Strona główna ***
Nie tak dawno dowiedziałam się czegoś, co może w znacznym stopniu zaważyć na moim życiu. Na razie nie napiszę o co chodzi, bo jakoś boję się zapeszyć, dopiero gdy sprawa będzie bardziej pewna :) Tylko tyle, że może to wymagać ode mnie sporo trudu, no i będę musiała zdobyć się na pewien egoizm, by nie patrzeć na przepychanki między rodzicami, bo to będzie dotyczyło tylko mnie. No i trudność z pewnym wyborem. Ale chciałabym dokonywać tylko takich wyborów :)

Swoją drogą, to dziwny kontrast - z jednej strony wkrótce zacznie się w moim życiu sporo dziać, z drugiej - jest to okres jakiegoś takiego wycofania, ucieczki, milczenia, bierności... W niewiele spraw się ostatnio angażuję, niewiele robię. Obserwuję tylko. Ludzi, sytuacje... I wyciągam wnioski. Pewnych spraw się uczę, innych oduczam. Na przykład coraz bardziej oduczam się krytykowania innych - bo coraz częściej zdaję sobie sprawę, że to, co mnie w nich najbardziej drażni, to moje własne wady i błędy. Czasem obecne, czasem takie, które popełniałam parę lat temu, a teraz już umiałabym tego uniknąć... Kilka dni temu, gdy skrytykowałam koleżankę, uświadomiłam sobie, że nie tak dawno usłyszałam identyczną krytykę swojej osoby - wyrażoną takimi samymi słowami... Zrobiło mi się głupio. A przy tym wszystkim widzę, że to działa w drugą stronę - innych najczęściej denerwuje we mnie to, czego w samych sobie nie umieją zaakceptować ani sobie z tym poradzić. Zarzucają mi coś, co potem sami robią. Walcząc ze mną, walczą z jakąś częścią samych siebie. I tak jest chyba ze wszystkimi ludźmi. Coś jak pies, który szczeka na własne odbicie lub kot trącający wspomniane odbicie łapą.
limetka 2005-11-01 20:55:53
skomentuj (3)
życie bez smaku
Właśnie się zaczytałam w blogu osoby, dla której życie ma smak. Dżem malinowy, kawa 3 w 1, cynamonowa piana do kąpieli... Zwykłe rzeczy, którymi się zachwyca, których w pełni doświadcza, a nawet czasem nadaje im jakiś niezwykły, zmysłowy wymiar. Zupełnie inny kąt patrzenia, odmienny od mojego. Miewam rzadkie przebłyski zadowolenia z samego faktu życia, natomiast nie wiem co to jego zmysłowy wymiar. Ba, ja nawet ostatnio nie wiem, jak się nazywam i gdzie się w danej chwili znajduję. Niestety zastępstwo się przedłużyło do końca tego tygodnia (oby w poniedziałek już koleżanka wróciła) i mam wrażenie, jakbym musiała wykonywać obowiązki obejmujące dwa etaty w ramach jednego. Wracam skonana, skołowana i rzadko przed 22. Nie mam czasu ani siły na rozmowy, na kontakty towarzyskie - sorry, do końca tygodnia mam wyłączone GG, bo po prostu nie dam rady gadać... Nie mówiąc o tym, że wraz z początkiem listopada i egipskich ciemności za oknem już po południu mam ochotę zapaść w sen zimowy trwający do lutego. A ja tymczasem powinnam coś robić w związku ze sprawą z poprzedniej notki - dzwonić, pytać, szukać... Dowiedziałam się dzisiaj, że może się to trochę opóźnić, co mnie nieco rozczarowało. "Ale pamiętaj, że tydzień temu nawet by ci to do głowy nie przyszło - masz przynajmniej na co czekać"...
limetka 2005-11-04 22:50:19
skomentuj (1)
***
Z jednej strony mam wreszcie powód do radości, mogę robić jakieś plany, patrzeć bardziej optymistycznie w przyszłość. Z drugiej ... jest mi ciężko z innego powodu. Myślałam, że jednak będzie łatwiej. Ale to teraz jest wyłącznie moim problemem, moją własną probą udowodnienia czegoś sobie i innym, moją dobrą miną do złej gry, moją najciemniejszą godziną przed świtem (mam nadzieję, że świt nadejdzie). Tak jak moim problemem było to, co myślałam kiedyś tam, gdzieś tam, jadąc pociągiem i gapiąc się w okno, by nikt ze współpasażerów nie widział mojego wyrazu twarzy - i potem idąc nocą przez ciemne, puste ulice. Ech, nieważne, zaczynam coś bredzić... Może częściowo przez to, że niedawno na pewnym blogu przeczytałam jakby o samej sobie...
limetka 2005-11-06 11:16:13
skomentuj (4)
już wyjaśniam...
...bo tu rzeczywiście koleżanka głodówkę rozpocznie i będę ją miała na sumieniu ;) Poprzednia notka była o dwóch nie powiązanych ze sobą sprawach. Tej drugiej nie objaśnię, gdyż, jak napisałam, jest to coś, z czym muszę się sama zmierzyć i nikt nie będzie w stanie mnie zrozumieć - jak już zdążyłam się zorientować. Ale ta pierwsza daje mi nieco optymizmu, po raz pierwszy od dawna... Nie pisałam do tej pory, bo miałam wrażenie, że mi się to śni i wkrótce się obudzę. Wolałam odczekać kilka dni, może tydzień, aż sprawa się ugruntuje i nie będzie pozostawiała żadnych wątpliwości co do realności.

