| greeneyeblog - archiwum: kwiecień 2004 |
|
To nieprawdopodobne, ...ale mam wrażenie, jakby ostatnio wszystkie rozmowy, w których uczestniczę i które słyszę należały do określonego zakresu tematów. Miałam dzisiaj włączone radio i właściwie tylko grało w tle, jednym uchem wpadało, a drugim wypadało - aż tu nagle coś skłoniło mnie, by zacząć słuchać uważnie. Ponieważ audycja była... jakby o mnie. Konkretnie dotyczyła nieśmiałości. Mówili coś o współczesnej rzeczywistości wymagającej autoprezentacji i siły przebicia, oraz zastanawiali się, z czego ta nieśmiałość wynika i czy naprawdę trzeba z nią walczyć. I tu pomyślałam sobie, że ta kwestia właściwie przewija się przez całe moje dotychczasowe życie. Tak jest, należę i należałam do osób nieśmiałych. Kiedyś sytuacja wyglądała katastrofalnie, teraz jest nieco lepiej, choć nadal daleko od ideału. Pamiętam, że odkąd poszłam do szkoły, wszyscy mi powtarzali, że nie umiem "się sprzedać" i nie mam siły przebicia. Największy problem polegał na tym, że wiele osób kierowało się schematem - niewiele mówi, więc widocznie niewiele ma do powiedzenia; nie pcha się do przodu, to widocznie nic sobą nie reprezentuje. Pamiętam, ile trudu mnie kosztowało i ile czasu trwało przekonanie nauczycieli, że ja jednak coś umiem. Dlatego stwierdzam stanowczo: to, że ktoś czegoś nie pokazuje, nie znaczy, że tego nie ma. To, że ktoś czegoś nie mówi głośno, nie znaczy, że nie myśli i nie ma własnej opinii. A teraz się zastanawiam - czy trzeba koniecznie z nieśmiałością walczyć, czy można ją jakoś oswoić? Czy trzeba być koniecznie pewnym siebie i przedsiębiorczym,czy można znaleźć swoje miejsce w życiu i jakoś sobie poradzić bez tych cech? Mam wrażenie, że ludzie trochę zbyt nieśmiali są mimo wszystko lepiej odbierani niż nadmiernie pewni siebie. Poza tym... widzę, że w pewnych sytuacjach, jeśli mi na czymś bardzo zależy, potrafię jakby przekroczyć tę nieśmiałość i zrobić coś, o co bym siebie nie podejrzewała. A jeśli jednak nie potrafię, to widocznie jeszcze za mało mi zależy albo nie nadszedł ten właściwy moment. greeneye 2004-04-08 01:25:08 skomentuj (4) Potwierdza się.... ...opinia, która padła kilka dni temu w czasie pewnej rozmowy na GG. A mianowicie widzę wyraźnie, że pewne osoby pojawiają się w naszym życiu m. in. po to, byśmy mogli zobaczyć w nich jak w lustrze nasze własne myśli, odczucia i poglądy. Tylko czasem bywa to takie troszeczkę krzywe zwierciadło... Ale właśnie przez to możemy wyraźniej zobaczyć, jak bardzo niektóre przekonania mogą być ograniczające. Można do tego stopnia skupić się na jakiejś sprawie lub zidentyfikować z jakimś poglądem, że można nie zauważyć innych możliwości lub coś ważnego przegapić. A czy można stwierdzić z całą pewnością, że jakaś opinia jest jedynie słuszna albo że coś wygląda lub będzie wyglądało dokładnie tak jak nam się w tej chwili wydaje? Czasem coś lub ktoś może pojawić się w życiu zupełnie z zaskoczenia, w chwili, w której najmniej się tego spodziewamy i w okolicznościach, których nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. A ja mam takie małe życzenie. Chciałabym kiedyś odegrać znaczącą rolę w czyimś życiu. Żeby na przykład ktoś za moją sprawą coś zrozumiał. Obawiam się jednak, że na razie nie mam nic do zaoferowania. Ale może kiedyś... greeneye 2004-04-10 18:22:33 skomentuj (5) Napisane