limetkablog - archiwum: wrzesień 2005

Strona główna

miał być kolejny znak życia...
... to jest :) To, że teraz jakby rzadziej piszę, nie znaczy, że jestem czymkolwiek zdołowana - po prostu weny brak...

Zdaję sobie sprawę, że godzina pojawienia się tej notki jest dość niekonwencjonalna. Nie, nie wróciłam z całonocnej imprezy ;) Po prostu się jakoś rozregulowałam. Już drugi raz mi się to ostatnio zdarza, w ubiegły weekend i teraz. Ok. 22 kładę się na tapczan z książką, w ciuchach, bo w ogóle jeszcze nie planuję spać - i budzę się, powiedzmy, o czwartej czy piątej nad ranem... Zeszłym razem spałam dalej, niemal do południa (chyba od bardzo wczesnego dzieciństwa nie zdarzyło mi się tak długo spać), a teraz... obudziłam się i nie mogę zasnąć. I cóż ja zrobię z tak pięknie rozpoczętym dniem w środku nocy? Ale już widzę, że powoli idzie jesień - miesiąc temu o tej porze za oknem było już jasno. Ja nie mam nic przeciwko jesieni. Ale mam sporo przeciwko zbliżającej się zimie i temu, że gdy idę rano do pracy - ciemno, wracam z niej późnym popołudniem - ciemno, i pomału zapominam, jak wygląda mój pokój w świetle dziennym.

***

Ostatnio jakoś poszerza mi się zakres doświadczeń zawodowych. Nie dość, że po godzinach często się czuję jak dziennikarka popularnego czasopisma ;) (i nie mówię tu o blogu), to jeszcze w mojej pracy zadbali o zróżnicowanie zakresu moich obowiązków. Do tej pory byłam Wyspecjalizowanym Twórcą Testów, a od czasu do czasu Dyżurnym Wklepywaczem Danych do Bazy lub, przy okazji wysyłek materiałów reklamowych, Wysoce Wykwalifikowanym Urzędnikiem Pocztowym, pakującym koperty, przyklejającym znaczki i stawiającym pieczątki (jak kiedyś koleżanka podsumowała to zajęcie, praca na poczcie jest o tyle ciekawsza, że przynajmniej twarze w otoczeniu się zmieniają). Ostatnio jeszcze awansowałam na Nadwornego Korektora. Jakiś czas temu przyszedł szef z plikiem papierów: "Pani Magdo, rzuci pani na to okiem, bo my już tak długo nad tym siedzimy i mogliśmy czegoś nie zauważyć". No to pani Magda co miała robić - czerwony cienkopis w dłoń i rzuciła okiem. Wskutek tego rzucania okiem tekst dość wyraźnie zmienił wygląd - a przede wszystkim kolor. Szef potem to przejrzał: "No tak... No jasne... Jak mogłem nie zauważyć... I to... No pewnie... Pani to ma oko..." No tak - mam oko i nim rzucam ;))) A może powinnam to stanowisko pracy nazwać Precyzyjny Rzucacz Okiem do Celu? :)))) Przypomina mi się jakaś książka przeczytana w późnym dzieciństwie lub okresie wczesno-nastoletnim. Jeden z jej bohaterów miał napisać wypracowanie pt. "Co widzę z mojego okna". Uczynił to według następującego systemu: "Na pierwszy rzut oka widzę śmietniki. Na drugi rzut oka widzę kota sąsiadki. Na trzeci rzut oka widzę sklep spożywczy..." (to tylko przykład, już nie pamiętam, co on tam naprawdę widział i na który rzut) - i tak dalej w ten deseń, w sumie tych rzutów było kilkanaście. O ile pamiętam, dostał za to ndst. Widzę, że w latach 60., kiedy prawdopodobnie książka powstała, nauczyciele nie mieli poczucia humoru. Gdy jeszcze uczyłam, za coś takiego spokojnie postawiłabym ocenę pozytywną za samą pomysłowość :)

