku ;) A sądziłam, że takie zestawienie jest mało popularne. Od razu mówię - żadna z tych osób nie jest mną! Ja chyba nigdzie w necie nie podpisałam się pełnym imieniem i nazwiskiem - funkcjonuję za to pod trzema czy czterema różnymi nickami. A propos nicków - przetestowałam wyszukiwarkowo także swój blogowy i.... przekonałam się, że to nie tylko Zielonooka. I również mówię na wypadek wątpliwości - nie mam nic wspólnego z:
- jakimś typem kamery internetowej,
- gatunkiem ryby,
- kimś, kto mi zwinął nicka i udziela się na Onecie pisząc o kwestiach, o ile pamiętam, politycznych (coś, co mnie w najmniejszym stopniu nie interesuje),
- treściami, ehm... obscenicznymi.

Z tego ostatniego powodu zastanawiałam się nawet, czy nie zmienić nicka, ale wygląda na to, że na już założonmym blogu się nie da. Musiałabym zakładać nowy pod inną nazwą, a do tego zbyt już się przyzwyczaiłam.

Ciekawostka - doszukałam się też pewnej znanej osoby urodzonej dokładnie tego samego dnia, miesiąca i roku co ja. Jakaś francuska aktorka, o której wcześniej nie słyszałam. Wpisałam nazwisko w Google, by się przekonać, kto ona za jedna i czy jest pod jakimkolwiek względem podobna do mnie. Znalazłam pełno entuzjastycznych opinii: "Taka zdolna, taka obiecująca... Niby dosć nieśmiała, ale potrafi mówić dużo i ciekawie... Uwodzicielska..." Hłe hłe hłe, szczęściara ;)))) Pnie się po szczeblach kariery, zdobywa sukcesy... Patrząc na to astrologicznie, to mimo niemal identycznie pogmatawnych układów jak moje można sobie jednak w życiu poradzić. A ja siedzę sobie w pokoju 101 nad testami i nikt nigdy nigdzie o mnie nie słyszał ;)
greeneye 2004-07-26 15:47:45 skomentuj (11)
***
Znalazłam blog kogoś, kto ma identyczny problem jak ja. Jaki? No oczywiście. Nieśmiałość. Po latach walki z nią, mimo że nadal uważam się za osobę katastrofalnie nieśmiałą, udało mi się przejść do poziomu umożliwiającego jako takie funkcjonowanie w społeczeństwie. Czy pozwolilibyście jakiejś babie wepchnąć się przed wami w kolejce, bo nie macie śmiałości zaprotestować? Mnie się to przydarzyło. Czy wyobrazicie sobie, że ktoś nie ma odwagi zapytać przechodnia na ulicy o drogę czy o godzinę? Ja kilka lat temu nie byłam w stanie. Teraz jest nieco lepiej - kilka lat treningu w przemawianiu do grup ludzi (okupionego zresztą KOSZMARNYM stresem) zrobiło swoje. Obecnie już się specjalnie nie boję załatwiać spraw w urzędach i pytać, gdy czegoś nie wiem. Ale wciąż nie udało mi się pozbyć przpraszającego uśmiechu i również jakby przepraszającego tonu. Jakbym przpraszała kogoś za to niesłychane przestępstwo, jakim jest zajęcie komuś sekundy jego cennego czasu - i za to, że w ogóle żyję. Nadal czuję się niepewnie, gdy muszę coś wybierać, zmieniać i przymierzać. A już fatalnie czuję się w niektórych sklepach z odzieżą i kosmetykami - takich, gdzie sprzedawczynie mierzą wzrokiem każdego klienta, czy jego strój i w ogóle tzw. zewnętrzne oznaki zamożności wskazują, że go stać na kupienie czegokolwiek w tym sklepie. Ponieważ po mnie żadnych zewnętrznych oznak zamożności nie widać, sprzedawczynie od razu zaliczają mnie do kategorii "nic nie kupi, traktować jak śmiecia i patrzeć, czy czegoś nie kradnie".