Mówię wprost - mam mieć mieszkanie. Własne. Nie wynajmowane. Ja, która nigdy nie miałam nic wartościowego poza komputerem i nie wierzyłam, że kiedykolwiek będę miała. Ja, której rodzina była jaka była i nigdy nie należała do zamożnych. Otóż tak się złożyło, że pewnej firmie budowlanej bardzo zależało, by postawić osiedle na gruntach należących do moich dziadków. Kasy z tego wyszło co nieco - tyle, że dziadkowie postanowili w jakiś sposób zabezpieczyć swoją dwójkę dzieci i dwie wnuczki, w tym mnie. Myśleli, myśleli, aż wymyślili, że zapewnią mi jakąś formę startu w samodzielne życie, której rodzice nie mogliby mi zapewnić. No i ma być M3, trzydzieści kilka do czterdziestu metrów kwadratowych. Choć wygląda na to, że nie będzie to tak prędko. Postanowiono - mieszkanie ma być nowe, bo ponoć lepiej urządzać wszystko od nowa, niż kupić używane i poprawiać po kimś. Ale podobno nowe mieszkania są zaklepane na wiele miesięcy naprzód. Jestem gdzieś wstępnie zapisana, ale cały problem w tym, że ten blok nawet jeszcze nie stoi i mogę sobie zaczekać nawet do roku. Gdyby coś znalazło się szybciej, można się wycofać - ale to mało prawdopodobne.

Widziałam już to miejsce. Z jednej strony na peryferiach miasta, z drugiej bardzo blisko do wszelkiego rodzaju sklepów i punktów usługowych, no i nie najgorszy dojazd do centrum. Widok z jednej strony na nieduży lasek, z drugiej na nowe i dość estetyczne budynki. Dwa kilometry do dziadków, można spokojnie przejść się pieszo na spacer. Ja byłabym w mieście, oni są na wsi. A teraz szału dostanę z tym czekaniem. Ale przynajmniej jest na co. Ciotka się śmieje:"To w międzyczasie oglądaj kolory zasłon i wzory glazury". A pewnie że będę... Pamiętam, nieraz oglądałam różne czasopisma dotyczące wystroju wnętrz i różnego rodzaju mebli. Myślałam sobie, co by to było, gdybym miała do własnej dyspozycji puste mieszkanie i gotówkę na urządzenie go. Nigdy nie sądziłam, że to kiedykolwiek będzie możliwe. Jak to było? "O czym dzisiaj się nawet nie śni, jutro może stać się rzeczywistością".

Ale oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła jakiejś łyżki dziegciu w tej beczce miodu. Mnie się cały czas powinno trzymać pod kontrolą, bym nie myślała i nie gadała głupot. Bowiem zobaczyłam taką oto wizję mojej przyszłości. Wprowadzę się do nowego mieszkanka. Urządzę je sobie ładnie i gustownie. A potem będę w nim tkwiła samotnie do końca życia, jedynie w ekskluzywnym acz przeważnie milczącym towarzystwie komputera, książek i kota, dopóki nie zjedzą mnie moje własne myśli.
limetka 2005-11-08 00:39:16
skomentuj (7)
***
Przerażają mnie ostatnie zmiany wirtualno-blogowego krajobrazu. Do wielu jego elementów przyzwyczaiłam się od wielu miesięcy, przyjmowałam za pewnik, że zostaną na zawsze, a tu... Tu coś zanika, tam się drastycznie kurczy, gdzie indziej powstaje nagła blokada broniąca dostępu, gdzieś jeszcze ktoś wysyła rozpaczliwe sygnały, a ja nie wiem jak zareagować, jak pomóc, wszystko co piszę jest żałośnie nieadekwatne i nieudolne... Kurczę, jakby w życiu kilku osób jednocześnie jakieś tornado przeszło...

***

Ani się obejrzałam, a tu 2005 rok zbliża się do końca. Na szczęście. Jedyne, co w nim pozytywne, to to, że się wkrótce skończy. I że skoro było źle, to teraz może być tylko lepiej. Chciałabym wydarzenia tego roku wymazać ze swojej pamięci, jakby ich nigdy nie było. Żeby tak się dało sformatować jakąś partycję w mózgu...

A oto wróżba na najbliższą przyszłość:

49. KO. Rewolucja
(Zrzucenie Skóry, Zmiana)


Zachodzi krańcowa i dogłębna zmiana postawy lub warunków życia, wymuszona wewnętrzną potrzebą porzucenia tego, co nie przyniosło spodziewanej satysfakcji. Przejście przez krańcowy kryzys skończy się uzdrowieniem i zaowocuje nowymi relacjami ze światem. Może to być świadomie zainicjowana zmiana pracy, mieszkania, partnera, wizerunku, stylu bycia, prowadzące do usamodzielnienia się i zaistnienia według wybranych przez siebie kryteriów i wartości. Uwierzenie w siebie. Usamodzielnienie się.