Właśnie - gdy jeszcze uczyłam. Przypomniało mi się, co myślałam, gdy pierwszego września zatłoczonym autobusem podążałam do pracy, zaklinowana między dwiema na oko gimnazjalistkami i czwórką na oko licealistów. Pomyślałam mianowicie, że gdybym uczyła w szkole, to dopiero teraz wracałabym tam po dwóch miesiącach urlopu z kawałkiem. Ale co lepsze - mieć mnóstwo urlopu, wracać wcześnie do domu, ale przy tym ciągle brać pracę do domu, zarabiać marne grosze, brać na siebie odpowiedzialność za często rozwydrzone, a przy tym zupełnie bezkarne grupy (wbrew pozorom, nauczyciel ma bardzo ograniczone środki perswazji), no i nieustannie się bać i denerwowac tylko dlatego, że w zawodzie nauczycielskim już z zasady istnieje konflikt interesów(nauczyciel chce wyciągnąć jak najwięcej od ucznia, który chce zrobić jak najmniej); czy też mieć wprawdzie miesiąc urlopu, ale też względny spokój i względną swobodę, z nikim się nie użerać, nikogo do niczego nie zmuszać, nie brać za nikogo odpowiedzialności, a jedynie za siebie i efekty swojej pracy? Pytanie chyba retoryczne...

***

He he, tak sobie patrzę na tę notkę i sobie przypominam, że ja przecież nie miałam o czym pisać ;) No, to był obszerny znak życia, teraz mogę nie pisać przez najbliższy tydzień ;) Nie, żartuję, jak będzie o czym, to pewnie, że napiszę. Choć nic nie mogę wyrokować ze względu na kapryśność weny - dzisiaj przypływ, jutro odpływ.

No, teraz już nie bardzo mam co robić, to spróbuję jeszcze trochę pospać...
limetka 2005-09-03 06:14:30
skomentuj (3)


(s)trucie
Jak można zafundować sobie bezsenną noc plus cerę w ciekawym odcieniu zielonkawym ewentualnie kredowobiałym? Jedząc coś, co wyglądało na świeże, ale ewidentnie nie do końca takie było. Jakby nie dość było objawów somatycznych, musiały się jeszcze pojawić zatruwające psychikę myśli. Odtrutkę poproszę...
limetka 2005-09-04 14:19:14
skomentuj (4)


jakby tego było mało...
... to jeszcze mój komputer chyba już naprawdę dogorywa, a na informatyka na razie mnie nie stać na tydzień przed wypłatą. Jak zniknę z sieci na dłużej, to się nie zdziwcie. W ogóle chętnie bym zniknęła. Pierniczę to wszystko...
limetka 2005-09-04 23:34:37
skomentuj (13)


opowiadanie
Nikt nie zauważył jej zniknięcia. Wyszła cicho, nic nikomu nie mówiąc. Zresztą i tak nikt by nic nie zrozumiał. Bezszelestnie zamknęła drzwi. Rzuciła się biegiem przed siebie, by nikt jej nie zatrzymywał, by nikt o nic nie pytał. A także, by nie mogły jej dogonić jej własne myśli o tym, jak bardzo nigdzie nie pasuje i jak bardzo odczuwa własną inność. Inność, którą otoczenie na każdym kroku podkreśla i z którą nieustannie jest konfrontowana.

cdn. (?)
limetka 2005-09-09 02:25:18
skomentuj (4)


spotkanie weekendowe
Jakby ktoś nie wiedział, to ja jestem jedną czwartą pewnej redakcji - stronka znajduje się tutaj:Astrolabium

Natomiast to, co nastąpiło w sobotę - spotkanie w jeszcze większym gronie - skojarzyło mi się w dość szczególny sposób. Czytałam kiedyś taką serię książek, w której każda część cyklu opowiada losy innego bohatera, aż w końcu wszyscy spotykają się razem. I tu też tak było. W jednym miejscu, w jednym czasie, spotkali się bohaterowie różnych opowieści, których jednocześnie łączy ta sama sprawa. Skojarzenie tym bardziej pasuje, że większość uczestników pisze blogi. Ale nawet jeśli nie - przecież każdy ma jakąś swoją życiową historię, a powyższe porównanie można by zastosować praktycznie do każdej interakcji międzyludzkiej, gdy te historie w pewnym momencie łączą się i zaczynają mieć element wspólny...

