|
Strona
główna
|
artykulik (Uwaga:
notka do bólu szczera i będąca być może ostatecznym
dowodem wyzbycia się autocenzury)
Tak, wiem. Nie
przystaję do dzisiejszych czasów. Z moim podejściem do
pewnych kwestii powinnam się teleportować jakimś wehikułem czasu
do epoki wiktoriańskiej. Nie mówiąc oczywiście o moim
braku dystansu i poczucia humoru. Ale gdy przy okazji sprawdzania
poczty natknęłam się na Interii na ten
artykuł , nieco mnie przytkało.
Już zdążyłam
zauważyć, że istnieją osoby, które traktują "te
rzeczy" bardzo niepoważnie, jako sposób na nudę czy
rozładowanie napięcia, czy wręcz ćwiczenie fizyczne. A teraz
widzę, że są tacy, co traktują to jako kosmetyk.
Chcesz
być piękna - stosuj dwa razy dziennie zamiast maseczki czy
peelingu. Nie dlatego, że kogoś kochasz, tylko dla swojej urody.
Wszystko jedno co myślisz i czujesz, wszystko jedno z kim, byleby
tego nie zaniedbać, bo będziesz miała zmarszczki i celulit...
Nie rozumiem. I chyba nigdy nie zrozumiem.Czyżbym była
ostatnią osobą, która do takich rzeczy podchodzi bardzo
poważnie? I nie chodzi mi tu absolutnie o jakiś urzędowy świstek
czy obrączkę na palcu. Chodzi o to, że jeśli sama się na to
kiedykolwiek zdobędę, będzie to dla mnie dowód najwyższego
możliwego zaufania, jakie mogę okazać drugiemu człowiekowi.
Zaufania, że nie będzie się niczemu dziwił i będzie umiał
przełamać mój lęk i wstyd. Że nie będzie się ze mnie śmiał
i nie pozwoli sobie na jakąś lekkomyślną uwagę, którą
mógłby zrujnować moją samoocenę. A przede wszystkim - że
mnie NAPRAWDĘ kocha - na tyle, bym mogła pozwolić sobie na
całkowitą bezbronność i brak samokontroli i wierzyła, że nie
wykorzysta tego przeciwko mnie. Gdzieś przeczytałam coś, co może
teraz nieco przekręcę, ale sens jest mniej więcej taki - miłość
to danie komuś do ręki broni, którą może nas skrzywdzić, w
połączeniu z zaufaniem, że tego nie zrobi... Nigdy jeszcze nie
spotkałam kogoś, kto byłby godny takiego zaufania z mojej strony.
I możliwe, że nigdy nie spotkam. limetka 2005-12-02
00:11:42 skomentuj
(5)
zarzut
od rana "...ty wcale nie żyjesz, uciekasz tylko w
ten internet"....
Bo co to za życie... Tylko
uciekać.
limetka 2005-12-03 10:02:57 skomentuj
(2)
co
mnie tam zaniosło? Na jednego takiego bloga, który
czasem podczytuję, choć nie udzielam się w komentarzach. Autorka
wyznała, że ostatnio czytuje różne takie porypane książki.
Zerknęłam na zacytowany przez nia fragment i ... zatkało mnie. To
przecież jakby o mnie....
Wklepałam hasło w wyszukiwarkę.
Kliknęłam pierwszy z brzegu link. I znowu przeczytałam o sobie.
Dokładnie i precyzyjnie o swoich własnych problemach i swoim
własnym popieprzonym funkcjonowaniu - i tym, skąd ono wynika. Co
się stało, że dopiero teraz zaczęłam o tym czytać? Zawsze
wiedziałam, że różne moje zachowania i cechy są w znacznym
stopniu uwarunkowane tym, jaki problem był obecny w mojej
rodzinie. Ale do tej pory myślałam, że to, iż tak bardzo
zdominowało to moje życie, jest tylko specyficznie moją
właściwością, że inni mieli to samo i sobie radzą - a ja widać
jestem bardziej słaba, nieprzystosowana, albo po prostu leniwa...
Nie. To cały mechanizm, powtarzający się u bardzo wielu osób
- nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak wielu. Owszem, sporo z
nich z tego wyszło - ale ile musieli pracować...
