| greeneyeblog - archiwum: maj 2004 |
|
Znowu zanurkowałam w blogi... Wnioski: Świat jest mały i net również :) Co wszyscy z tą Agathą? Muszę i ja spróbować. Do tej pory znałam jedynie z kilku adaptacji filmowych. Koleżanka z grupy pisze o niej pracę magisterską. Musi przeczytać 83 (czy coś koło tego) książki w oryginale – bagatelka! ;) Czyjaś notka przypomniała mi o filmie „Amelia”. Wyciągnęłam więc 2 VCD (dla których swego czasu - wyłącznie! - zdobyłam się na kupienie pewnego szmatławego pisma, którego moim zdaniem jedyną zaletą jest to, że czasem dołączają filmy) i postanowiłam zobaczyć ponownie. Pamiętam, jak kiedyś rozmawiałam z koleżanką z pracy, która stwierdziła, że jej zdaniem ten film jest przereklamowany i ona niewiele z niego rozumie. No tak. Żeby w pełni zrozumieć film czy książkę, dobrze jest mieć w sobie coś z bohatera czy bohaterki. Ktoś ekstrawertyczny i pewny siebie, zawsze mówiący i robiący wszystko wprost, taki jak wyżej wymieniona koleżanka, może nigdy nie być w stanie zrozumieć zachowania i postępowania Amelii. Ja rozumiem bardzo dobrze. Odkrywanie tajemnic przeszłości, szukanie tajemniczych osób, nieśmiałe próby zwrócenia na siebie czyjejś uwagi, a potem ukrywanie się – to wszystko jest mi doskonale znane... Batalii z usługodawcą internetowym ciąg dalszy. Wczoraj wykonałam kolejny telefon i tym razem użyłam magicznego słowa „reklamacja” , jak również argumentów o narażaniu mnie na koszty i niewywiązaniu się z umowy. Oczywiście, próbowali mnie spławić i przełączyć znowu na tę samą linię wsparcia technicznego, na którą dzwoniłam już sześciokrotnie bez żadnego efektu. Udało mi się jednak, o dziwo, dość ostro zareagować i użyć podniesionego tonu (tak, tak – czy to na pewno ja???) i w końcu do nich dotarło, że nie chcę po raz nie wiem który powtórzyć tego samego zgłoszenia że mi się modem nie synchronizuje, tylko złożyć REKLAMACJĘ z powodu niewykonania usługi i ignorowania moich wcześniejszych zgłoszeń. W końcu przełączyli mnie do kogoś innego, kto sprawiał wrażenie, jakby wreszcie był w stanie coś z tym zrobić. Teraz pozostaje czekać do wtorku – środy. Choć nadal jakoś czarno to widzę.... Chociaż nadal nie mam stałego łącza, to zachowuję się jakbym już je miała. Ogarnia mnie netomania. Spędzam całe godziny w sieci. Częściowo ma to związek z blogowaniem i blogoczytelnictwem ;) Widzę, że mój blog zmienił się ostatnio w dziennik. Co to może sprawić świadomość, że z poczytnością bloga nie jest wcale tak źle, że moje słowa wywołują jakąś reakcję... Dodatkowo, od momentu zainstalowania licznika, zdałam sobie sprawę, że istnieje dość liczna frakcja czytelników utajonych, takich, co to zaglądają i po 3 razy dziennie, ale nie zostawiają śladu swej bytności ;) Zdałam sobie w tym momencie sprawę, jak niebotyczny i przerażający rachunek telefoniczny otrzymam. Tak więc moje dni są policzone – dożyję tylko otwarcia przesyłki z rachunkiem, bo zaraz potem dostanę zawału ;) greeneye 2004-05-01 22:28:28 skomentuj (2) Co robić z pracą magisterską Jak to co? Pisać! - odpowie ktoś rozsądny. Rzecz w tym, że ja do grupy rozsądnych nigdy się nie zaliczałam, nie zaliczam i z wszelką pewnością zaliczać nie będę. A próbowałam... Sobota Najpierw było spotkanie rodzinne. Wróciłam wieczorem i byłam pełna najlepszych chęci, by w końcu ruszyć tę stertę kserówek i książek piętrzącą się na biurku. Pomyślałam jednak, że przydałaby się kawa. Gdy wracałam z kuchni, zawadziłam wzrokiem o ekran telewizora i... zamiast ruszyć do biurka z kompem, zasiadłam przed ekranem. Po jednym filmie był następny, w przerwie notka