wczoraj, wklejone dzisiaj Po zakończonych przygotowaniach przedświątecznych znalazłam w końcu trochę czasu, by na dłużej usiąść do kompa. Przed chwilą wysłałam dość znaczną ilość kartek i SMS-ów oraz wpisałam życzenia w paru blogach. Zastanowiła mnie liczba tych życzeń. Ten rok jest pod tym względem szczególny. Jeszcze np. trzy lata temu niemal nie miałam do kogo ich wysłać.... A mimo to czuję się strasznie samotna. Czuję się najbardziej samotną osobą, jaka kiedykolwiek chodziła po tej planecie. I nawet znaczne grono przyjaciół i znajomych nie byłoby w stanie tej pustki zapełnić. Może dlatego, że nikt nie jest więcej niż tylko znajomym... Jeśli ten nastrój nie minie mi do jutra, to jutrzejsze spotkanie rodzinne będzie z mojej strony popisem gry aktorskiej. Uśmiech nr 5 i wszystko OK. Przecież nie będę demonstrować swoich nastrojów ludziom, którzy nic tu nie zawinili. *** Dopisane później: Nie było źle. Ciekawe, że chyba połowa rodziny życzyła mi sukcesów w zawodzie tłumacza :) A jedna ciocia powiedziała: "Życzę ci, żebyś wyszła z tej swojej norki. Pamiętaj, że możesz w każdej chwili do niej wrócić - ale spróbuj wyjść." greeneye 2004-04-11 15:06:17 skomentuj (2) Pokój 101 Czasem takie absurdalne skojarzenia przychodzą do głowy... Niedawno zdałam sobie sprawę, że mam dziwne szczęście do pracy w pomieszczeniach oznaczonych numerem 101. W pierwszym miejscu pracy - w sali 101 prowadziłam połowę zajęć. W drugiej, w upiornym, znienawidzonym gimnazjum, sala 101 była w ogóle pracownią j. angielskiego, więc siedziałam tam znaczną większość czasu, dopóki nie zarządzono remontu, a mnie i jeszcze drugiej anglistki nie oddelegowano do stołówki (wyobrażacie sobie prowadzenie lekcji w stołówce?). W obecnej pracy do niedawna byłam przypisana do sali nr 108, ale po różnych zawirowaniach zostałam przesunięta do... 101, gdzie przeważnie udaję, że pracuję, w myśl zasady "co tu robić, żeby się nie narobić" ;) I w związku z tym niespodziewanie nasunęło mi się pewne skojarzenie literackie. Nawet w zeszłym semestrze pisałam pracę zaliczeniową na temat tej książki. Uwaga, zagadka: w jakiej książce pojawia się motyw pokoju sto jeden (w polskim tłumaczeniu był zapis słowny) i do czego ten pokój służy? greeneye 2004-04-12 13:40:38 skomentuj (5) W sobotę... ... zawarłam nową znajomość i wzięłam udział w bardzo ciekawej rozmowie :) Natomiast o kimś innym, kogo spotkałam już nieco wcześniej, dowiedziałam się paru rzeczy, których bym się raczej nie spodziewała ;) Zastanawiam się - opisać spotkanie szczegółowo? Musiałabym pomyśleć, jak to zrobić... greeneye 2004-04-19 00:11:45 skomentuj (3) Na razie dość ogólnie..... ...choć nie wykluczam uzupełnienia ;) 1. Prawidłowości zaobserwowane na GG i w blogach potwierdzają się w realu. Przekonałam się, że z osobą pierwszy raz w życiu spotkaną można interesująco rozmawiac przez dobre kilka godzin jakbyśmy się od dawna znały i bez przestojów w rozmowie (co u mnie normalnie jest problemem). No i prowadzenie bloga jednak jest sposobem na zawieranie ciekawych znajomości :) Podobnie jak napisała u siebie moja rozmówczyni, też mam nadzieję na wiecej takich rozmów i spotkań. 