I tylko żal było wracać do mojej samotni. Ale ja już mam taką głupią właściwość, że nawet w grupie życzliwych ludzi, wśród śmiechu i rozmów, potrafię ni z tego ni z owego poczuć się bardzo samotna...
limetka 2005-09-12 10:49:06
skomentuj (5)


jedno z większych marzeń
Od lat idę przez życie i obserwuję. Widzę wokół NORMALNOŚĆ. Spokojne życie bez wielkich wstrząsów, szczęśliwych, zrównoważonych ludzi, którym dane są zwykłe ludzkie doświadczenia. Ciągle próbuję być tego bliżej, jakoś tego dotknąć, żeby może trochę przeszło na mnie. Wyciągam rękę i ... trafiam na szybę. To wszystko tam jest, mogę to zobaczyć - ale nie mogę stać się częścią tego. Gapię się w cudze okna, cudze życie, cudze blogi, slucham cudzych rozmów i opowieści... Ale to wszystko, co dla nich jest normalne i codzienne, nigdy nie należało i nie należy do mojego życia - i może nie będzie należało?

A to marzenie? Pootwierać te okna, usunąć te szyby, wejść do środka NORMALNOŚCI i stać się jej częścią. Sama być jedną z NORMALNYCH, a nie taką, co ma straszną nierównowagę pod względem osobowości, umiejętności i przeżyć - tu czegoś tyle, że kilka osób można by obdzielić, tam całkowita atrofia. Być NORMALNĄ, wyjść na prostą i pozbyć się tego piętna, które mi na to nie pozwala...

***

Pamiętam słowa, które słyszałam kilka lat temu...

"Powinna pani pamiętać, że ma pani skłonność do stanów depresyjnych. Najgorsze, co może pani wtedy zrobić, to schować się w samotności i przeżywać. Należy wyjść do ludzi. Choćby miała pani siedzieć sama przy stoliku w jakiejś kawiarni i obserwować - grunt, by widzieć ludzi, słyszeć ich głosy."

Samotna dziewczyna przy stoliku w kawiarni, obserwująca ludzi i jakby na coś czekająca... Gdzie to było, co to było? Widziałam to, czytałam o tym, wyobraziłam sobie, a może mi się przyśniło? Gdzieś to chyba opisałam parę blogów temu...

I jeszcze:
"Ale przy tym wszystkim powiem pani coś, czego normalnie nie mówię, bo mało kto potrafi to właściwie zrozumieć. Otóż z jednej strony ma pani większą niż przeciętna skłonność do wpadania w kryzysy emocjonalne i przeżywania wszystkiego nieporównanie mocniej - ale ma pani również niezwykłą zdolność wychodzenia z takich problemów, z jakich kto inny by nie wyszedł, i do regeneracji, zarówno psychicznej, jak i fizycznej. Są takie schorzenia, z których kto inny by się nie podniósł , a pani potrafiłaby je pokonać, pod warunkiem, że pani tego zechce. Cała sprawa tkwi w umyśle. Przed panią długie życie - o ile nie straci pani woli życia, a o to z kolei łatwo przy skłonnościach depresyjnych"...

Trochę się wtedy wystraszyłam. Teraz rozumiem lepiej. Ale nawet jeśli to prawda, to oddałabym to z chęcią za NORMALNE życie - choćby krótsze.
limetka 2005-09-14 04:05:14
skomentuj (6)




fakty sprzeczne z zamiarami
Takie hasło przeczytałam kiedyś w pewnej interpretacji charakteryzującej takie osoby jak ja. Nie bardzo wiedziałam, jak to rozumieć. Teraz wiem, że to był ogromny skrót myślowy.

Chodzi po prostu o to, że mam w sobie lęk przed wszelkimi zmianami - wszystkiego, co mi się spodobało, do czego się przyzwyczaiłam i w czym poczułam się bezpiecznie. A jednocześnie, nawet gdy sprawy wyglądają OK, ciągle pojawia się dręcząca myśl, że to się kiedyś skończy albo zmieni w niepożądanym kierunku i nic nie będzie takie jak dawniej. Nie mogę się uspokoić i przyjąć sytuacji taką jaka jest, tylko wciąż nerwowo wypatruję najlżejszych oznak zmiany na gorsze, popadając wręcz w rodzaj obsesji na tym punkcie.