Bohaterem Heksagramu jest Rewolucjonista, który postanawia ogłosić rewolucyjne zmiany przepisów w państwie. W tym celu musi dobrze wyczuć właściwy czas i przekonać odpowiednią ilość ludzi do sensu podjęcia Zmiany. W wyznaczonej chwili staje się przywódcą Rewolucji i szybko zdobywa zwolenników, co pozwala zmienić ustawy i stosunki pomiędzy obywatelami.

Po przemianie:

18. KU. Naprawa (Regeneracja, Odnowienie, Odbudowa)

Sytuacja trudna, spowodowana realizowaniem w przeszłości niekorzystnych wzorców i nawyków życiowych, którą teraz trzeba szybko i skutecznie naprawić. Walka z chorobą, rekonwalescencja, odzyskiwanie sił poprzez systematyczną pracę i wysiłek. Naprawianie popsutego produktu. Ingerencja lekarza, pobyt w szpitalu. Remont, odbudowa, reaktywacja, regeneracja dawnej siły. Efekt powinien przynieść uspokojenie i powrót rzeczy do pierwotnego stanu.
Bohaterem Heksagramu jest syn, który po śmierci ojca usiłuje przywrócić utraconą świetność dziedzictwu. Podczas odbudowy mierzy się z błędami popełnionymi przez ojca i matkę i uczy się właściwego postępowania, niezbyt surowego i nienazbyt łagodnego, a gdy przestaje tolerować psujące jego reputację nawyki i warunki życia odzyskuje szacunek i poważanie przynależne jego Rodzinie. W chwili jednak, gdy nie daje się tego Naprawić odchodzi w poszukiwaniu zupełnie nowych zasług do zdobycia.
limetka 2005-11-11 23:33:14
skomentuj (3)
wszystko, czym jestem, jest tylko tym, czym nauczono mnie być
Kiedyś przeczytałam na jednym z Waszych blogów i zapadło mi w pamięć. Teraz ni stąd ni zowąd mi się przypomniało. Przekład tekstu jakiejś nieznanej mi wokalistki. I tak sobie myślę, że to też o mnie.

Nie jest łatwo mnie zrozumieć. Nie jest łatwo mnie zaakceptować. Robię rzeczy irracjonalne. Piszę rzeczy niezrozumiałe. Są rzeczy i cechy, których mam tyle, że można by kilka osób obdzielić i jeszcze by coś zostało. Są takie, które nie istnieją, choć można by się ich spodziewać jako tak zwanej normy. Moim życiem rządzi zasada niewłaściwego umiejscowienia (nie wiem dlaczego, ale najpierw mi przyszło do głowy sformułowanie po angielsku, "the rule of misplacement", a teraz nie umiem tego jakoś zręczniej przetłumaczyć na polski). Źle lokuję plany, ambicje, marzenia i uczucia. Sama mam dziwny talent do bywania niewłaściwą osobą na niewłaściwym miejscu. Różne rzeczy w moim życiu dzieją się albo za wczesnie, albo za późno, rzadko kiedy w sam raz.

Ale... jestem tylko tym, czym nauczono mnie być. Jestem taka, jaką mnie ukształtowano. I taka chciałabym być zaakceptowana. Nie za coś, ale pomimo. Dość często słyszę, że powinnam coś zmienić, zrobić to czy tamto, pójść tam i tam, zająć się tym czy owym... Ale właściwie dlaczego? Żeby być w zgodzie ze sobą? Czy żeby się dopasować do innych? Nie jestem standardem, średnią krajową - i ciągle marudzę, że nie jestem. No to inni, chcąc mi pomóc jak potrafią, wskazują mi drogi zrównania się z tą średnią krajową. A tymczasem na samą myśl o pewnych działaniach i zmianach wszystko się we mnie burzy. A skoro na samą myśl o czymś wszystko się we mnie burzy, to wyraźny znak, że nie jestem gotowa. Do niczego nie powinnam się zmuszać. Nie powinnam niczego robić wbrew sobie. Musiałabym poczuć wewnętrzną potrzebę.

Poza tym widzę, że sprawa nie leży w wyrówaniu rzeczywistych lub wyimaginowanych braków. Sprawa leży w innym spojrzeniu na sytuację. W tym, by zobaczyć, że to, jaka jestem, też jest dobre i też jest normalne, że jest na świecie miejsce i dla takich jak ja. W koncentracji na tym właśnie, czego mam tyle, że można parę osób obdzielić i zrobieniu z tego właściwego użytku - a nie na tym, czego ja nie mam, a inni mają. W ZAPRZESTANIU CIĄGŁEGO PORÓWNYWANIA SIĘ NA NIEKORZYŚĆ Z INNYMI. A gdy wskutek starego nawyku dopadną mnie myśli typu: "co w niej/nim jest takiego, czego ja nie mam, że...", natychmiast należy pomyśleć o tym wszystkim, co ja mam i umiem, a ta osoba nie. Nie po to, by się wywyższać. Po to, by samej siebie nie zrównywać z glebą czy wręcz nie wdeptywać w nią jeszcze głębiej.