2. Stałam się świadkiem starcia dwóch indywidualności, które momentami przypominało szczególny rodzaj spektaklu, a ja byłam skromnym obserwatorem ;) 3. To, co moi rozmówcy zaczęli w pewnym momencie przedstawiać przy pomocy kubków i szklanek jako żywo przypominało mi grę w szachy :D Wiedziałam jednak, że z czymś mi się to kojarzy i nie myliłam się - pewna znajoma kiedyś brała w czymś takim udział i analizowała w ten sposób własną rodzinę. 4. Chwilami byłam wstrząśnieta i zmieszana zarazem, w odróżnieniu od pewnego martini w pewnym znanym cyklu filmowym, którego zresztą nigdy specjalnie nie oglądałam ;) Ciąg dalszy MOŻE nastąpić.... greeneye 2004-04-20 00:53:30 skomentuj (3) Ciąg dalszy następuje ;) 5. (jak w komentarzach, ale tu będzie lepiej widać) Nie spodziewałam się, że można znaleźć tyle argumentów na usprawiedliwienie jednej rzeczy. Co nie znaczy, że mnie te argumenty przekonały ;) 6. Przyszło mi do głowy, że to co oglądałam było nie tyle spektaklem, co raczej filmem pt. "Odmienne stany świadomości" ;) Zauważyłam, że oprócz wspomnianego w komentarzach kelnera postronnym obserwatorem była także pewna dziewczyna, która siedziała przy sąsiednim stoliku w kawiarni na dworcu i cały czas przyglądała się z rozbawieniem. W sumie spora publiczność :) 7. Ciekawa jestem, jakie wnioski można wyciągnąć z obserwacji obserwatorki :) Pisać więcej, czy już wystarczy? :) greeneye 2004-04-21 00:05:56 skomentuj (7) Jednak zmieniam temat :) No bo ile można ciągnąć to samo... A poza tym wena mi się skończyła :))))) To, co poniżej, tym razem nie przytrafiło się mnie, choć mogło; częściowo tę sytuację zaobserwowałam, częściowo o niej uslyszałam i przytaczam tutaj, by za jakiś czas, gdy będę może gdzie indziej, wśród innych ludzi i będę zajmowała się czym innym, móc się pośmiać z tego, z jakimi absurdami miałam kiedyś do czynienia.Zaznaczam, że pani Beatka to nie ja - na szczęście :) *** Pewna pani Beatka została wysłana przez dyrekcję do sklepu papierniczego w celu zakupienia ryzy kolorowego papieru A4, na którym miały być wydrukowane informacje dla uczniów szkoły, w której akurat przyszło jej pracować. Usłyszała od szefowej: "Wybierz kolor, który będzie ci się podobał, zdaję się na twój dobry gust." Pani Beatka udała się więc do najbliższego sklepu i dowiedziała się, że mają tylko papier w kolorze zielonym i żółtym. Pomyślała, że zielone kartki mogłyby wyglądać nie najgorzej, ale postanowiła jeszcze się upewnić i zadzwoniła do szefowej: - Mogą być zielone? - Chyba tak, to powinno ładnie wyglądać. Chociaż... może nie, zajedź jeszcze do jednego sklepu i zobacz, czy nie mają czegoś ciekawszego. Panią Beatkę zaczynała ogarniać irytacja, bo zorientowała się, że wspomniana wcześniej możliwość wyboru okazała się fikcją. Poza tym zbliżała się godzina, o której zwykle kończyła pracę, a wyglądało na to, że sprawa się przedłuży. W kolejnym sklepie mieli kartki w kolorze czerwonym. Wykonała nastepny telefon: - Mogą być czerwone? - Czerwone??? Czy ty naprawdę nie masz wyobraźni? To ma być stonowane, stwarzać wrażenie kompetencji, a jednocześnie być subtelne... Najchętniej widziałabym to w pastelowym odcieniu błękitu. Zwalczywszy chęć rzucenia komórką o podłogę (albo rzucenia do komórki paru słów uważanych powszechnie za nieparlamentarne), pani Beatka udała się na łowy do kolejnych sklepów papierniczych. Wreszcie w czwartym znalazła papier w wystarczająco subtelnym odcieniu, który miał szansę zdobyć aprobatę dyrektorki. Zrezygnowana i wściekła wróciła do siedziby firmy i niemal rzuciła ryzę