w blogu... Gdy skończyło się wszystko, co było do oglądania, było koło drugiej. Stwierdziłam, że o takiej porze nie będe się już zabierać za pisanie. Ta godzina późnonocna nie wydała mi się jednak zbyt późna na czytanie książki (do ok. 3.20). Niedziela Wyciągnęłam mamę na kilkukilometrowy pieszy spacer. Po powrocie nie mogłam ruszyć ani ręką, ani nogą. W sam raz dogodna wymówka... Poniedziałek Sterta papierów na biurku wywoływała u mnie wyrzuty sumienia, ilekroć na nią spojrzałam. Stwierdziłam więc, że sytuacja dojrzała do tego, by coś z nią zrobić. Wzięłam kilka kartek z samej góry, obejrzałam ze wszystkich stron, przekartkowałam i odłożyłam z niesmakiem. Następnie otworzyłam szufladę biurka i... wrzuciłam tam wszystkie papiery, by ich nie oglądać. Sprawa wyrzutów sumienia załatwiona. Do momentu pierwszego otwarcia szuflady... greeneye 2004-05-03 23:16:37 skomentuj (4) Niezwykle intelektualnie rozwijające zajęcie : "A teraz oderwie się pani od swojego intelektualnego zajęcia i pomoże przy wysyłce. Trzeba stemplować koperty i przyklejać naklejki." No cóż, szef każe, pracownik musi. Zmieniłam się w automat do przystawiania pieczątek. Towarzyszka niedoli stwierdziła, że wolałaby już pracować na poczcie, bo przynajmniej twarze się zmieniają. Cały czas zastanawiałam się, czy właśnie po to mi te wyższe studia? Do czynności, które mógłby wykonywać średnio bystry przedszkolak? Niech żyje satysfakcja zawodowa. Niech żyje samorealizacja :( *** Dialog z usługodawcą internetowym nadal odbywa się wg zasady "Gadał dziad do obrazu, a obraz do niego ani razu." Dziś włączyli "Wszystkie linie są zajęte, przewidywany czas oczekiwania na połączenie z konsultantem powyżej trzech minut." Przyszła mi do głowy teoria spisku.Mają taką listę numerów niepożądanych należących do namolnych (ich zdaniem) klientów, na której znalazły się i moje (komórkowy i stacjonarny). Każdorazowe pojawienie się któregoś z nich na wyświetlaczu automatycznie uruchamia taśmę z tym nagraniem, niezależnie od tego, czy faktycznie konsultanci są zajęci. Naprawdę, będę musiała osobiście wybrać się do telepunktu. Normalnie jestem bardzo spokojna i unikam konfliktów, ale przesadzili już dawno. Moja cierpliwość się wyczerpała. greeneye 2004-05-04 22:18:31 skomentuj (3) To nie ulega wątpliwości... ... jednak jestem blondi, taka z najbardziej tendencyjnych i szowinistycznych kawałów, i nawet to, że się ostatnio przefarbowałam na odcień o nazwie "Dark Ruby", nic mi nie pomoże ;) Całe to wydzwanianie i wzywanie monterów okazało się niepotrzebne. Z jednej strony mam ochotę kląć, z drugiej śmiać się z samej siebie, gdy pomyślę, że cały czas moje łącze działało i mogłabym z niego korzystać od dwóch tygodni, gdybym... nie, nie napiszę, bo ewentualni czytelnicy tego bloga najpierw pospadają z krzeseł ze śmiechu, a potem pomyślą, że mój IQ jest równy mojemu rozmiarowi buta ;) Ale ważne, że łącze działa, a jeśli chodzi o szybkość, to mam wrażenie, jakbym przesiadła się ze starego rozklekotanego samochodu w odrzutowiec... no, może przesada z tym odrzutowcem, ale zmiana jest zauważalna :) *** Doszło dziś do szczególnej konfrontacji. Mojej z pewną osobą, która w lutym b.r. oceniła mnie niesprawiedliwie i w znacznej części stała się przyczyną zmiany mojego stanowiska pracy. Od czasu tego nieszczęsnego incydentu zetknęłam się z nią po raz pierwszy oko w oko, jeśli nie liczyć mijania się na korytarzu. Siedziałam właśnie w biurze i grzebałam w komputerze, gdy niespodziewanie weszła wyżej wymieniona osoba. Spytała jak gdyby nigdy nic: - Czy mogę zostawić materiały M. do