Ciekawostka - kiedyś przez nieśmiałość mało nie wyleciałam ze studiów. Na pierwszym semestrze mieliśmy przedmiot o nazwie PNJA (praktyczna nauka języka angielskiego) komponent konwersacje. Jak sama nazwa wskazuje, przedmiot polegał na prowadzeniu konwersacji na narzucony z góry temat. Ja oczywiście nie byłam w stanie się odzywać - najgorszym koszmarem była dla mnie świadomość, że wszyscy wlepią we mnie wzrok, a ja będę miała ochotę schować się pod ławkę. Poza tym moje próby przebicia się w rozmowie były tak nieudolne, że zanim mi się w końcu udało, wszyscy już dawno przeszli do innej kwestii, tak więc wkrótce przestałam próbować. Niestety, jak się potem okazało, aktywność miała odgrywać kluczową rolę przy ocenianiu.Nie zostaliśmy o tym uprzedzeni, albo nie dość jasno - no i ocknęłam się z dwóją w indeksie. Tak oto pierwszy i jedyny raz w życiu zostałam zmuszona do zdawania tzw. komisu. Dodatkowy problem polegał na tym, że pani od komponentu konwersacje nie poparła mojego podania. W uzasadnieniu napisała, że w całej swojej karierze pedagogicznej nie spotkała równie biernej studentki i że zachowuję się, jakbym była meblem (!), a wypowiedź swoją zakończyła trzema wykrzyknikami, chyba w pełni oddajacymi całą niechęć, jaką miała do mnie. Na szczęście dopuszczono mnie do komisu - uratowało mnie to, że do mnóstwa czwórek i jakiejś piątki w indeksie ten niedostateczny pasował jak kwiatek do kożucha, poza tym inni nauczyciele wypowiadali się o mnie pozytywnie. Reszta semestru zeszła mi na próbach przekonania owej pani, ze w odróżnieniu od szafki czy biurka posiadam głos i umiejętność wyrażania myśli. Jedna koleżanka nawet zaofiarowała się, że będzie przychodziła na konwersacje ze szpilką i ukłuje mnie średnio trzy razy w ciągu każdych ćwiczeń, by dać mi znak do mówienia ;) Obeszło się bez kłucia, a zaliczenie na koniec roku dostałam - zbyt się bałam, by się nie zmobilizować. Potem już nie byłam tępiona przez asystentów od konwersacji, choć słyszałam z kolei uwagi o tym, że nie utrzymuję kontaktu wzrokowego. Po egzaminie na koniec III roku jeden z egzaminatorów kpił sobie ze mnie: "Gdybym chciał pani spojrzeć w oczy, musiałbym wyciąć dziurę w tym stole, w który się pani tak uporczywie wpatrywała, i zajrzeć od spodu" :) Na szczęście nie oceniali za kontakt wzrokowy, tylko za treść i poprawność wypowiedzi....

Jest jednak pewna sprawa, z którą wciąż nie mogę sobie poradzić. Sytuacja, która powtarza się, z pewnymi zmianami, od czasów podstawówki, a może i przedszkola. Wygląda to w przybliżeniu następująco. Jakaś grupa ludzi spędza razem czas, dobrze się bawi w swoim towarzystwie, dobrze się rozumie, coś razem organizuje... a ja stoję z boku i patrzę. Boję się podejść, żeby mnie ktoś nie odepchnął, nie wyśmiał, nie zbył byle czym. Czekam, aż znajdzie się osoba, która mnie zauważy, złapie za rękę i wprowadzi do towarzystwa, mówiąc: "Czego się boisz, chodź do nas". Owszem, parę razy się doczekałam, ale były to przypadki niezmiernie rzadkie. Przeważnie nikt nie przychodzi... Ktoś powie: "A nawet jeśli wyśmieją lub zignorują, to coś się stanie? Korona ci z głowy spadnie?" Może i nie. Ale jednym z najgorszych koszmarów osoby nieśmiałej jest ośmieszenie i poczucie odrzucenia. Dlatego tak rzadko pierwsza nawiązuję kontakty. I jeśli pierwsza kogoś zaczepię np. na GG, jest to z mojej strony akt odwagi :) I ciekawa rzecz, że w czasie rozmów na GG czy w ogóle przez internet być może sprawiam wrażenie, że z tą komunikacją nie jest u mnie tak tragicznie - czasem wręcz zasypuję rozmówców wypowiedziami, że aż nie nadążają odpowiadać. Zdobywam się na odwagę, na którą normalnie mnie nie stać. Wynika to ze świadomości, że mnie nie widać ani nie słychać. Nikt nie widzi wystraszonej miny, nie słyszy drżącego głosu, no i jest więcej czasu na myślenie. Wypowiedź na GG czy czacie można przeczytać zanim się wyśle; słów wypowiedzianych na żywo nie można cofnąć. Może ta nieodwracalność mnie przeraża... Może to, że ta nieszczęsna mowa ciała zwykle jest przeciwko mnie... Zdarza się, że przez internet rozmawia mi się z kimś nieźle, a w tzw. realu mam wrażenie, że ta osoba trochę się męczy w moim towarzystwie. Ale i bywa, że poczucie świetnego kontaktu z kims nie znika po urealnieniu. Na szczęście coraz częściej mam doświadczenia tego drugiego typu.
greeneye 2004-07-31 01:28:27 skomentuj (14)