No i
sprawa jest znacznie bardziej złożona niż mi się wydawało. To nie
tylko to, że nie chadzam na imprezy, o ile istnieje groźba, że
ktoś się upije. Że w moim życiu nie istniało i nie istnieje
pojęcie partnerstwa, a na samą myśl o możliwości zbliżenia
fizycznego mnie mdli. To także to, że odcinam się od spraw
istniejących tu i teraz uciekając w jakieś wyimaginowane światy i
zachowując się jak dziecko zagubione we mgle. To, że tak bardzo
pragnę akceptacji, że tysiące pochwał i zachwytów nie
zdołają tego pragnienia zaspokoić. Że tak bardzo chcę być
niezbędna i niezastąpiona, nie mogę znieść myśli, że ktoś mógłby
sobie beze mnie poradzić, że biorę na siebie różne rzeczy
nawet w sytuacji, gdy naprawdę nie mam czasu, rzucam w kąt własne
sprawy - tylko po to, by nie usłyszeć "dam to komu innemu".
Że wobec sytuacji i osób zmiennych i nieprzewidywalnych
tracę poczucie bezpieczeństwa, jakby grunt usuwał mi się spod
nóg. I wiele innych rzeczy...
Przyznam, że trochę
się uspokoiłam. Zobaczyłam, że mam prawo mieć takie cechy i że
coś można z tym zrobić. No i nie jestem stuknięta - a przyznaję,
były chwile, że miałam takie obawy...
Ale dlaczego
dopiero teraz musiałam na to trafić? Pamiętam, jak mama kiedyś
znosiła do domu różne książki i broszury, próbowała
ze mną rozmawiać, podsuwać mi je... Broniłam się rękami i nogami.
Wzdrygałam się na sam widok określonego słowa w tytule. Po
pierwsze - w pewnym momencie za dużo było gadania na ten temat.
Po drugie - wstydziłam się. Miałam przed oczami stereotyp -
menele leżący pod mostem, ponure, odrapane mieszkania, gromady
brudnych, zaniedbanych dzieci i tzw. doły społeczne. Bałam się,
że mogłabym się komukolwiek z tym skojarzyć. Może teraz
zrozumiałam, że to wcale nie jest tak? Może jestem bardziej
gotowa na zajęcie się problemem?
Napisałam powyżej - można
coś z tym zrobić. No tak... Tyle że "zrobienie czegoś"
zakłada posunięcie, do którego parę osób namawiało
mnie przez x czasu, z coraz większym zniecierpliwieniem, że nic
nie robię. A ja się panicznie boję. W internecie piszę różne
rzeczy, ale tu jestem albo anonimowa, albo dobrze znana - osobom,
które wiele o mnie wiedzą i pewne rzeczy rozumieją. Ale
rozmawiać o problemie oko w oko z kimś obcym, albo co gorsza z
grupą? Wyjść z tym do obcych ludzi? Całkowicie obnażyć się
psychicznie czując utkwiony w siebie ludzki wzrok? To nie na moje
siły...
Na razie spróbuję poczytać na ten temat i
pogrzebać w sieci. Znalazłam już różne fora dyskusyjne.
Może tam się odważę coś o sobie napisać i przyzwyczaję się do
mówienia o czymś, o czym na ogół milczałam? A co
dalej - zobaczymy... limetka 2005-12-07
01:42:48 skomentuj
(4)
*** Ponad
miesiąc temu śniło mi się, że musiałam uczyć. Tej nocy śniło mi
się, że ktoś przejął po mnie grupy. To by mi się mogło sprawdzić
:)
***
Zamiast podsumowania. Jaki był jedyny chyba
pozytyw roku 2005? Pojawienie się lepszych perspektyw na
2006. limetka 2005-12-08 12:59:38 skomentuj
(0)
uwaga Zasada
nr 1: jeśli grzebię w sieci gdy nie bardzo czas i miejsce ku
temu, przynajmniej nie powinnam zostawiać śladów - czyścić
historię w przeglądarce :> Ale widać byłam nieostrożna - mam
podejrzenia, że trafił tu ktoś, kto trafić nie powinien... Dość
że ten blog zostanie na pewien czas zahasłowany. Teraz archiwum,
jutro całość. limetka 2005-12-08 20:23:29 skomentuj
(3)
wyjaśniam ...
skąd ta cała konspiracja. Tak to jest, jak się grzebie w sieci w
pracy i nie zatrze się za sobą wszystkich śladów. Efekt -
firmowy IP w statystykach, o jakiejś dziwnej godzinie, kiedy na
pewno nie mogłam to być ja. A ponieważ napisałam tu parę dość
niepochlebnych opinii o tej firmie, nieco mnie to przeraziło.