skserowania? (M. jest jednym z lektorów, a prywatnie jej chłopakiem, i to on prawdopodobnie namówił ją do podjęcia nauki w tej szkole). Ani jej powieka nie drgnęła. Uśmiechnięta, zadowolona z siebie, jakby nie pamiętała, co zaszło 3 miesiące temu. A ja po prostu osłupiałam i zaniemówiłam jednocześnie. Na szczęście przyszła koleżanka-współpracowniczka, wybawiła mnie z opresji i wzięła te materiały, bo siedziałabym jak zamieniona w słup soli jeszcze przez dobre kilka minut. Gdybym ja komuś zrobiła coś takiego (zacznijmy od tego, że nie byłabym w stanie), to chyba do końca życia omijałabym tego kogoś na kilometr i nigdy nie byłabym w stanie spojrzeć mu w oczy. No, ale cóż - ona nie jest mną. Muszę się oduczyć oceniania innych według własnej miary. Jeśli przyzwyczaję się do myśli, że to, co dla mnie jest nie do przyjęcia, dla kogoś innego może być całkiem normalne, takie sytuacje nie będą mnie do tego stopnia szokować. greeneye 2004-05-06 20:49:07 skomentuj (8) Tu miała być długa notka... ... ale nie będzie. Po trzech daremnych próbach wprowadzenia jej na razie daję za wygraną. Komputer mi idiocieje, co przejawia się niewytłumaczalnym wstrętem do litery zet z kropką - na kombinację Alt + Z reaguje natychmiastowym zamknięciem okna, a wszystko, co w nim pisałam, diabli biorą. Próbowałam uzywać samych zetów bez kropek, ale zawsze, prędzej czy później, musiałam odruchowo wcisnąć tę nieszczęsną kombinację klawiszy. Wirus? A moze sama nieopatrznie zmieniłam coś w ustawieniach? Mozliwe, ze wyjaśnienie jest tak proste, ze az banalne, tak jak było z moim nieszczęsnym łączem. Do tej pory mi głupio... greeneye 2004-05-10 00:52:28 skomentuj (4) Denerwuję się... Po raz pierwszy od kilku miesięcy kazali mi znowu poprowadzić lekcję. Koleżanka się rozchorowała i mam wziąć za nią zastępstwo. Niby wszystko mam zapewnione, podręcznik, materiały itp., a jednak strasznie się boję. Przede wszystkim mogłam wyjść z wprawy, poza tym przez ten cały czas kompletnie odzwyczaiłam się od mówienia do większej grupy ludzi. No i zawsze już chyba będę się bała oceny, tego, że się komuś nie spodobam, że ktoś podsumuje mnie po pierwszych kilku minutach i naskarży, bo: za szybkie tempo, za wolne tempo, za mało mówię po angielsku, za dużo mówię po angielsku, daję za dużo materiałów, daję za mało materiałów, jestem za młoda, jestem za stara, jestem za niska, jestem za wysoka, mam ciemne włosy, a chcieliby blondynkę lub rudą (niepotrzebne skreślić). Zastanawiam się, skąd u mnie takie podejście. Może dlatego, że widziałam wielokrotnie, jacy ludzie potrafią być okrutni, przez co niewielu osobom potrafię zaufać i prawdopodobnie sprawiam wrażenie osoby nieprzystępnej. Boję się nowych spotkań, boję się konfrontacji, choć tak naprawdę chciałabym spotykać się z ludźmi, zawierać nowe znajomości i doświadczać nowych rzeczy. Przez swoją nieufność jednak boję się sama coś zacząć, wykazać jakąś inicjatywę, bez przerwy liczę na to, że ktoś inny pierwszy mnie znajdzie, że wykaże dość cierpliwości, by do mnie dotrzeć... Czasem rzeczywiście tak się zdarza, ale rzadko – większość ludzi nie będzie sobie zawracała głowy dopasowywaniem właściwych kluczyków do osoby zamkniętej w sobie na cztery spusty. Obawiam się, że kiedyś coś mnie przez to ominie, mogę coś ważnego przegapić... Zmiana tematu – jakoś nic mi się ostatnio nie chce. Siedzę tylko w necie i nie robię nic konstruktywnego. W sobotę mam zaliczenie, powinnam przeczytać mnóstwo kserówek (objętość ok. 5 książek), a tymczasem tkwię przed komputerem i nie mogę się zmobilizować. Stan pracy magisterskiej – nie będę nawet się przyznawać. I znowu będzie mobilizacja na ostatnią chwilę... greeneye 2004-05-11 23:51:15 skomentuj (6) Eksperyment No, w końcu serwis się ... odblogował :) Zainspirowana niedawną notką koleżanki Kamyczek stwierdziłam, że wobec konieczności wstania o nieludzkiej godzinie może rzeczywiście lepiej się w ogóle nie kłaść i postanowiłam to sprawdzić. Chodzenie spać o godz. 3-4 (w warunkach urlopowo-świąteczno-weekendowych) to dla mnie norma, to dlaczego nie miałabym wytrzymać jeszcze godziny? W sobotę miałam zjazd i normalnie musiałabym wstać ok. 4.40, co zawsze było dla mnie dużym problemem. Pomyślałam więc, że w taki sposób uda mi się ten problem wyeliminować i dodatkowo zyskać parę godzin na przygotowanie do sobotniego zaliczenia. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Przeczytałam jeszcze raz dokładnie wszystkie kserówki i notatki, no i miałam jeden stres mniej – nie musiałam bać się, że zaśpię. Bo czynników stresujących i tak było dużo. Słyszałam wcześniej przerażające opowieści o tym, ile razy niektórzy chodzili zaliczać do tego konkretnego profesora. Poza tym zaliczenie miało się odbyć w zupełnie innym budynku, w którym nigdy wcześniej nie byłam – bałam się, że nie trafię i nie znajdę sali. Dwie pierwsze osoby zaproszone przez profesora siedziały w sali równe 40 minut. Nieszczęśnicy siedzący pod drzwiami i czekający na swoją kolej uruchomili wyobraźnię i zaczęli tworzyć przerażające wersje wydarzeń. Wreszcie w/w dwie osoby wyszły – zmaltretowane, jakby je przepuszczono przez wyżymaczkę, ale szczęśliwe, bo z zaliczeniami. Kolejne dwie dziewczyny siedziały już „tylko” 20 minut. Z pięciu wyznaczonych na ten dzień osób ja byłam ostatnia. Usłyszałam trzy pytania, odpowiedziałam kilkoma zdaniami, krótko i na temat. „Dziękuję, proszę o indeks”. Nigdy bym nie przypuszczała, że tak łatwo pójdzie. Widocznie profesorowi już się nie chciało. Ciekawa zależność – czas trwania zaliczenia jest odwrotnie proporcjonalny do kolejności zdawania :) Zdałam sobie sprawę, że to mój przedostatni zjazd. Nie wiem czemu byłam przekonana, że coś jeszcze mam w czerwcu, ale sprawdziłam na planie i okazało się, że tylko raz w maju. Potem pewnie wpadnę raz czy dwa oddać czy odebrać kolejny kawałek pracy czy zwrócić książki do biblioteki, potem obrona... i koniec? Trudno w to uwierzyć. Tak się przyzwyczaiłam do tych wyjazdów, że... chyba będzie mi czegoś brakowało. Choć na pewno nie wstawania o 4.40 ;) greeneye 2004-05-16 11:47:27 skomentuj (1) Zostałam przekonana... ... zestawem argumentów nie do odparcia :) Swoją drogą jak to czasem mozna sobie coś wmówić...Zdarza mi się to ciągle, i to w róznych sytuacjach. Widzę to, co chcę widzieć i wierzę w to, w co chcę wierzyć. greeneye 2004-05-18 19:55:15 skomentuj (2) Dlaczego boję się uczyć... ... czyli wyjaśnienie dla zaintrygowanej Acid i innych ewentualnie zaintrygowanych. Ograniczę się tu jedynie do mojej obecnej pracy. Gdybym chciała się zapuścić we wspomnienia z pracy w koszmarnym gimnazjum, powstałaby cała rozprawa o trudnej młodzieży, patologiach społecznych, dręczeniu nauczycieli (nie tylko mnie) i bezkarności. Na pewno nie byłaby to notka długości "przyjaznej czytelnikowi" i pewnie nikt nie miałby cierpliwości tego czytać. Ograniczę się więc do stwierdzenia, że w tym gimnazjum nie postąpili ze mną jak z pewnym anglistą z toruńskiego technikum tylko dlatego, że akurat na to nie wpadli, a w przypadku tamtejszej sali 101 usprawiedliwione były wszelkie skojarzenia literackie (p. jedna z kwietniowych notek). Luty 2004. Tego dnia mam zajęcia z dwiema