Przykładowa sytuacja, która przydarzyła mi się już kilkakrotnie. Załóżmy, że trafiam do jakiejś grupy ludzi i dobrze się w niej czuję. Ale ponieważ pamiętam, że wcześniej różne takie grupy, do których należałam, niemal zawsze rozpadały się wskutek różnych nieprzewidzianych czynników, zaczynam się bać, że tak nie będzie zawsze. A zwłaszcza - że ja zostanę odsunięta od reszty. Już mi się zdarzyło, że koleżanka, z którą myślałam, że się przyjaźnię, znalazła sobie kogoś ciekawszego, a ze mną przestała rozmawiać. Dołączmy do tego jeszcze moją drugą obsesję pod tytułem "nie jestem taka jak inni", no i mamy... Zaczynam się czuć niepotrzebna, lekceważona i gorsza - i otwarcie to okazuję. Jeśli trafię na kogoś, kto mnie rozumie i potrafi rozwiać moje obawy - jest OK. Usłyszę: "Co ci chodzi po głowie, jesteś jedną z nas, bardzo cię lubimy i akceptujemy taką jaką jesteś", uspokoję się i przestanę zamartwiać, przynajmniej na czas dłuższy.

Wiem, że są osoby, do których mogę, jak to się mówi, walić jak w dym, a wszelkie moje pomysły tego rodzaju kwitują stwierdzeniem typu "bo Cię walnę torebką :P" (tak, tak, wiesz, że o Tobie mówię ;) Ale i o paru innych ;)) i wszystko jest znowu na swoim miejscu. Ale są też osoby, które mają przede wszystkim na uwadze własne sprawy i których nie obchodzą moje odczucia tego rodzaju, a wręcz irytują; albo też same te osoby są zupełnie ode mnie inne i nie potrafią mnie zrozumieć; albo jedno i drugie... Wówczas zdarza się, że wyrażenie przeze mnie przypuszczenia, że coś jest nie tak i zmierza w kierunku, którego się świadomie bądź podświadomie obawiam, powoduje ... realizację tych przypuszczeń. Zostaję w jakiś sposób ukarana właśnie odsunięciem od danej grupy czy osoby. I wychodzi na to, że to, czemu tak bardzo starałam się zapobiec, w rzeczywistości sama na siebie ściągam - za bardzo się starając... Może mam jakąś paranoję na tym punkcie, może czasem faktycznie przesadzam - ale czy tak dużo oczekuję? Paru zdań, paru słów, zwykłego "jest OK" - czy to jest stosowanie przymusu i stawianie wygórowanych żądań? Wszyscy oczekują zrozumienia. I ja też chcę być rozumiana z moimi paranojami - to jest w końcu część mnie, której nie wiem czy kiedyś się pozbędę. Czasem potrzebuję, by ktoś ze mną zwyczajnie po ludzku pogadał, jak człowiek z człowiekiem, nie oschle i rzeczowo. Jeśli ktoś tego nie akceptuje i nie może się przyzwyczaić, nie akceptuje tym samym mnie jako takiej.

Każdy potrzebuje zrozumienia. Każdy potrzebuje wsparcia. Każdy potrzebuje akceptacji. Ja może za bardzo domagam się tej ostatniej - ale tak to ze mną już jest. Zrozumcie mnie, do jasnej Anielki...
limetka 2005-09-17 10:45:44
skomentuj (10)


czyste szaleństwo
[sorry za brak zet z kropką, coś mi się stało z klawiaturą]

Z pewnością coś mi się wymyśliło. Z pewnością dostrzegam to, co chcę dostrzegać. Ale widzę zaskakującą korelację tematyki kolejnych wydań pewnej audycji radiowej z tematyką moich blogowych notek. Teraz mówią o lęku przed zmianami i ściąganiu na siebie porazek.... Któryś juz raz widzę taką zbiezność. Kiedyś mówili o nieśmiałości wkrótce po mojej notce na ten temat, innym razem o braku satysfakcji z pracy, kiedy indziej o przyjaźniach... Przypadek?

***

W zakładzie pracy mojej ciotki poszła fama, ze "siedzę" w astrologii. Kolezanka wspomnianej ciotki wpadła więc na pomysł, by w ramach prezentu dla swojej córki na osiemnastkę zamówić jej horoskop urodzeniowy ... u mnie.