Owszem, pod wieloma względami jestem ukształtowana niewłaściwie. Nauczona rzeczy, które mnie hamują. Nie nauczona rzeczy, które mogłyby mi być przydatne. Ale, jak powiedziałam, nic na siłę. Nie ma ludzi pozbawionych wad i braków. Ciekawe, że ludzie, którzy najgorliwiej wytykają innym ich wady i braki, sami często mają ich tyle, że moje to przy tym małe miki ( a może Miki? ;) Nie wiem, czy to pochodzi od pewnej słynnej myszki ;)). Dlaczego nie mogłabym zostawić na boku wad i braków, a koncentrować się na zaletach? Od dłuższego czasu, mimo wszystkich problemów, perturbacji i dylematów, przekonuję się, że funkcjonuję nieporównywalnie lepiej niż kilka lat temu. No i spotykam ludzi, którzy chcą ze mną rozmawiać i ze mną być właśnie mimo moich wad i braków - czyli nie są to sprawy takiego kalibru, by uniemożliwiały harmonijną współegzystencję z innymi, albo też atuty przeważają nad niedostatkami.

Tak mi przyszło do głowy, że w wielu przypadkach nie inni oczekują ode mnie zrównania się ze średnią i dobicia do standardu, tylko ja sama sobie taki wymóg narzuciłam - bo ubzdurałam sobie, że w ten sposób uda mi się zdobyć akceptację i zadowolić innych. A może ci inni bardziej by mnie szanowali, gdybym nie wychodziła ze skóry, by ich zadowolić i się im przypodobać? Ile z tego wszystkiego jest cudzymi oczekiwaniami, a ile reżimem, który stworzyłam sama dla siebie?

No, popatrzmy... Wiele z tego wynika z mojego dziwacznego przekonania, że w pewnych dziedzinach zawsze muszę być super, a przede wszystkim nie wolno mi się ośmieszyć ani zrobić niczego, co byłoby w jakimkolwiek sensie nieładne. Zawsze musiałam być tą, co "jak coś powie, to już powie" - bo jakbym miała powiedzieć coś głupiego, to lepiej się pod ziemię zapaść, więc lepiej czasem nie powiedzieć w ogóle. Tą, co sobie nie może pozwolić na błędy. Gdy kiedyś ktoś mi zwrócił uwagę na drobny błąd językowy, miałam ochotę go udusić. Gdybym popełniła błąd ortograficzny w jakimś widocznym miejscu typu ten blog, czułabym się skompromitowana. Pamiętam też, jak w podstawówce na angielskim siedziałam 5(!) minut nad otwartą książką bojąc się przeczytać słowo zawierające jakąś dziwną dla mnie głoskę, bo mogłabym to zrobić źle, a w ogóle to tak nieładnie brzmiało. Jako już bardziej zaawansowana w angielskim niesamowicie zwracałam uwagę na swój akcent, bo przecież angielski z obcym akcentem tak brzydko i śmiesznie brzmi. Z domu z reguły wychodzę w starannym makijażu i spryskana perfumami - a gdy nie zdążę, przeżywam męki zakłopotania, jakbym nie do końca się ubrała. Starannie unikam sytuacji, gdy mogłabym się spocić, zadyszeć, potargać czy mógłby rozmazać mi się tusz - bo ktoś przypadkiem mógłby mieć nieestetyczne odczucia... A może to nie ktoś miałby nieestetyczne odczucia, tylko to ja sama, to coś we mnie...?

Skąd się to bierze? Dlaczego uważam, że nie mogę sobie na takie rzeczy pozwolić? Czy to kwestia uwarunkowań rodzinnych? Od mojej mamy całe życie oczekiwano, że będzie ładna, natomiast niewiele osób obchodziło, co ona tak naprawdę czuje. W domu rodzinnym miała być ładną dziewczyneczką, wystrojoną w niebieską sukienkę (babcia uwielbiała kolor niebieski), miała się ładnie uśmiechać, być grzeczna dla starszych, a na żądanie powiedzieć wierszyk "bo ona tak uroczo sepleni". Jako młoda mężatka - miała być zawsze "zrobiona", modnie ubrana i umalowana, by mąż mógł być dumny, że ma taką ładną żonę - uważała, że w ten sposób zasłuży na jego zainteresowanie. Później, gdy w rodzinie zaczął się problem alkoholowy, tym bardziej dbała o swój wizerunek, robiąc dobrą minę do złej gry, by nikt jej nie kojarzył z "taką" rodziną i nie patrzył z politowaniem. Jako osoba już dojrzała, będąc dość poważnie chora, udała się do lekarza - w pełnym rynsztunku, perfekcyjnym makijażu i idealnie dobranym stroju, bo jak stwierdziła, "nie będzie ludzi straszyć". Usłyszała od lekarza: "Pani nie wygląda na chorą". Na szczęście otrzymała odpowiednio długie zwolnienie, bo wyniki mówiły same za siebie...