nowymi grupami. Boję się takich sytuacji, bo zdaję sobie sprawę ile zależy od pierwszego wrażenia. Jeśli od razu nie uda mi się zdobyć ich sympatii, trudno będzie mi to nadrobić. A z robieniem dobrego wrażenia nigdy nie było u mnie najlepiej. Zajęcia z pierwszą grupą przechodzą bez większych wydarzeń. Za to z drugą... Niektórzy sprawiają wrażenie dość sympatyczne, ale np. pewna dziewczyna z pierwszej ławki nie wzbudza we mnie sympatii. Patrzy na mnie świdrująco-badawczym wzrokiem, aż robi mi się nieswojo. Przychodzi kolejna dziewczyna. Sprawia wrażenie energicznej i pewnej siebie. Fizycznie bardziej podobna do chłopaka niż do dziewczyny. Od razu zapoznaje się ze wszystkimi. Nie robi na mnie złego wrażenia – do czasu... Lekcja. Zaczynam od przedstawienia regulaminu, wymagań i podręczników. Kończę zwykłą formułką: - Mam nadzieję, że będzie się nam dobrze współpracowało. - No, ja myślę! – mówi głośno ta chłopakowata. Grupa w śmiech. Mnie w tym momencie poczucie humoru zawodzi kompletnie, ale udaję, że się śmieję ze wszystkimi. Następnie czas na test sprawdzający – w myśl wskazań dyrekcji nie oceniany na punkty, tylko dla orientacji, jaki jest poziom grupy. - Czy mogłaby pani na przyszłość pisać testy większą czcionką? Tamta poprzednia pani (z ub. semestru) pisała dwunastką. A w ogóle to ten test jest za długi i za trudny. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego formatu. Czuję się coraz bardziej niepewnie. Nigdy nikomu nie przeszkadzały testy pisane jedenastką. Niedługo zażądają testów na kolorowym tle zamiast na białym, określonego kroju czcionki i będą mi narzucać, jakie typy cwiczeń mam dawać. I w ogóle co to za argument: „a bo tamta pani...” Każdy lektor ma własny sposób prowadzenia lekcji, a ja nie jestem klonem tamtej pani! Pierwsze ćwiczenie nie wypala, bo nie robią go tak jak zaplanowałam. Wcześniej prowadziłam je w trzech grupach i szło nieźle. Nic z tego nie rozumiem... Po przerwie zagapiłam się i zaczynam drugą część lekcji o dwie minuty za późno. Wymowne spojrzenia na zegarki. Spojrzenie dziewczyny z pierwszej ławki ze świdrującego staje się zabijające. - Tamta pani była punktualna co do sekundy - słyszę. „To się przepiszcie z powrotem do tamtej pani”, mam ochotę powiedzieć, „tylko wątpię, by was chciała w swojej grupie.” Zjednanie sobie tej nieprzychylnej grupy wydaje mi się niewykonalne. Tak się denerwuję, że gubię konspekt lekcji. Kompletna panika. Ręce mi drżą, kartki lecą na podłogę. Wyjaśniam jakieś zagadnienie gramatyczne. Ta od świdrującego spojrzenia ma minę, jakby chciała powiedzieć: „Czy masz nas za idiotów? Przecież my już to dawno umiemy”. (Jest zalecenie w programie, by na początku semestru robić powtórkę wszystkich czasów gramatycznych). Z powodu braku konspektu popełniam kolejny błąd – opuszczam jedno ćwiczenie. Z tego powodu lekcja kończy się o trzy minuty za wcześnie. Przestępstwo niewybaczalne, „bo przecież oni płacą za każdą minutę”. Oddycham z ulgą, gdy wychodzą. W sobotę wieczorem znajduję wiadomość na poczcie głosowej. „Zapraszam na spotkanie w poniedziałek na 12. Bardzo ważna sprawa. Proszę potwierdzić telefonicznie, że pani przyjdzie.” Ogarnia mnie przerażenie. Takie telefony nie wróżą nic dobrego. Przez dwa lata pracy w tej firmie nauczyłam się już, że jeśli kogoś tak nagle wzywają, mają mu coś przykrego do powiedzenia. Wysyłam SMS-y do wszystkich możliwych koleżanek z pytaniem, czy je też wezwano i czy nie wiedzą, o co chodzi. Nikogo poza mną nie wezwano i nikt nie wie o co chodzi. Panika sięga szczytu. Obsesyjna myśl:”Chcą mnie zwolnić”. Nieważne, że