Wystukałam kilka stron A4 i poleciałam do ciotki z dyskietką. Ciotka byla ciekawa, co napisałam i czy to pasuje do tej dziewczyny. Nie było mozliwości obejrzenia na komputerze, więc jej pokrótce streściłam.
- A jak myślisz, jaki zawód byłby dla niej najodpowiedniejszy?
- Przede wszystkim coś związanego z pomaganiem innym - ona lubi czuć się potrzebna. Jakaś forma doradztwa albo terapii, moze coś z medycyną...Będzie to od niej wymagało cięzkiej pracy i wyrzeczeń...
Ciotka popatrzyła na mnie uwaznie.
- A ty wiesz, jaki ona kierunek studiów wybrala?
- Nie mam pojęcia.
-Rehabilitację....
Szczęka mi opadła chyba do poziomu parkietu...

***

Z dedykacją specjalną dla siebie samej i jeszcze paru innych którzy wiedzą, o co chodzi ;) (Moze wykorzystam to w pewnym artykule?)

Tove Jansson
O Filifionce, która wierzyła w katastrofy


Dom zaczął drżeć, wiatr uderzał weń raz po raz i słychać było, jak sztorm nabiera rozpędu i gna w podskokach nad morzem.
Z dachu zsunęła się wolno dachówka i rozbiła się o skały. Filifionka drgnęła. Jej wyobraźnia zaczęła malować własny sztorm o wiele czarniejszy i dzikszy od tego, który wstrząsał domem. Fale stawały się białymi smokami, wyjąca trąba morska ukręciła z wody czarny słup na horyzoncie - lśniący filar, który pędził prosto na nią, coraz bliżej i bliżej...
Jej własne sztormy były zawsze najstraszniejsze. I w głębi duszy Filifionka była trochę dumna ze swoich katastrof, przeżywanych zupełnie samotnie.
Sztorm na dworze wzmagał się i około pierwszej po północy szybkość wiatru doszła do czterdziestu sześciu metrów na sekundę.
Filifionka słyszała tylko sztorm i odgłos sypiących się dachówek. "Jeżeli pójdę na strych, to może się zdarzyć, że dach zostanie zdmuchnięty - pomyślała. - A jeśli zejdę do piwnicy, to cały dom może się na mnie zawalić. W każdym razie wszystko to może się stać".
Wtem wicher otworzył okno i szkło posypało się na podłogę. Szklany żyrandol babci z potwornym trzaskiem rąbnął o podłogę. Filifionka zobaczyła w roztrzaskanym lustrze fragment swojego własnego pobladłego pyszczka i nie zastanawiając się, podbiegła do okna i wyskoczyła.
Stwierdziła, że siedzi na piasku. Czuła na twarzy ciepły deszcz, a jej sukienka trzepotała jak żagiel.
Mocno zacisnęła powieki. Wiedziała, że znajduje się w samym środku niebezpieczeństwa, zupełnie bezradna.
Burza dudniła dalej, spokojnie i statecznie. Ale wszystkie niepokojące dźwięki zniknęły, wszystkie wycia, trzaskania, rozsypywanie się w kawałki, spadanie z hukiem i rozdzieranie się. Filifionka ostrożnie wciągnęła cierpki zapach morskich wodorostów i otworzyła oczy.
"Nigdy jeszcze nie byłam na dworze sama w nocy - stwierdziła. - Gdyby tak mama wiedziała"...
Za nią, z tyłu, roztrzaskało się coś wewnątrz domu. Ale nie odwróciła głowy. Skuliła się pod wielkim głazem i szeroko otwartymi oczyma patrzyła prosto w noc. Już nie marzła. Najdziwniejsze zaś było to, że nagle poczuła się zupełnie bezpieczna.
Nad ranem sztorm się uciszył, lecz Filifionka niemal tego nie zauważyła. Siedziała, rozmyślając o sobie i swoich katastrofach, i swoich meblach, i zastanawiała się, jak doprowadzić wszystko do ładu. Siedzieć i naprawiać teraz tydzień po tygodniu, kleić, cerować, szukać brakujących części...
- Nie! Nie zrobię tego! - krzyknęła Filifionka prostując zesztywniałe nogi. - Jeżeli zacznę to wszystko porządkować, żeby wyglądało jak przedtem, to i sama stanę się taka jak przedtem, znowu będę się bała... Czuję to. I znowu będą się czaić za mną cyklony, tajfuny...
Żadna prawdziwa Filifionka nigdy nie zostawiła swoich pięknych odziedziczonych mebli na pastwę losu...
- Mama powiedziałaby, że jest coś, co nazywa się obowiązkiem - mruknęła do siebie Filifionka i zawahała się.
Wtedy ujrzała trąbę powietrzną.
Nie była wcale podobna do tej z wyobraźni Filifionki. Nie wyła i nie ciskała się. Była zupełnie cicha, zbliżała się powoli do brzegu kołysząc się łagodnie.
Filifionka stała bez ruchu, zupełnie bez ruchu, myśląc:
"O, ty moja piękna, moja wspaniała katastrofo"...
Trąba sunęła już nad plażą, całkiem niedaleko od Filifionki. Biały, majestatyczny słup minął ją i bardzo spokojnie uniósł dach domu. Filifionka zobaczyła, jak dach jedzie w górę i znika. Potem zawirowały w powietrzu meble i też zniknęły. Zobaczyła wszystkie swoje bibeloty lecące wprost do nieba, serwetki na tacę i rodzinne zdjęcia, kapturki na imbryk do herbaty i babciny dzbanuszek na śmietanę w kształcie łodzi, i wyszywane srebrem i jedwabiem przysłowia, wszystko, wszystko, wszystko! - i myślała zachwycona:
"O, jak wspaniale! Cóż ja poradzę, biedna, mała Filifionka, przeciwko wielkim siłom przyrody? Czy po czymś takim cokolwiek jeszcze będzie można zreperować? Nie! Nic! Wszystko jest wysprzątane! I wymiecione!"
Trąba wędrowała nad polami i Filifionka zobaczyła, jak zwęża się, pęka i rozprasza. Była już niepotrzebna.
Filifionka odetchnęła głęboko.
- Teraz nigdy już nie będę się bała - powiedziała sobie. - Teraz jestem zupełnie wolna. Teraz mam chęć na wszystko.