Niby mi tego wszystkiego nie wpajała. Niby przedstawiała powyższe zdarzenia jako przykład niewłaściwego podejścia. Jednak mogło to się gdzieś tam we mnie ugruntować, choćby przez obserwację. Ta potrzeba ciągłego potwierdzania swojej wartości w oczach innych, tak jakbym sama z siebie nie istniała i zaczynała istnieć dopiero, gdy ktoś inny to stwierdzi. To wszechobecne przekonanie, że opinia ludzi sciśle zależy od tego, jak się zaprezentuję. A może ... tak naprawdę chodzi o paniczny lęk przed utratą kontroli? Kontrola nad wyglądem. Nad zachowaniem. Nad sposobem poruszania się. Gdy coś "nie gra", czuję się, jakbym właśnie straciła kontrolę. I być może to, co może u mnie wyglądać na brak panowania nad swoim ciałem, jest w rzeczywistości właśnie przejawem nadmiernej samokontroli, utratą wszelkiej spontaniczności powodującą, że sprawiam wrażenie sztywnej? Nie umiem iść na żywioł. Nie umiem się zrelaksować. Nie umiem się zapomnieć. Boję się próbować nowych rzeczy, bo gdybym zrobiła źle coś, czego jeszcze nie umiem, byłoby to dowodem na brak kontroli. Myślałam kiedyś, dlaczego nigdy nie piję alkoholu i mam do tego taki wstręt. Nie tylko dlatego, że moja rodzina była jaka była. Głównie dlatego, że jest to równoznaczne z utratą kontroli - a gdybym ją straciła, byłabym śmieszna i żałosna. I jeszcze - tu się poważnie zawahałam, czy o tym napisać, ale jak już się tak wywnętrzyłam, to co mi tam - dlaczego nie jestem w stanie sobie siebie wyobrazić w pewnych sytuacjach natury intymnej. Bo to też jest utrata kontroli. Bo mogłabym nieładnie wyglądać. Bo to takie nieestetyczne. Bo zwierzęca natura człowieka bierze tu górę, a intelekt nie ma wiele do gadania. Tymczasem ja się czuję pewnie tylko w sytuacjach, które jestem w stanie ogarnąć, KONTROLOWAĆ intelektem...

No tak, wywnętrzyłam się dziś niesamowicie. Odsłoniłam tak, jak dawno mi się już nie zdarzyło. Ale czasem trzeba. Bo właśnie w tym momencie odpuszczam sobie samokontrolę.

Podsumowując - wygląda na to, że wcale nie chodzi o to, bym stała się kim innym. Bym robiła na siłę coś, czego nie chcę i bym zaczynała się zajmować sprawami, które mnie nie interesują i bez których mogę sobie poradzić. Natomiast całe sedno zdaje się tkwić w innym spojrzeniu na siebie - dokładnie taką, jaka jestem. Na zaprzestaniu ciągłego porównywania się z innymi. I na wyzbyciu się nieustannej potrzeby kontrolowania wszystkiego i wszystkich, a zwłaszcza siebie. I sądzę, że jeśli udałoby mi się załatwić te dwie rzeczy, inne poszłyby za nimi. To pierwsze wydaje się łatwiejsze. Natomiast to drugie wydaje się być nieodłączną częścią mnie, jest tak we mnie wrośnięte, że trzeba by to chyba wyrwać z korzeniami albo amputować - jedno i drugie kojarzy mi się z czymś diabelnie bolesnym. Ale może jakoś powoli, stopniowo...
limetka 2005-11-14 02:12:14
skomentuj (11)
***
Widzę, że podobnie jak typy światopoglądu, istnieją także skrajnie różne typy poczucia humoru - także takie, które zawodzą przy określonej tematyce. I takie też mają prawo do istnienia.

***

To, co się w jednej takiej firmie działo od poniedziałku do środy (dziś nie wiem, co się działo, bo dali mi wolne za sobotę, którą znowu będę zmuszona przepracować w nagłym zastępstwie za koleżankę) przechodzi ludzkie pojęcie.Mnie to nie dotknęło, ale wystarczy, że obserwowałam. Zostawię bez specjalnych komentarzy, bo nigdy nie wiem, kto tu trafi. Napiszę tylko tyle - powodzenia wszystkim, których to dotyczyło (choć wątpię, by ktoś z Was to przeczytał, ale kto wie?). Gdziekolwiek teraz traficie, zawsze już może być tylko lepiej - i życzę Wam, by ta poprawa była wyraźnie widoczna :) Byliście najsympatyczniejszą ekipą, jaką pamiętam. Będę Was miło wspominać i mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś, gdzieś spotkamy :)


limetka 2005-11-18 02:00:10
skomentuj (4)
***
Nadal jestem na zastępstwie. I wcale mi się to nie podoba. Koleżanka ma ponoć już nie wrócić, a dyrekcja szuka kogoś w zamian. Ja jestem tylko awaryjnie, bo na co dzień mam inne rzeczy do roboty - zwłaszcza że zbliżają się egzaminy końcowe, a ktoś je musi ułożyć. Błagam, szybciej szukajcie...

Najpierw sprawa z panią K. Pani K. na pierwszy rzut oka wygląda całkiem miło. Atrakcyjna blondynka mniej więcej w moim wieku, elegancka, zadbana, typ kobiety biznesu. Na początku widziałam też, że autentycznie się stara i chce się czegoś nauczyć. Ale...