papieru dyrektorce na biurko. - Może być? Dyrektorka popatrzyła i skrzywiła się. - No cóż, nie do końca o to chodziło, ale jak już kupiłaś, to niech będzie... Szkoda, że nie masz tyle wyobraźni i wyczucia plastycznego, by wiedzieć, co będzie najlepiej wyglądało. Naprawdę, że też nie można się na ciebie zdać nawet w sprawie takiego drobiazgu... W tym momencie pani Beatka miała do wyboru dwie opcje: a) od razu trzasnąć dyrektorkę torebką, b) schować się w jakimś ustronnym miejscu i wykrzyczeć wszelkie plugawe inwektywy, jakie przyszły jej do głowy. Ponieważ pani Beatka miała sporo zdrowego rozsądku, rozwinięty instynkt samozachowawczy i troje dzieci na utrzymaniu, po chwili namysłu wybrała opcję b). A pisze to osoba, która ok. 2 miesiące temu sama omal nie wybrała opcji a), gdy mało brakowało, a kazano by jej siedzieć w pracy od 8 do 20 i robić coś, co jak się później okazało, dawno zostało zrobione przez kogoś innego, tylko dyrekcja o tym nie wiedziała, bo obieg informacji w tej firmie zawsze pozostawiał wiele do życzenia. W ogóle kwestia kolorystyki i estetyki wydaje się być sprawą strategiczną dla funkcjonowania tej firmy, a jednocześnie szczególną obsesją dyrekcji. Parę lat wcześniej inna pani podobno mało nie została zwolniona po miesiącu pracy, bo ... kupiła teczki w odcieniu szafirowym, a nie granatowym. Usłyszała: "To jawna prowokacja i działanie na szkodę firmy", "To wstyd i hańba naklejać na czymś takim nasze logo". Oczywiście, przy takim podejściu powierzchowność pracowników jest uważana za kwestię kluczową - można się zastanawiać, czy nie ważniejszą od jakości pracy. Na niemal każdym zebraniu są traktowani przemową treści następującej: - Muszą państwo wiedzieć, że odpowiedni image jest nieodzowny dla właściwego państwa funkcjonowania jako pracowników. Tu nie można chodzić w byle czym i byle jak. Tu nie ma miejsca na jakieś niechlujne dżinsy, obcisłe swetry i fryzury na topielicę [ulubione sformułowanie dyrektorki ;)] Są państwo piękni i młodzi, więc trzeba zadbać o odpowiednią oprawę tej urody i młodości! Zdobędę namiary na dobrego wizażystę i państwu przekażę... Największa ironia polega na tym, iż przemowę tę wygłasza osoba o paznokciach pokrytych odpryskującym lakierem w kolorze marchewkowym i oczach pomalowanych wg konwencji "jedno oko na Maroko, a drugie na Kaukaz" :D greeneye 2004-04-22 20:25:07 skomentuj (2) Miało być optymistycznie Chciałam, żeby było. Naprawdę. Powstrzymywałam się jak mogłam od negatywnego myślenia, marudzenia i użalania się nad sobą. Ale dzisiaj nie umiem się powstrzymać. Po pierwsze, zawiodłam czyjeś zaufanie i czuję się z tym podle. W myśl obowiązującej w mojej firmie zasady odpowiedzialności zbiorowej koleżance oberwało się za coś, czego ja nie zrobiłam, bo na śmierć zapomniałam. Ja nie usłyszałam ani słowa, bo jestem tylko szeregowym pracownikiem, a ona jest od pilnowania takich jak ja. Najgorsze było to co mi powiedziała: "Inaczej cię oceniałam". Tak jest. Inaczej mnie oceniała. Myślała, że jestem w porządku. A ja nie byłam. Po drugie, zobaczyłam dziś wstępną przymiarkę do rozkładu zajęć lektorów na następny semestr. Okazało się, że.... w ogóle mnie tam nie ma. Nie przewidują dla mnie nic, jakby mnie nie było. Okazuje się najwyraźniej, że to nie było tylko czasowe odsunięcie od obowiązków. Na moje miejsce zatrudnili jakiegoś chłopaka