limetka 2005-09-19 01:19:46
skomentuj (6)


***
Dziś na ulicy niespodziewanie wpadłam na kolegę z ogólniaka, którego nie widziałam chyba od matury - a może od pierwszego roku studiów? Podczas rozmowy uświadomiłam sobie, że całkowicie straciłam kontakt ze swoją dawną klasą - podczas gdy on miał mnóstwo informacji na temat poszczególnych osób. Ktoś jest we Francji, ktoś w Japonii, ktoś inny na stypendium w Brukseli. Spośród tych, którzy są w kraju, znacznej większości udało się zaczepić w miastach, do których wyjechali na studia, przeważnie Gdańsku lub Warszawie. Parę osób wróciło do rodzinnego miasta, ale słyszałam, że mają niezłą pracę. Nie ma chyba drugiej takiej, która nie dość, że byłaby na tyle niezaradna, by zostać w mieście bez perspektyw, to jeszcze siedziałaby w słabo prosperującej firmie, wklepywałaby dane do komputera i co miesiąc drżała ze strachu, czy jej starczy na rachunki... Nie mam ambicji czy szczęścia - czy może odwagi?

A propos starczania na rachunki. Wczoraj nadarzyła mi się niespodziewana okazja. Do firmy wszedł student ze streszczeniem pracy magisterskiej (podobno jest teraz taki wymóg, albo przynajmniej zalecenie, by pisać też po angielsku) i chciał, by mu przetłumaczyć. Firma na co dzień takich usług nie prowadzi, ale akurat trafił na szefostwo, a im z kolei zaraz przyszłam na myśl ja. "Podjęłaby się pani? Zarobi pani sobie". No to pani przysiadła fałdów i sobie zarobiła. Niedużo, ale akurat mogłam opłacić pewien rachunek, który spędzał mi sen z powiek już od jakiegoś czasu.