Zaczęło się od tego, że oddałam wyniki testów.
Pani K.: - To jest 0,8 czy 0,5?
Ja: - 0,5.
P.K.: - A dlaczego tylko tyle? Przecież to nie jest żaden błąd! Tamta pani tak surowo nie oceniała. O, zobaczy pani stary test.
Ja: - Ale to inny typ ćwiczenia, poza tym tak się ocenia na egzaminie.
P.K. - Egzamin egzaminem, ale uważam, że na zajęciach nie wolno oceniać tak surowo. Ja ten test sama pisałam i uważam, że zasługuję na więcej.
Tu mnie wmurowało - a to jakaś zasługa, że sama pisała?! Nic nie powiedziałam, tylko patrzyłam, jak pani K. wyciąga jakąś karteczkę i coś na niej zapisuje.
P.A. (jej sąsiad z ławki, zaglądając jej przez ramię): - A co ty tam piszesz?
P.K.: - A takie moje żale...
Zmartwiałam. Jeszcze pójdzie i wyleje te żale przed dyrekcją. A zeszłym razem, gdy ktoś poszedł wylewać żale, kosztowało mnie to utratę stanowiska i przeniesienie tam, gdzie jestem na co dzień - mimo że teraz widzę, że była to zmiana na lepsze, zwłaszcza dlatego, że nie stykam się nieustannie z osobami pokroju pani K.

Kilkanaście minut później...
P.K.:- Czy orientuje się pani, czy uczniowie mają wgląd do egzaminów końcowych?
Ja:- O ile wiem nie, dostają tylko karteczki z wynikami.
P.K.:- To niesprawiedliwe, my musimy wiedzieć co było źle i jak nas oceniono! Lektorzy powinni nam je pokazywać!
Ja:- Lektorzy nie mają na to żadnego wpływu, takie jest zarządzenie dyrekcji.
P.K. - A powinni państwo, od czego tu w końcu państwo są?! Przecież my za to płacimy!
No comments.

Na kolejnej lekcji na teście pojawiło się kilka słówek, których nie mogli znać, bo zostały dopiero wprowadzone na bieżacej lekcji. Materiały do zajęć dostałam mailem od koleżanki dzień wcześniej, bo kwestia mojego ponownego zastępstwa wynikła dość niespodziewanie. Nie miałam czasu ich porządnie przejrzeć, a już na pewno sprawdzić z podręcznikiem każdego słówka, czy już było. Gdy grupa to zgłosiła, powiedziałam, żeby się nie martwili, bo zmienię punktację i nie wliczę tego, czego nie było. Pani K. oczywiście przeżywała i zapowietrzała się jeszcze dobre kilka minut - jakby było przestępstwem z mojej strony w ogóle położyć im takie coś na ławkach... I znowu - moja wina, bo ja nie sprawdziłam i nie dopilnowałam. Miałam ochotę zapytać:"A czy gdyby w tej sali w tym momencie zawalił się sufit, też uznałaby pani, że to moja wina, bo powinnam była to przewidzieć i wcześniej sprawdzić?"

Zastanawiałam się, z czego to wynika, że wykłóca się o takie drobiazgi, jakby jej życie od tego zależało. Potem sobie przypomniałam, że mnie samej zdarzało się też nadmiernie reagować na pewne typy wypowiedzi i sytuacji, i spierać się o to z kimś z uporem godnym lepszej sprawy. Było tak zawsze wtedy, gdy ktoś, nawet kompletnie nieświadomie, trafiał w jakiś mój czuły punkt. A może ja, nic o tym nie wiedząc, trafiłam w czuły punkt pani K.? Kto wie, może się kłóci o ułamki punktów, bo kiedyś tam, gdzieś tam, przez taki ulamek nie dostała się na wymarzone studia albo uciekła jej jakaś inna życiowa szansa? A może miała chorobliwie ambitnych rodziców, którzy oczekiwali od niej piątek i szóstek ze wszystkich przedmiotów, maksymalnych wyników w testach, a marudzili i wybrzydzali na każdą czwórkę z plusem? Nie mam pojęcia, mogłabym spekulować bez końca. Ale jeśli będę patrzyła na jej zachowanie jako właśnie taką manifestację jakiegoś kompleksu, taki czuły punkt, coś, czego ona nie jest w stanie do końca kontrolować,
to może łatwiej mi będzie mniej się na nią wściekać - choć nadal nie powiem, by było mi miło...

No a dzisiaj... Wychodzę z zajęć, tym razem z inną grupą. Idę ulicą i gdzieś z boku słyszę słowa wypowiedziane przez jedną z kursantek, z którą przed chwilą miałam lekcje:
- A wiesz, podobno moja lektorka nie wraca. Mamy teraz mieć z tą głu... z tą nową - poprawiła się widząc mnie.
Pięknie. Nie, nie będziecie długo mieli do czynienia z tą głupią lektorką. Ta głupia lektorka chętnie was uwolni od swojej obecności i wróci do swych zwykłych zajęć. A myslałam, że akurat ta grupa jest w miarę sympatyczna... Nie będę się mścić ani nic, ale nie będę już taka miła. Uprzejmie, ale z dystansem. Chłód i rezerwa.