od razu po studiach - nieszczęsny nie wie, w co się pakuje... Problem nie polega na tym, że chciałabym uczyć (bo nie chciałabym), ale o sam fakt pominięcia. To, że w ogóle się ze mną nie liczą. Że nie zakładają, że mogłam się poprawić czy czegoś nauczyć. Że to co mi powiedziano w lutym, to były obiecanki cacanki, a głupiemu radość. Że tak nisko mnie oceniają i nie widzą dla mnie szans na przyszłość.I nawet nie wiem, czy planują w ogóle jakąkolwiek formę współpracy ze mną w przyszłym semestrze i czy nie muszę sobie szukać innej pracy.Nie mam pojęcia, czy mam nadal być pracownikiem biurowym, czy chcą się mnie pozbyć. No i że nie powiedzieli mi o tym od razu, tylko prawdopodobnie chcieli mnie trzymać w niepewności do końca i np. w sierpniu czy wrześniu, gdy już nic nie będzie można znaleźć, postawić mnie przed faktem dokonanym.W poniedziałek mam uczestniczyć w rozmowie dotyczącej zakresu moich obowiązków na najbliższy miesiąc, więc spróbuję zapytać także o plany bardziej długoterminowe. Boję się, co usłyszę. Z jednej strony można by pomyśleć, że może to i lepiej, bo z powodu lęku przed zmianą i niewiadomym trzymam się kurczowo czegoś, co mi od dawna nie odpowiada, a teraz sytuacja zmusi mnie, by coś robić. Z drugiej strony jednak moja sytuacja nie pozwala na pozostanie bez pracy na choćby miesiąc. Na szczęście mam dwa dni przerwy od oglądania tego miejsca. Jutro wyjeżdżam na zjazd i spróbuję zapomnieć. Ale poniedziałek musi w końcu nadejść. Na razie niech będzie sobota. Niech będzie niedziela. greeneye 2004-04-23 23:07:54 skomentuj (0) Blondyzm szatynki? ;) Kto mnie widział, nigdy nie uznałby mnie za blondynkę. Jednak pozory zewnętrzne mylą.... Najpierw bardzo inteligentnie zajęłam miejsce w autobusie, którym jechałam na studia zaoczne. W czasie jazdy odtworzono na wideo nawet całkiem możliwy film (trzeba przyznać, że autobusy tej firmy przwozowej mają nawet niezły standard - film włączą, kawę podadzą, gazetę również), a ja siedziałam w tak strategicznym punkcie, że dokładnie na linii mojego wzroku znalazł się... ekspres do kawy, skutecznie zasłaniając mi ekran. W rezultacie miałam zupełnie nowe doznania w zakresie "oglądania" filmów - fonia bez wizji. Przypominało to raczej słuchowisko radiowe - przez ponad pół drogi ćwiczyłam wyobrażanie sobie, jak wyglądają bohaterowie i w jakiej scenerii rozgrywa się akcja. Kolejna sytuacja - byłam umówiona z koleżanką na przeglądanie komputerowych baz danych biblioteki i szukanie artykułów do mojej pracy magisterskiej. Koleżanka uprzedzała, że dokumenty są skanowane i w PDF-ach. Wzięłam... jedną dyskietkę. Ściągnęłam trzy pliki i więcej się nie zmieściło, a było tego kilkanaście... A to już nie blondyzm, tylko nieszczęśliwy wypadek. Przekonałam się, jaki jest mój rekord w krótkości czasu między wstaniem a wyjściem na przystanek - 7 minut. Budzik w komórce nie zadzwonił i cud, że w ogóle się obudziłam nawet o tej porze. Wykonałam błyskawiczną akcję polegającą na panicznym szukaniu przypadkowych części garderoby, wrzucaniu ich na siebie i następnie sprincie na przystanek - i zdążyłam!Wprawdzie bez śniadania, ale to drobiazg. *** A teraz zupełnie na inny temat. Zabawiałam się wersją demo pewnego programu. Zadałam pytanie dotyczące pewnej kluczowej kwestii. A oto odpowiedź: S Y T U A C J A P O P R Z E M I A N I E : Heksagram 24 Chińczycy