Myslałam na początek, żeby zahasłować archiwum, ale potem
stwierdziłam, że chciałabym swobodnie dodawać nowe notki i czasem
trochę ponarzekać na pracę bez obawy, że ktoś ciekawski przekaże
komu trzeba. No i w związku z tym, co nie tak dawno napisałam,
mogą się tu czasem pojawiać treści bardzo osobiste.
Mówię
wprost - odkryłam nie tak dawno, że mój główny
problem polega na tym, że zaliczam się do tzw. DDA (Dorosłe
Dzieci Alkoholików). Łączy się z tym cały zespół
cech i zachowań. Do niedawna myślałam, że to tylko moja taka
"uroda", że to wszystko mam i do tego stopnia nie radzę
sobie w różnych sferach życia - "bo inni mieli gorzej
i sobie radzą". Teraz widzę, że mam prawo sobie nie radzić,
ale że jest możliwość zrobienia czegoś z tym. Mniej więcej wiem
już gdzie, mam namiary - tylko jakoś się boję
zadzwonić...
Osobom czytającym tego bloga mogę o tym
napisać - bo albo jestem dla Was anonimowa, albo na tyle dobrze
znana, że wiecie wiele o moim życiu i nie wpływa to na Waszą
akceptację mojej osoby. No i zauważam, że jesteście na tyle
świadomi, że hasło "rodzina z problemem alkoholowym"
nie skojarzy Wam się od razu z jakąś meliną i menelami spod mostu
(wiele lat nikomu o tym nie mówiłam w strachu przed
właśnie takimi skojarzeniami i nikogo nie zapraszałam do domu...)
Tymczasem co do osób z mojej pracy nie mam takiego
przekonania i nie ufam im na tyle, by być w stanie im się
zwierzyć. Dlatego powinnam przeczekać. Nie jest to na zawsze,
tylko do czasu, aż ten ktoś z pracy, ktokolwiek to jest,
przyzwyczai się do myśli, że blog jest zahasłowany i zaprzestanie
prób zaglądania. limetka 2005-12-09
23:31:46 skomentuj
(0)
*** Dopiero
teraz znalazłam w ustawieniach. Okazuje się, że tu można
zablokować konkretny IP. A w moim zakładzie pracy jest stały.
Spróbuję zablokować, zamiast hasłować całego bloga. Liczę
na to, że kogoś, kto stamtąd wszedł, ciekawość nie zeżre do tego
stopnia, żeby majstrował przy IP, o ile w ogóle w tym
przypadku się da. Sama z pracy też nie wejdę, ale przeżyję. Nie
będę się odcinać od wszystkich, nie potrafię tak pisać bloga.
Choć i tak okazuje się, że piszę go może dla trzech-czterech
osób...
Jeśli to prawda, że w punkcie, którym
teraz jestem, zbiera się plony tego, jakim się było w latach
poprzednich, to ja musiałam chyba kogoś zabić. Tyle że ja tego
kompletnie nie pamiętam. A tak przynajmniej wiedziałabym, za co
to wszystko.
Nie mogę sobie pozwolić, by czekać rok na
mieszkanie. Do tego czasu wyląduję w innym mieszkaniu - takim bez
klamek. Nieustanne awantury z ojcem. Mama wynajęła sobie
mieszkanie, bo nie mogła tego wytrzymać. Ja zostałam w drugiej
połowie domu, niby oddzielonej jako osobne mieszkanie, ale
wejście wspólne. Nie wyrabiam. Dziś byli kolejni tysiąc
pięćsetni chyba potencjalni klienci na ten cholerny dom. Ojciec
wyszedł ledwo trzymając się na nogach i skutecznie ich
odstraszył. Publicznie sklął mamę. Mnie zaczął straszyć, że powie
dziadkom, że nie zasługuję na mieszkanie i nic nie dostanę.
Miałam ochotę zapaść się pod ziemię, zniknąć, nie istnieć...
Nigdy się tym ludziom na oczy nie pokażę. I to miałam przez tyle
lat... Moja wytrzymałość się kończy. Sama nie wiem, co się ze mną
dzieje. Gdy tylko widzę go w takim stanie, nie panuję nad sobą.