w swoim mniemaniu nie zrobiłam niczego, co by na to zasługiwało. owszem, nie bardzo wyszła mi lekcja, ale to jeszcze nie przestępstwo. Tu można wylecieć „ za chęć do życia i miłość do ojczyzny” (wg określenia matematyczki z mojej byłej podstawówki). Przekonuję się na własnej skórze, jaki jest najskuteczniejszy sposób zepsucia komuś weekendu – całą niedzielę zadręczam się tym i nie mogę myśleć o niczym innym. W poniedziałek widzę się z dyrektorem. Jego mina nie wróży nic dobrego. - Nie ukrywam, że mieliśmy tu w sobotę nieprzyjemny incydent. Trzy osoby przyszły ze skargą na panią i zażądały kategorycznie zmiany lektora (już zgaduję, że na „a bo tamtą panią”). Stwierdziły, że pani była nieprzygotowana (??? Tę samą lekcję prowadziłam w trzech grupach i nikt nie miał takich odczuć)i nie umiała nawiązać kontaktu z grupą. Niestety, to jest marketing. My oferujemy im produkt, a pani nie umiała go sprzedać. Nauczyciel musi być także aktorem, a pani nie ma za grosz zdolności aktorskich. Poza tym oni tyle płacą, że mają prawo oczekiwać satysfakcji. Zostanie pani odsunięta od nauczania i zajmie się pracami biurowymi. Przedstawiam swoje argumenty. Nie docierają. - Ja rozumiem, że się pospieszyli z oceną, ale najważniejszy jest marketing - powtarzał, jakby mu się płyta zacięła. Marketing. Pierwsze wrażenie. A ludzkie względy? Nikogo nie obchodziło, że mogę stracić pracę. Zachowali się jak rozpieszczone kilkuletnie dzieci, które idą z rodzicami do sklepu i robią dziką awanturę, że nie chcą takiej lalki, tylko inną. Zostałam sprowadzona do poziomu lalki. Potem się dowiedziałam, że pomysłodawczynią była ta chłopakowata dziewczyna, a poparła ją jej przyjaciółeczka ze świdrującym spojrzeniem. Przez to wszystko wylądowałam tam gdzie teraz jestem, w słynnym pokoju 101, z komputerem, podręcznikami i testami. Siedzę, myślę o niebieskich migdałach i stwarzam pozory, że coś robię, nieustannie przy tym licząc czas do 16. Obok siedzi przy biurku spokojny i nieszkodliwy współpracownik, który udaje że tego nie widzi. Wiem, że zarówno nauczanie, jak i biuro to nie dla mnie. Zastanawiam się, czy po magisterium nie iść na jakąś podyplomówkę - tylko nie mam pojęcia, jaką. greeneye 2004-05-20 02:03:42 skomentuj (3) Sprawdziłam licznik... ...i co widzę? Dużo osób tu zaglądało tej nocy i rano . Oprócz już mi znanych i rozpoznawanych po IP pojawiło się wiele nowych - i ciekawe, że w bardzo krótkich odstępach czasu i o dziwnej porze - 6-7 rano. Umówiliście się? ;) Mam wrażenie, jakby odbyła się konferencja online połączona z analizowaniem mojego bloga :) W każdym razie jeśli tu wrócicie,jesteście mile widziani :) greeneye 2004-05-20 21:44:07 skomentuj (1) Zatkało mnie Podczas mojej kolejnej wędrówki po cudzych blogach, w którymś z nich (zresztą jednym z najciekawszych, jakie do tej pory czytałam) trafiłam na komentarz następującej treści (nie jestem w stanie zacytować dokładnie, ale taki był sens): "Spox blog, tylko ubogo. Jedynie notki ciekawe". JEDYNIE notki?????? To o co tak naprawdę chodzi w tym całym blogowaniu? Pewnie o to, by się popisać wymyślnym, przeładowanym szablonem, a co się w nim pisze, to mało ważny szczegół. Aha, dobrze jest jeszcze mieć odruch naciskania Shift co drugą literę i używać nowomowy (czy raczej nowo-pisowni) w rodzaju "tesh" czy "jush" - bo to pewnie takie TRRRRENDY (nie cierpię tego słowa). Ja tam wolę być "passe" i zwracać uwagę na tak nieistotne szczegóły jak treść. Pewnie jestem dziwna, staromodna i nie pasuję do ogółu. Ale to, że nie pasuję do ogółu, pod różnymi względami, wiem już od