uważali okres przesilenia zimowego za czas odpoczynku. Piorun wiosny jeszcze śpi pod zimną ziemią. Jest to zaledwie początek okresu rozwoju. Każdego roku jest to zwrot ku lepszemu - niedostrzegalny, naturalny, nieodwołalny. Minął już gorszy okres uśpionej, martwej sytuacji. Poprawa nastąpi zgodnie z naturalnym rytmem zmian - tak jak linia yang pojawia się w heksagramie w najniższym miejscu, w harmonii z naturalnym ruchem linii od dołu ku górze. Razem z innymi doświadczasz zmiany losu - zmiany na lepsze, która następuje bez udziału woli, bez planu, bez decyzji. Wydarza się samoistnie, w swoim powolnym rytmie, na swój własny sposób. Stopniowo, powoli odkryjesz, że Twoje życie zaczyna obfitować w wydarzenia. Linia yang bez oporu wchodzi do heksagramu i wstępuje w górę, gdyż nie spotyka oporu ze strony pozostałych, biernych linii yin. Tak samo nowe siły pojawiające się w Twoim życiu, inne, bardziej żywotne od poprzednich, nie spowodują żadnych konfliktów, żadnych napiętych kontaktów, żadnych przykrości. Witasz je z radością. Ogromny entuzjazm do tej zmiany spowoduje, że obcy staną się znajomymi, a znajomi przyjaciółmi. Nie staraj się tej zmiany przyśpieszać. Pozwól jej rozwijać się niespiesznie, powoli. Przeprowadzanie zmiany na siłę będzie tak samo głupie, jak głupie byłoby przyśpieszanie kiełkowania uśpionych nasion pod zamarzniętą ziemią. Związek: Heksagram ten zapowiada nową siłę rodzącą się w starym związku. Z czasem Twój związek z partnerem stał się wzajemnie bierny, nieemocjonalny. Przez cały ten okres niskich tonacji, stagnacji namiętności, byłaś zrelaksowana, bez niepokoju przyjęłaś naturalny bieg swego życia. Osiągnęłaś tak łagodną, kochającą wrażliwość, że naturalnie i zdrowo zareagujesz na ten nowy rozkwit miłości. Rozwój duchowy: Na swojej drodze duchowej osiągnęłaś zwrot ku lepszemu. Czujesz to, lecz nie potrafisz tego zwerbalizować, określić jego źródła. Jest to oczywiście nowy, świeży, niezbadany kierunek, jednak wynika on bezpośrednio z drogi, jaką kroczysz obecnie. Pozwól falom zmiany poruszać się w ich własnym rytmie. Nie decyduj się na nową drogę - będziesz na niej tylko bezradnie się obijać. To co ma się zdarzyć, już zaczęło się zdarzać. Czujesz już początek, z czasem poczujesz jego rozwój. Teraz pozostań sobą. Rób tylko to, co w pełni rozumiesz. Pozwól temu się zdarzyć. Pozwól temu być. *** I z czym mi się to kojarzy? :))))) greeneye 2004-04-24 21:54:21 skomentuj (0) Mania jakaś? Ostatni miesiąc był (i jeszcze jest) rekordowy jeśli chodzi o liczbę i długość napisanych notek. Co mnie naszło? Może to świadomość, że mam jednak czytelników? :) greeneye 2004-04-24 23:15:22 skomentuj (7) Niespodziewane doświadczenia W ciągu ostatnich kilku dni po raz kolejny zdarzyły się rzeczy, które po raz kolejny utwierdziły mnie w przekonaniu, że nigdy nie należy mówić nigdy, niczego ani nikogo nie można spisywać na straty, a pewne rzeczy, które zrobiliśmy kiedyś, mogą niespodziewanie do nas wrócić. Kilka miesięcy temu wzięłam udział w pewnym konkursie. Nic wielkiego,trzeba było napisać parę słów od siebie; nagroda główna - wycieczka zagraniczna, nagrody pocieszenia - prestiżowe kosmetyki. Pomyślałam wtedy, że łatwe i co mi szkodzi wysłać zgłoszenie. Potem o nim zapomniałam. A tu ostatnio znalazłam w skrzynce tajemnicze awizo. Paczka pocztowa do mnie, ale, dziwna