Nie chcę wracać do domu. To nie jest dom. Wiecznie słyszę, że
jestem uzależniona od sieci i uciekam w net od realnego życia. Od
takiego właśnie realnego życia uciekam. Jestem jak ktoś, kto
włóczy się samotnie po pustych, zimnych ulicach bojąc się
wrócić do domu - a przy tym zagląda w okna cudzych domów
widząc tam ciepło i światło. Chciałabym zapukac, wejść, ogrzać
się - ale wiem, że nie mogę. To nie moje domy, to nie moje życie.
Żwłaszcza że nie wiem, ile trzeba by ciepła, bym odtajała
wewnątrz. Nie wiem, ile trzeba by uczucia, by zaspokoić jego
głód, jaki jest we mnie. Nie wiem, jakiej by trzeba osoby,
by zdecydowała się mi to dać. Być może pojawią się komentarze, że
się użalam nad sobą, że gram na litość, że chorobliwie afiszuję
się z emocjami, że nic nie robię... Chcę robić. Ale nie widzę za
bardzo wyjścia. OK, pójdę na terapię - ale wrócę do
domu, a tam to samo. I będę musiała się jeszcze z tym minimum
parę miesięcy użerać, zanim się nie wyprowadzę. A przez kilka
miesięcy można człowieka wykończyć. Ile można, do cholery??? Ile
mozna, pytam??!!
limetka 2005-12-10
11:55:02 skomentuj
(1)
W
telegraficznym skrócie Ostatnio: -
wydzwaniam do biur nieruchomości i osób zamieszczających
oferty mieszkaniowe; jednocześnie nie mogę się nadziwić, jak duży
ruch panuje na rynku - ogłoszenia zamieszczone w czwartek czy
piątek okazują się już nieaktualne, - czytam pewną ważną
książkę o lęku przed bliskością, podesłaną mi w PDF-ie przez
litościwą duszę z jakiegoś internetowego forum, - nieco kamień
mi spadł z serca po tym, jak się dziś wieczorem dowiedziałam, że
mają na oku kogoś, kto prawdopodobnie od poniedziałku przejmie
połowę grup - wtedy uczyłabym jeszcze we wtorki i piątki.
limetka 2005-12-12 23:38:17 skomentuj
(8)
*** Miałam
na oku mieszkanie. Całkiem niczego sobie. Główny mankament
- termin wydania maj 2006. Do tego czasu można jajko znieść...
Szukam dalej.
Dowiedziałam się, że osoba, która
miała po mnie przejąć grupy, wycofała się. Coś tam sobie
przypomniała, że w styczniu ma uczyć gdzie indziej. Przypomniała
- czy doszła do niej zła sława tego miejsca? Tak a propos -
pietnasty, a ja nie mam wypłaty na koncie :>
limetka
2005-12-15 13:19:34 skomentuj
(3)
Co
zrobić... - żeby idąc do centrum handlowego po
prezenty gwiazdkowe nie wychodzić stamtąd za każdym razem z
jakimś prezentem-poprawiaczem nastroju dla samej siebie (nabytki
wczorajsze - książka Terry'ego Pratchetta "Kot w stanie
czystym" i bluzeczka Tally Weijl za jedyne 44,90 PLN - w
końcu nie mogłam przepuścić takiej okazji :] ) - żeby
rozciągnąć dobę do 30 godzin ewentualnie nauczyć się spać 4
godziny na dobę (podczas gdy obecnie z trudem zwlekam się z łóżka
po 9 - moja norma 7) - żeby mieć na tyle samodyscypliny, by
umieć skutecznie odkleić się od książki lub sieci, gdy na stole w
pokoju czeka 60 cholernych karteczek do sprawdzenia - żeby
nikomu nie strzeliło do głowy by naciągać mój status i
obowiązki jak komu wygodnie i żebym, obecnie pracując w
charakterze lektora, miała jak inni lektorzy przerwę między
świętami a Nowym Rokiem i żeby się naraz nie okazało, że jestem
pracownikiem biurowym, któremu rzeczona przerwa nie
przysługuje - żeby się dało jakoś ominąć lub przeskoczyć
działanie "święta + rachunki = zerowy stan konta na dwa
tygodnie przed wypłatą" - żeby gdzieś ktoś naraz zechciał
sprzedać dwupokojowe mieszkanie w nowym budownictwie w nie nazbyt
wygórowanej cenie z terminem oddania od momentu podpisania
umowy ew. od Nowego Roku...