I to jest ciekawe. Czasem, zupełnie niespodziewanie, przytrafiają mi się takie okazje. Nigdy nie zarabiałam dużo - ale nie było jeszcze tak, żebym była całkiem w sytuacji bez wyjścia. Zawsze, gdy myślę, że tym razem to już beton i gleba, wpada jakieś zlecenie - małe, ale zawsze. Albo potrafię nawet ... znaleźć pieniądze (własne!) w domu, w miejscu, w którym nie spodziewałabym się nic znaleźć, bo kiedyś schowałam i zapomniałam... I ciekawe, że zawsze chodzi o drobiazgi. Nieduże kwoty, tyle żeby przetrwać kryzys. Podobnie jest z wygranymi. NIe jestem z tych, co wygrywaliby kosztowne przedmioty i duże sumy pieniędzy, ale mam spore szczęście do wygrywania kosmetyków, płyt, książek czy nawet sprzętu elektronicznego, choć są to nieduże gadżety typu mały aparat cyfrowy czy odtwarzacz CD. Intrygujące. A przecież tak zwany "status mineral" (to dla zorientowanych w astrologii) mam marniutki...
limetka 2005-09-23 20:19:10
skomentuj (8)


***
Usłyszałam już parokrotnie: "Ty masz taką roszczeniową postawę wobec losu, tak nie można". Tyle że ja nie umiem przyjmować ze spokojem tego, co mnie spotyka. Nie umiem siedzieć z założonymi rękami i nie buntować się, choćby tylko werbalnie. Owszem, łatwiej jest osobom, które godzą się na to, co mają i dostosowują się do tego. Ale ja do nich nie należę. Bunt pojawia się, gdy widzę, że czas płynie, a mnie omijają różne sprawy, bez których inni nie potrafiliby żyć. Gdy różne moje przedsięwzięcia rozbijają się jakby o jakiś niewidzialny mur. Gdy coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jest tylko parę sfer życia, w których będę mogła się zrealizować, a parę innych, uważanych przez wielu za najistotniejsze, dla mnie pozostanie na zawsze zamknięte. Gdy myślę o tym, że prędzej czy później wszystko się kończy, a ja nie mam na to żadnego wpływu. Gdy patrzę w swoją przyszłość i widzę przed sobą perspektywę obsesyjnego powtarzania się pewnych schematów wydarzeń bez możliwości przerwania zaklętego kręgu... Czyżbym cały czas do tej pory wybierała niewłaściwe drogi? Ale jaka jest ta właściwa? Czy rzeczywiście mam się pogodzić na zawsze z brakiem tego czy tamtego - a jeśli tak, to co w zamian? Nie umiem nie myśleć. Nie umiem się nie sprzeciwiać. Gdybym jeszcze wiedziała, że to wszystko ma jakiś głębszy sens i cel...
limetka 2005-09-27 01:23:10
skomentuj (10)


***
Znowu dość szczególny sen, z gatunku tych bardziej fabularnych...
Stałam na przystanku i czekałam na autobus. Zamiast zwykłego autobusu mającego zawieźć mnie do pracy nadjechał zupełnie inny, oznaczony jakimś dziwnym symbolem w miejscu numeru; natomiast tam, gdzie zwykle znajduje się nazwa przystanku docelowego, widniał napis:"KONIEC ŚWIATA". Autobus na koniec świata... Przypomniało mi się, że ktoś już kiedyś, gdzieś pisał, mówił lub śpiewał o ostatnim pociągu do nieba... Zawahałam się chwilę, ale ciekawość zwyciężyła - wsiadłam.

Jechałam dość długo, obserwując za oknami zupełnie normalną okolicę - domy, drzewa, samochody... W pewnym momencie autobus się zatrzymał - koniec trasy. Wysiadłam i rozejrzałam się. Nic specjalnego - kilka bloków i szosa. Może koniec świata jest za tymi blokami? Może za zakrętem szosy? Zaczęłam iść przez siebie. Zadzwonił budzik... I tak nie dotarłam na koniec świata...