rzecz, bez opłaty. Poszłam i odebrałam... jedną z nagród pocieszenia, buteleczkę wściekle drogiej wody toaletowej, na którą ostatnio nie byłoby mnie stać. Pomyślałam, że coś czasem jest w stanie mi się jednak udać :) I wcale nie żałowałam, że to nie była nagroda główna :) Doświadczenie drugie - niespodziewanie uległy odnowieniu kontakty mamy i moje z pewnymi osobami z rodziny, których nie widziałyśmy od lat i nie sądziłyśmy, że kiedyś zobaczymy. Wskutek poważnej kłótni pewnej ciotki z moją mamą wszelkie relacje uległy zerwaniu na parę lat. I oto niedawno ta właśnie ciotka wystąpiła z propozycją spotkania. To było dziwne - jakbym znów wróciła do stanu z roku 1999, jakby tych kilku lat później już nie było... Swoją kuzynkę widziałam w ciągu tych lat może 3-4 razy, a teraz siedziałam w jej pokoju i rozmawiałyśmy jak gdyby nigdy nic, obgadując nauczycieli z mojego dawnego ogólniaka, w którym ona obecnie się uczy. Nie wiadomo, czy będzie znowu tak jak kiedyś. W każdym razie widać, że obie strony wykazują dobrą wolę. greeneye 2004-04-27 20:51:50 skomentuj (7) Ogarnia mnie wściekłość... ... jak również dzika furia, szewska pasja i nie wiem co jeszcze. A sprawa przedstawia się następująco. Jakieś dwa tygodnie temu wykupiłam stały dostęp do internetu w ramach pewnej bardzo rozreklamowanej usługi i rozreklamowanej promocji. Myślałam, że będzie tak jak u koleżanki, która przyniosła do domu zestaw, podłączyła parę kabelków, zainstalowała aplikację dostępową i po 15 minutach mogła już korzystać. Nic z tego jednak - mimo prawidłowego podłączenia i prawidłowej instalacji modem uparcie nie chciał się zsynchronizować i połączyć z netem. Zadzwoniłam na linię wsparcia technicznego i usłyszałam: "Pani się nie martwi, to tak może być do pięciu dni po podłączeniu, proszę jeszcze zaczekać, a powinno ruszyć". Zaczekałam, nie ruszyło. Zadzwoniłam po raz kolejny - tym razem okazało się, że coś jest nie tak z linią telefoniczną (tzn. nie tak jeśli chodzi o to szybsze łącze, telefon i zwykły modem działają bez zarzutu) i wyznaczyli mi wizytę montera. Monter miał się zjawić dzisiaj w godzinach 18-20. Teraz mamy 20.26, a montera ani śladu. Dzwoniłam (ponownie!!!!) tuż przed 20 i miła pani oznajmiła, że to wcale nie jest takie pewne, że ten monter dziś w ogóle dotrze, a jeśli nie dotrze, kolejny termin wyznaczają... na przyszły wtorek. Naprawdę, nie mam zwyczaju rzucać bluzgami, ale mało nie zrobiłam wyjątku dla miłej pani. Stanęło na tym, że wyznaczyli kolejną wizytę na piątek, ale to... znowu nie jest pewne na 100%. Niby mam prawo do reklamacji, ale gdzie, jak i do kogo to przeprowadzać... Już nie dopytałam, bo byłam zbyt wściekła i chwilowo miałam dość tej rozmowy i tej firmy. Ale jeśli w piątek nikt nie przyjdzie, to ja tego tak nie zostawię. Można by pomyśleć - ja i jakieś dochodzenie swoich praw, akurat, dobry kawał... Ale zauważyłam, że jak się przekroczy pewną granicę, to potrafię przejść samą siebie. I czasem sama siebie nie poznaję... greeneye 2004-04-28 20:33:58 skomentuj (3) Ocena I znowu zostałam oceniona. Ktoś, kto mnie nigdy w życiu nie widział, uznał, że ma prawo sklasyfikować mnie i skreślić na podstawie jednego postu na pewnym anglojęzycznym forum. Myślałam, że może to bariera językowa, ale raczej nie, bo sądzę, że wyraziłam się jasno i chyba nie można było tego źle zrozumieć. Prosiłam