dawna. Przyzwyczaiłam się. greeneye 2004-05-22 00:35:59 skomentuj (6) Na co komu blog? W nawiązaniu do poprzedniej notki i komentarzy należałoby zacząć od tego podstawowego pytania. Owszem, są osoby, które kierują się modą, bo koledzy z klasy mają, bo tak fajnie jest się pochwalić szablonem itp. Może dlatego wczoraj byłam tak zaskoczona, że takie podejście jest mi kompletnie obce. A na co mi blog? Otóż chyba zawsze miałam wrażenie, że niewiele osób tak naprawdę mnie zna. Ludzie widzą i słyszą może jedną piątą tego, co się we mnie dzieje. Z jednej strony boję się pokazać kim jestem, by mnie ktoś nie wyśmiał czy się do mnie nie rozczarował. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że ludzie mogą mnie nie zaakceptować, dopóki się nie dowiedzą, kim naprawdę jestem. Błędne koło. Postanowiłam więc coś zmienić, przeprowadzić pewien eksperyment. Zdecydowałam, że korzystając z netowej animowości (przynajmniej na początku),w blogu pokażę już nie jedną piątą swojego prawdziwego ja, tylko, powiedzmy, połowę (do całości chyba w życiu nie dojdę ;)), bez kreowania siebie, bez autocenzury i ... zobaczę, co się będzie działo. Czy zostanę bezlitośnie skrytykowana, czy może zignorowana i nikt tu nie zajrzy (albo zajrzy i zaraz się wycofa), czy znajdzie się ktoś, do kogo trafi coś z tej całej pisaniny i zdecyduje się zostać na dłużej. Miałam też pewne skojarzenie, o którym już tu pisałam, chyba na początku. Wyobrażałam sobie, że jestem rozbitkiem na bezludnej wyspie, piszę wiadomości, wkładam do wirtualnych butelek, zatykam wirtualnymi korkami, wrzucam do wirtualnej wody i... czekam, aż ktoś je wyłowi. I czasem wyławia :) A zdarzało się, że to nawet do tzw. "realu" przeszło :))) I okazało się, że utrata animowości nie jest taka straszna :) Choć w związku z "urealnianiem" mam kolejną obawę - że wyobrażenie, jakie ktoś sobie o mnie wyrobi na podstawie bloga, może się rozminąć z wrażeniem z rzeczywistego kontaktu. Na przykład to, że w blogu piszę kilometrowe notki na jakiś temat, nie znaczy, że na ten sam temat bedę w stanie swobodnie rozmawiać na żywo, przynajmniej nie od razu. Albo ktoś może założyć, że mam jakąś cechę charakteru, której w kontakcie ze mną w ogóle nie widać. Naprawdę nie chciałabym narażać rozmówców na rozczarowanie - powinnam się więc postarać zwiększyć tę wspomnianą jedną piątą w bezpośrednim kontakcie do, załóżmy, na początek jednej trzeciej :) Może mało ambitne założenie, ale chyba na początek nie można sobie narzucić zbyt dużo :D greeneye 2004-05-24 02:05:33 skomentuj (7) Dzieje się Życie nabrało tempa. Leci na złamanie karku, a ja nie mogę za nim nadążyć. Chodzę na ważne rozmowy w sprawie ewentualnej pracy. Wykonuję telefony. Odbieram telefony - bardzo dziwnie jest odbierać telefony od konkurencji w miejscu, gdzie ściany mają uszy, a wszelką konkurencję miesza się z błotem. Pomagam komuś w pisaniu pracy zaliczeniowej, podczas gdy moja własna magisterska leży odłogiem i kurzem zarasta (oj, będę się tłumaczyć w sobotę, czemu tak mało). Pomagam komu innemu tłumaczyć tekst z dziedziny, o której nie mam w ogóle pojęcia. Sama tłumaczę teksty o zakresie tematycznym od metod analiz laboratoryjnych (sama nie wiem, o czym piszę) do recenzji książek o tematyce astrologicznej. Nocami siedzę w necie. Rano wstaję w ostatniej chwili i uprawiam sprint do autobusu. I z żadnej z tych rzeczy nie mogę lub nie chcę zrezygnować. Są dwie możliwości - rozciągnąć dobę do, powiedzmy, 27-28 godzin lub oduczyć się spać. To ostatnie stopniowo mi się chyba udaje - zeszłam do 5 godzin na dobę. A potem w ciągu dnia jedna