***

Już bez związku ze snem. Zaskakuje mnie nieraz moc sprawcza ludzkich słów. Ktoś coś stwierdza - i rzeczywistość odwraca się o 180 stopni... A przecież sekundę przed wypowiedzeniem tego stwierdzenia rzeczywistość była identyczna - to nasza świadomość stanu rzeczy odmienia wszystko. Na przykład - żyję sobie względnie spokojnie (no, powiedzmy), jest piękna pogoda, słońce świeci, ja nie mam większych problemów albo przynajmniej nie przychodzą mi na myśl. A tu przychodzi ktoś, kto (nawet w zupełnie dobrej wierze) mówi "masz problem". Czary mary, abrakadabra, stało się! MAM PROBLEM. Problem, którego przed sekundą nie miałam. Życie przestaje być spokojne, nawet słońce jakby przygasa, a ja zaczynam obsesyjnie myśleć o nowo odkrytym lub nowo uświadomionym PROBLEMIE...

Dlatego sądzę, że należy bardzo uważać, co i komu się mówi, nawet w dobrej wierze, by komuś nie uczynić więcej szkody niż pożytku. Wyobraźmy sobie ogrodnika, który hoduje małą, wątłą roślinkę, bardzo nieodporną na warunki zewnętrzne - byle co powoduje, że zaczyna ona więdnąć, żółknąć i tracić liście. Ogrodnik dzień w dzień, godzinami obserwuje roślinkę, cieszy się z każdego nowego listka i nie może się doczekać, aż zakwitnie... Czy powiedzieć mu: "No wiesz, ale ten dąb, o tam, to jakiś taki... większy... I liści więcej ma... Czemu twoja roślinka nie jest taka? Musisz koniecznie coś z tym zrobić!" Ogrodnik patrzy ze smutkiem na swoją roślinkę - faktycznie, rachityczna, i tylko pięć listków... I jakby mniej mu się podoba...

Podobnie jest z poczuciem własnej wartości. Gdy wiemy, że u kogoś jest ono niewielkie, że ktoś dopiero od niedawna je hoduje lub próbuje odratować po jakimś wstrząsie, uważam, że bezwzględnie należy się koncentrować na tym, co JUŻ osiągnął, na pozytywach, a nie na tym, czego mu jeszcze brakuje do jakiegoś naszego wydumanego ideału (lub nam się tylko wydaje, że brakuje, bo czasem nie można tego stwierdzić obiektywnie). Widzimy dziewczynę zakompleksioną na punkcie swojego wyglądu - czemu nie powiedzieć jej, że ma ładne oczy czy włosy, a nie, że np. jest za niska czy powinna schudnąć? Znamy kogoś, kto świetnie maluje, natomiast nie ma za grosz słuchu muzycznego - dlaczego nie pochwalić jakiegoś jego obrazu zamiast koncentrować się na jego słabej stronie i naśmiewać się, że mu słoń na ucho nadepnął? Nieraz przekonałam się, że słowa mają wielką siłę i wielki wpływ na ludzi. Uważam, że każdy jest odpowiedzialny za to, co mówi i pisze, i jak to może na kogoś podziałać - dlatego należy sto razy zastanowić się, zanim powiemy coś, co przyprawi kogoś o ciężki kompleks lub na trwałe zrujnuje poczucie własnej wartości i odbierze wiarę w siebie. Skąd wiemy, czy ten ktoś nie będzie potem mógł spać przez kilka nocy, wciąz rozważając nasze słowa? Albo czy nie będzie obsesyjnie oglądał się ze wszystkich stron w lustrze, rozpaczliwie szukając potwierdzenia, że nie jest z nim jeszcze tak źle?

Jestem właśnie taką posiadaczką małej, wątłej roślinki, która ma tylko kilka listków. Wiem dobrze, że nie jest ona żadnym dębem i nie będzie. Ale czy musi? Na świecie jest miejsce dla różnych gatunków. Gdyby istniały same wielkie drzewa, równowaga w przyrodzie zostałaby zachwiana. Natomiast mam nadzieję, że roślinka będzie z czasem rosła i wypuszczała kolejne listki. I proszę mi na nią nie wybrzydzać i nie marudzić, że coś jest z nią nie tak lub to czy tamto by się jeszcze przydało. To moja roślinka i nie pozwalam jej deprecjonować, o ;) Bo od jakiegoś nieprzemyślanego stwierdzenia może zwiędnąć któryś listek - a na to nie mogę sobie pozwolić, zważywszy na ich niewielką liczbę; poza tym długo trwa, zanim rozwinie się nowy.
limetka 2005-09-30 02:11:24
skomentuj (2)