A tak w ogóle... Co ja tu robię, na pierwszej linii frontu, gdzie jakieś czepialskie paniusie i znudzone gimnazjalistki mogą mnie utopić w łyżce wody? Zabierzcie mnie stąd, pozwólcie wrócić do pokoju na zapleczu i stanowiska przy komputerze...
limetka 2005-11-22 23:50:47
skomentuj (2)
szaleństwo?
Od czasu do czasu miewam swoiste uczucie deja vu. Nie powiązane z jakimś hipotetycznym przeszłym wcieleniem, lecz moim jak najbardziej obecnym życiem. Mianowicie nieraz mam wrażenie, że jakiś okres w moim życiu jest jakby odwzorowaniem wydarzeń z innego okresu w przeszłości. Dzieją się rzeczy bardzo podobne albo ze sobą powiązane, i to nawet w takiej samej lub zbliżonej kolejności. Najdziwniejszym przykładem, jaki pamiętam, był związek wydarzeń z jesieni 1993 z wydarzeniami z jesieni 1990. Przypominam sobie, jak w drugiej połowie 1993 r. przeżywałam nieustanne zaskoczenie odkrywając, że np. pewne osoby, które, jak sądziłam, spotkałam po raz pierwszy dopiero wtedy, pojawiły się w moim życiu już 3 lata wcześniej, ale to był jedynie wstęp do czegoś, co się miało w pełni rozegrać po tych trzech latach. Z różnymi sprawami, którymi tak naprawdę zaczęłam się interesować w 1993 r., zetknęłam się po raz pierwszy w 1990. Potem zapomniałam o nich na 3 lata, by następnie odkryć na nowo.

Tu przypomina mi się jakaś książka, którą na studiach omawialiśmy na seminarium z literatury angielskiej. Otóż promotorka zwróciła nam uwagę na ciekawą rzecz - według niektórych interpretacji pierwszy rozdział tej książki ma szczególną wymowę. Przedstawia bowiem w telegraficznym skrócie, w formie symbolicznej sytuacji, to, co się będzie działo w rozdziałach następnych, jest jakby streszczeniem dalszych losów bohaterki. No i w moim życiu zaistniało coś podobnego - to, co się działo w 1990 r., było streszczeniem i zarazem wstępem do roku 1993...

A teraz? Teraz z kolei mam wariackie uczucie, jakbym cofnęła się w czasie. Jakbym przeżywała powtórkę z rozrywki z roku 2003. Widzę to w różnych sferach - od podobieństwa sytuacji zawodowej do takich drobiazgów, jak czytane właśnie książki (nie wiem co mnie naszło, by przypomnieć sobie coś, co właśnie wtedy czytałam). Moje życie jest w niemal takim samym punkcie, w jakim było wtedy. Jakby gdzieś pomiędzy nie zaistniał w ogóle rok 2004.
limetka 2005-11-25 02:06:30
skomentuj (3)
mój typowy dzień
Miałam pomysł na ciekawszą notkę, ale byłaby bardzo długa, a nie mam za bardzo czasu ani siły jej napisać. Podobnie jak nie mam czasu ani siły siedzieć na GG - jeśli ktokolwiek czuje się ignorowany, wybaczcie. Ciągle liczę na to, że to się wkrótce skończy i ciągle mam wrażenie, że mnie zwodzą. Wracam do domu ok. 20-12 po czterech-pięciu godzinach pracy, ale tak wykończona, jakbym przepracowała 3 razy tyle, i praktycznie pozbawiona głosu (odzwyczaiłam się od mówienia tyle czasu bez przerwy i tak głośno). Przy tym średnio dwa-trzy razy na tydzień mam ochotę popełnić jakiś rękoczyn, bo np. usłyszałam półgłosem wypowiedzianą uwagę w stylu "Ona jest beznadziejna, ja z nią nie wytrzymam do stycznia" (nie, kochane aniołki, ja z wami też nie wytrzymam do stycznia, prędzej rzucę to wszystko w cholerę). Po powrocie zwykle dobre pół godziny zastanawiam się, gdzie popełniam błąd, że przy tym jak pracuję na materiałach koleżanki i nawet jej konspektach (pisze mi mniej więcej co po czym robić, bym się nie pogubiła), potem wychodzi na to, że ona jest ta dobra, a ja ta beznadziejna. Następnie, klnąc w duchu, siadam do sprawdzania testów (a w tej szkole na KAŻDYCH zajęciach trzeba przeprowadzić krótki test, osób w grupach jest ok. 60, więc ilość karteczek można liczyć na tony). Około pierwszej-drugiej znajduję może godzinę dla siebie, by zajrzeć do sieci i/lub poczytać książkę. Potem idę spać i potrafię przespać 9-10 godzin, co mi się dotąd nie zdarzało, normalnie wystarcza mi 7 - czyżby wykończenie psychiczne przekładało się na zmęczenie fizyczne? Wstaję, drukuję materiały na dzień następny, chwilę grzebię w sieci, jakieś jedzenie, zmywanie, może godzinka czasu wolnego - i o drugiej wychodzę do pracy. I tak ciągle, nieustannie. Jedyny wyjątek to środa i niedziela, choć w środy też czasem nie da się uniknąć oglądania obmierzłego przybytku firmy, bo zdarza się, że organizowane są zebrania szkoleniowe, na których zarzucani jesteśmy pomysłami nie do zrealizowania i coraz to nowymi wymaganiami ("a jeśli ktoś się nie zastosuje, wymienimy załogę"). No ciekawe. Nie mogą znależć zastępstwa za jedną osobę - już widzę wymianę całej załogi...

Gdy (jeśli) wrócę do dawnego zajęcia, przestanę marudzić i zacznę się pojawiać na GG. Obiecuję.
limetka 2005-11-29 13:11:58
skomentuj (0)
a po co temat?
Środa. Jedyny dzień w tygodniu, gdy mogę i jestem w stanie cokolwiek załatwić. Najpierw zaplanowana runda po sklepach z koleżanką, bo w końcu Mikołajki się zbliżają. Potem zakupy czysto spożywcze, bo jedyną zawartość lodówki stanowi już światło i trochę szronu na ściankach. Potem załatwienie pewnych zaległych spraw urzędowych. Następnie korepetycje. A w końcu sprawdzanie kolejnych kilkudziesięciu karteczek.