o zwykłą informację, a zostałam niemal wyśmiana i oskarżona o brak wyobraźni (????). Co jest z tymi ocenami? Ktoś chce uzyskać informację - dostaje ocenę. Ktoś szuka zrozumienia - dostaje ocenę. Co to, egzamin? Dlatego ostatnio sama unikam wszelkich ocen. Żeby przypadkiem nie zrobić komuś tego, co mnie samej przytrafia się zbyt często. Zmiana tematu - właśnie myślę nad miażdżącymi argumentami, którymi jutro powinnam ewentualnie zasypać tych, którzy mają się zająć moim łączem - na wypadek, gdyby się jednak nie zajęli. Powinnam jeszcze przećwiczyć odpowiednio stanowczy ton, ale z tym gorzej... greeneye 2004-04-29 22:39:50 skomentuj (2) Kot demolka :) Wygląda sympatycznie i całkiem niewinnie. Jest cały czarny, ma żółte oczy i bardzo długi ogon. Wszyscy zachwycają się już od wejścia: „Jaki piękny kot!” A on przymila się i udaje niewiniątko. Pozory jednak mylą... Zacznijmy od tego, że za najodpowiedniejszą porę śniadania uważa godzinę 5 rano. Nie daje się w żaden sposób przekonać do zmiany przyzwyczajeń i przesunięcia pory posiłku na dogodniejszą godzinę, powiedzmy, 11.... Nie liczy się z tym, że o 5 rano to większość mądrych ludzi dopiero od niedawna śpi ;) A zignorować się nie daje, o nie... Wskutek tego średnio 3 razy na tydzień powtarza się pewien rytuał. Zaczyna się od głośnego miauczenia. Nakrywam głowę kołdrą i udaję, że mnie nie ma. Miauczenie staje się głośniejsze. Chowam głowę pod poduszką, ale przeraźliwe dźwięki są nadal słyszalne. Jeśli na tym etapie nie dam za wygraną i nie wstanę, miły kotek stosuje plan B. Zaczyna drapać tapetę w pokoju wiedząc, że to niezawodny sposób, bym zerwała się w końcu z łóżka choćby po to, by go wygonić – a gdy już jestem na nogach, to nie zrobi mi specjalnej różnicy przejście jeszcze tych paru kroków w stronę lodówki... Wskutek tej taktyki tapeta jest w opłakanym stanie – w kącie wyraźnie widać kilkudziesięciocentymetrowy kawałek gołej ściany, a wokół niego wiszą żałosne strzępy. Plan B działa w sposób niemal gwarantowany, ale jeśli jakimś cudem i on nie odniesie skutku, miły kotek przechodzi do planu C (operacja biurko). Na moim biurku zwykle stoją pojemniki z ołówkami i długopisami, przeważnie piętrzy się też spora sterta papierów, leżą jakieś płyty i dyskietki. I to właśnie miły kotek wybiera na cel. Skacze z całym impetem, aż wszystko spada z biurka z nieopisanym łomotem, a ja mam wrażenie, że dom się wali. Wtedy już wykonuję dwie czynności jednocześnie: wstaję z łóżka i wychodzę z siebie... Ale ostatnio odnoszę wrażenie, że zachowanie mojego kota to nie to co kiedyś. Jeszcze niedawno skakał na wszystko, co się ruszało i wieszał się na wszystkim co wisiało nad podłogą. Fascynowała go woda – do momentu, gdy wszedł w nieco zbyt bliski z nią kontakt :) Wykombinował, że przeskoczy z klapy sedesu na brzeg wanny. Niestety, nie wyhamował.... Przekonałam się wtedy, że mokry kot traci podobieństwo do kota i przypomina raczej szczura wyciągniętego z kanału. A teraz jakby spoważniał, ustatkował się – a przede wszystkim rozleniwił. Gdyby nie poranny rytuał, czasem zapominałabym, że w ogóle mam kota. W jakiejś książce przeczytałam, że kot sypia średnio 25 godzin na dobę, a niektóre dłużej ;) Patrząc czasem na mój egzemplarz kociego rodu zastanawiam się, czy to jednak nie jest prawda... greeneye 2004-04-30 22:33:24 skomentuj (5) |
| blog |