I o to proszę Świętego
Mikołaja :]]] limetka 2005-12-20 00:40:07 skomentuj
(7)
Wszystkiego
świątecznego :) Wszystkim, którzy tutaj
zaglądają, życzę: - niezapomnianych świąt wśród
życzliwych osób, w miłej i ciepłej atmosferze, - by
wszystko, z czym jeszcze nie możecie sobie poradzić, w
nadchodzącym roku ułożyło się po Waszej myśli, - realizacji
wszystkiego, o czym marzycie i co zamierzacie w każdej sferze
życia, - tym z Was, którzy piszą blogi - by życie
dostarczało Wam jak najwięcej tematów na pogodne notki
:) limetka 2005-12-24 01:23:13 skomentuj
(7)
*** Wigilia-
OK. Próbka spokoju i normalności, jakich nie mam na co
dzień, może dlatego, że poza domem. Ale potem... Już jakiś czas
temu zdałam sobie sprawę, ze ilekroć gdzieś wyjeżdżam, choćby na
krótko, choćby nawet w obrębie tego samego miasta -
okropnie, rozpaczliwie nie chcę wracać... Wieczór
pierwszego dnia świąt w moim domu - mistrzostwa świata w
przeciąganiu liny. W charakterze liny - ja. Mściwe, pełne
nienawiści słowa o osobach dla mnie ważnych, starające się
zdyskredytować, zohydzić je w moich oczach. Prosiłam, błagałam, w
końcu krzyczałam, że nie chcę tego słuchać - i nic...
Prawdopodobnie zemsta za to, że powiedziałam dziadkom, dlaczego
nie mogę czekać tak długo na tamto wstępnie zarezerwowane dla
mnie mieszkanie i co mam na co dzień w domu... Więc problemem
było nie to, że źle robi, tylko że ośmieliłam się o tym komuś
powiedzieć... Teraz się boję, że z tym mieszkaniem może coś nie
pójść po mojej myśli, że wykręci jakiś numer... Boję
się... Ja tylko marzę, by mieć trochę spokoju, trochę normalnego
życia - czy to wygórowane żądanie?
I jeszcze
jedno... Wiem, że mam skłonność do nadinterpretowania. Że za
bardzo wszystko biorę do siebie i że wszędzie widzę zawsze ten
najgorszy scenariusz. Ale gdy wysyłam mailem lub smsem życzenia
do znajomych, robi mi się przykro, gdy na niektóre nie
otrzymuję ani słowa odzewu, choćby informacji że doszły. W tym
roku jednak biorę poprawkę na to, że pomysł z MMSami był średnio
dobry, gdyż nie każdy może takie coś odczytać. I że serwer poczty
na gazeta.pl mógł być przeciążony. I że może akurat nie
wszyscy sprawdzili te konta, na które wysłałam. Wolę
wierzyć w taką wersję niż w to, że widać nie wszyscy mi dobrze
życzą...
A wszystko to mogłabym podsumować czymś co
niedawno przeczytałam: "Moje życie to żałosna sztuka
żebrania o ciepło i akceptację"... I widzę od dłuższego
czasu, że ludzie zaczynają mieć tego dosyć. Ja też. Tylko nie
wiem, jakim innym sposobem to ciepło i akceptację zdobyć.
limetka 2005-12-26 00:51:41 skomentuj
(3)
"Myślę
sobie, że ta zima kiedyś musi minąć" Gdyby nie
szukanie mieszkania, napisałabym - obudźcie mnie w marcu lub
kwietniu. Lodowate poranki nadają się wyłącznie do przespania.
Najlepiej byłoby zakryć się kołdrą przed światem. Ale jeszcze
kiedyś obudzę się we własnym, ciepłym miejscu. A wszystkie lody
stopnieją - lub zostaną przełamane. limetka 2005-12-28
23:57:43 skomentuj
(3)
do
przeczytania w przyszlym roku :) Co roku liczę na to,
że w następnym będzie lepiej, ale różnie z tym bywa. Teraz
jednak coś mi się widzi, że BĘDZIE lepiej - w 2005 roku
osiągnęłam chyba najniższy możliwy punkt, po którym krzywa
może już tylko pójść w górę. Wam też życzę, by
wszystkie możliwe wskaźniki u Was się poprawiły - no i jeszcze
raz wszystkiego tego, czego życzyłam parę notek temu oraz
indywidualnie, w mailach i smsach :) limetka 2005-12-31
00:10:24 skomentuj
(6)
|
|