Telefon z pracy: "Czy masz dzisiaj chwilę czasu i mogłabyś przyjść na testy wstępne?" Nie, nie mam chwili czasu i nie mogłabym. Nawarstwiło mi się wszystko, co przekładam od paru dni, a nawet od paru tygodni. Parę osób mnie chyba zabije, jeśli znowu przełożę. Na szczęście był to kolega z biura. Chyba zrozumiał.

***

Są czasem takie dziwne chwile między snem a jawą. Sytuacje z przeszłości przypominają się wtedy zadziwiająco wyraźnie. W ciągu dnia, całkiem na jawie i świadomie, myślimy (przynajmniej ja myślę) o różnych sytuacjach w formie słów, np. "w tym i tym roku poszłam do szkoły", "wtedy i wtedy wyjechałam z klasą na biwak", ewentualnie przypominają się jakieś niewyraźne obrazy. Ale jak to naprawdę było być tam i uczestniczyć? Właśnie wczoraj (a właściwie dzisiaj, bo było chyba koło trzeciej :)) przed snem zobaczyłam bardzo wyraźnie miejsca i sytuacje tak, jakbym tam była.

Rok 1986. Jakieś szczegóły, drobiazgi, o których dawno zdążyłam zapomnieć. Mój ówczesny pokój. Nowe biurko i nowe krzesełko, przykład wzornictwa przemysłowego lat 80 ;) Dom dla lalek zrobiony z pudełka po telewizorze z mnóstwem małych mebelków, częściowo gotowych, częściowo zmajstrowanych przeze mnie i brata ciotecznego z pudełek od zapałek, nakrętek i jeszcze mnóstwa innych przedmiotów - miałam wtedy jakąś manię zbierania takich drobiazgów, rzeczy z pozoru nieprzydatnych, i wymyślania, jaką funkcję użytkową mogłyby pełnić. Książka "Szaleństwa panny Ewy" którą dostałam na urodziny. Podręcznik do polskiego, którego okładka zawsze mnie intrygowała ze względu na obrazek - dziewczynka trzymająca książkę, na której okładce widnieje ta sama dziewczynka trzymająca książkę, na której okładce.... i tak w nieskończoność :) O rok starsza koleżanka - sąsiadka, z którą kłóciłyśmy się i godziłyśmy po pięć razy dziennie. Druga koleżanka, córka znajomych, z którą pisałyśmy do siebie listy supertajnym szyfrem. Skomplikowane historie (czasem nawet zagadki kryminalne ;)) , które odgrywałyśmy przy pomocy lalek. Moja ówczesna wychowawczyni, która nader inteligentnie założyła, że jeśli ktoś nie jest w stanie przeczytać zdania na tablicy przed grupą obcych dzieciaków, to czytać nie umie i już, nie ma co do tego cienia wątpliwości - dzięki temu udało mi się ją parę razy nabrać, np. gdy trzeba było nauczyć się wiersza na pamięć, a ja go bezczelnie przeczytałam z otwartego zeszytu ;) To, jak nienawidziłam wuefu, bo był to jedyny przedmiot, z którym miałam kłopoty, podczas gdy u naszej wychowawczyni można było mieć piątki od góry do dołu (to nie była jeszcze epoka szóstek), być słabszym z wuefu i mieć problem z dostaniem tarczy wzorowego ucznia. Strasznie mroźna zima 1986/87, cały świat skuty lodem, wytapianie wzorków na zamarzniętyh szybach przy pomocy rozgrzanej monety i ciągłe sprawdzanie temperatury na zaokiennym termometrze, by odnotować rekord. Godziny, które spędzałam na wymyślaniu opowieści i ilustrowaniu ich, a potem także na próbach ich zapisania, ale wściekałam się, że to, co w mojej głowie takie barwne i wyraźne, w zetknięciu z papierem robi się nijakie i słowa nie są w stanie tego oddać. Pani z poradni, która kazała mi rysować jakieś figury i zadawała bardzo dziwne pytania, na przykład co to są hieroglify. To, jak w połowie roku poszłam do wyższej klasy, bo parę osóþ zauważyło, że w pierwszej się nudzę, a wspomniana pani z poradni stwierdziła, że spokojnie dam sobie radę w drugiej. Mój początkowy zapał i ciekawość, a potem zniechęcenie - spowodowane nie trudnością materiału, ale pełnymi powątpiewania komentarzami innych osób: "co ta jej matka wymyśliła" i brakiem akceptacji części klasy: "ona jest taka dziecinna". Kompletnie niezgrana klasa podzielona na dwa wrogie obozy i "nie zrzeszonych" (później należałam do tej frakcji). Nowa wychowawczyni - sympatyczna, opiekuńcza, z zapałem i ciekawie prowadząca przedmioty artystyczne, natomiast ze szczerym znudzeniem i wręcz wstrętem "odwalająca" lekcje matematyki, przez co obrzydziła mi ten przedmiot na długo, a może i na zawsze... Stop, ale to już rok 1987 :)
limetka 2005-11-30 12:24:57
skomentuj (2)