kawa, druga kawa, trzecia kawa... ;) greeneye 2004-05-25 22:14:13 skomentuj (10) Tak się zastanawiam... Jest coś, czego szukam od lat. Ale tak właściwie... Gdybym to w końcu znalazła, to co bym z tym zrobiła? Czy umiałabym temu sprostać? Wątpię. W każdym razie nie wiem czy teraz. I może dlatego dokonuję takich wyborów, a nie innych. Ze strachu, by przypadkiem tego nie znaleźć, by przypadkiem się nie udało... "Careful what you wish for- it may come true!" Niestety nie pamiętam, skąd to jest, kto to powiedział czy napisał. Przyszło mi to do głowy, gdy przeglądałam stare notki w tym blogu. W pewnej notce z lutego znalazłam m.in. coś o sprawach bez perspektyw i o tym, że może kiedyś napiszę o co chodzi, gdy sama to pojmę. Nadal nie wydaje mi się, że pojęłam do końca... greeneye 2004-05-27 23:09:30 skomentuj (11) Sobota z mojego punktu widzenia.... czyli nawiązanie do notki Kamyczka (żeby tylko nie było, że małpuję ;)) Przede wszystkim oświadczam także tutaj, że Kamyki nie gryzą :) Za to bardzo ciekawie rozmawiają, przez co różne takie Greeneye, których mocną stroną nigdy nie była komunikacja międzyludzka, zaczynają gadać więcej i bardziej otwarcie niż zwykle :) No i przede wszystkim Kamyki mają świętą cierpliwość :) Tajemniczą sprawą, jaką miałam do załatwienia w kawiarni Antrakt była rozmowa o pracę. Zaproszono mnie tam ( i przez to w ogóle dowiedziałam się o istnieniu takiego lokalu), bo biuro firmy nie nadawało się do użytku po włamaniu. Miałabym prowadzić zajęcia z angielskiego dla jakiejś firmy. Ciekawa sytuacja, bo rozmowa w Warszawie, praca ewentualnie w Ostródzie, a ja sama jeszcze skądinąd :)Miałam satysfakcję, bo chcieli mnie zatrudnić zaraz, natychmiast, od czerwca. Jest to niestety niewykonalne, bo musiałabym porzucić moją obecną pracę, a żeby to zrobić, musiałabym mieć coś jeszcze w zanadrzu (4 godziny tygodniowo, które mi zaoferowali, nie wystarczą). W ogóle żadna rozmowa, w której ostatnio brałam udział, nie zakończyła się fiaskiem. Nie wiem, na co się zdecyduję - na razie zbieram możliwości i szukam tej najkorzystniejszej. Nic nie mogę planować, nie wiem, gdzie będę za miesiąc, a co dopiero za pół roku. Wiem jedno - nie mogę zostać tu, gdzie jestem teraz. W miejscu, gdzie rządzi hipokryzja i gra pozorów, gdzie na zewnątrz wszystko musi być ładnie, a od spodu wszystko się sypie. Gdzie chaos organizacyjny przekracza wszelkie dopuszczalne granice, przez co pięć osób wykonuje przez pięć godzin coś, z czym jedna mogłaby sobie poradzić w dwie godziny, gdyby zostało to właściwie rozplanowane. Gdzie wszyscy są w specyficzny sposób sterroryzowani - co 5 minut wyglądają przez okno, wypatrując pewnego charakterystycznego samochodu, a gdy zobaczą, zaczynają biegać w panice jak mrówki, którym ktoś kij w mrowisko wetknął. Gdzie dyrekcja wykazuje wszelkie symptomy niezrównoważenia, a pracownikom się to udziela. Gdzie atmosfera panuje taka, że można by ją nożem kroić. Chciałbym, żeby raz kiedyś, w końcu było normalnie... Ale są osoby, których życie jakoś nie może być po prostu normalne, a przynajmniej takie jak większości. I ja właśnie tak mam, nie tylko pod względem zawodowym. I czasem widzę, że nie jestem w tym odosobniona. Przyzwyczaić się do tego, zaakceptować? Szukać w tym szaleństwie jakiejś metody? Nie wiem, nie wiem... greeneye 2004-05-30 20:09:13 skomentuj (8) Za-nie-myślenie Są ludzie, którzy mogliby uniknąć znacznej części swoich problemów, gdyby nieco więcej myśleli. Natomiast znaczna część moich problemów bierze się stąd, że myślę za dużo. greeneye 2004-05-31 23:49:16 skomentuj (5) |
| blog |