|
Strona
główna
|
miał
być kolejny znak życia... ... to jest :) To, że teraz
jakby rzadziej piszę, nie znaczy, że jestem czymkolwiek zdołowana
- po prostu weny brak...
Zdaję sobie sprawę, że godzina
pojawienia się tej notki jest dość niekonwencjonalna. Nie, nie
wróciłam z całonocnej imprezy ;) Po prostu się jakoś
rozregulowałam. Już drugi raz mi się to ostatnio zdarza, w
ubiegły weekend i teraz. Ok. 22 kładę się na tapczan z książką, w
ciuchach, bo w ogóle jeszcze nie planuję spać - i budzę
się, powiedzmy, o czwartej czy piątej nad ranem... Zeszłym razem
spałam dalej, niemal do południa (chyba od bardzo wczesnego
dzieciństwa nie zdarzyło mi się tak długo spać), a teraz...
obudziłam się i nie mogę zasnąć. I cóż ja zrobię z tak
pięknie rozpoczętym dniem w środku nocy? Ale już widzę, że powoli
idzie jesień - miesiąc temu o tej porze za oknem było już jasno.
Ja nie mam nic przeciwko jesieni. Ale mam sporo przeciwko
zbliżającej się zimie i temu, że gdy idę rano do pracy - ciemno,
wracam z niej późnym popołudniem - ciemno, i pomału
zapominam, jak wygląda mój pokój w świetle
dziennym.
***
Ostatnio jakoś poszerza mi się zakres
doświadczeń zawodowych. Nie dość, że po godzinach często się
czuję jak dziennikarka popularnego czasopisma ;) (i nie mówię
tu o blogu), to jeszcze w mojej pracy zadbali o zróżnicowanie
zakresu moich obowiązków. Do tej pory byłam
Wyspecjalizowanym Twórcą Testów, a od czasu do
czasu Dyżurnym Wklepywaczem Danych do Bazy lub, przy okazji
wysyłek materiałów reklamowych, Wysoce Wykwalifikowanym
Urzędnikiem Pocztowym, pakującym koperty, przyklejającym znaczki
i stawiającym pieczątki (jak kiedyś koleżanka podsumowała to
zajęcie, praca na poczcie jest o tyle ciekawsza, że przynajmniej
twarze w otoczeniu się zmieniają). Ostatnio jeszcze awansowałam
na Nadwornego Korektora. Jakiś czas temu przyszedł szef z plikiem
papierów: "Pani Magdo, rzuci pani na to okiem, bo my
już tak długo nad tym siedzimy i mogliśmy czegoś nie zauważyć".
No to pani Magda co miała robić - czerwony cienkopis w dłoń i
rzuciła okiem. Wskutek tego rzucania okiem tekst dość wyraźnie
zmienił wygląd - a przede wszystkim kolor. Szef potem to
przejrzał: "No tak... No jasne... Jak mogłem nie zauważyć...
I to... No pewnie... Pani to ma oko..." No tak - mam oko i
nim rzucam ;))) A może powinnam to stanowisko pracy nazwać
Precyzyjny Rzucacz Okiem do Celu? :)))) Przypomina mi się jakaś
książka przeczytana w późnym dzieciństwie lub okresie
wczesno-nastoletnim. Jeden z jej bohaterów miał napisać
wypracowanie pt. "Co widzę z mojego okna". Uczynił to
według następującego systemu: "Na pierwszy rzut oka widzę
śmietniki. Na drugi rzut oka widzę kota sąsiadki. Na trzeci rzut
oka widzę sklep spożywczy..." (to tylko przykład, już nie
pamiętam, co on tam naprawdę widział i na który rzut) - i
tak dalej w ten deseń, w sumie tych rzutów było
kilkanaście. O ile pamiętam, dostał za to ndst. Widzę, że w
latach 60., kiedy prawdopodobnie książka powstała, nauczyciele
nie mieli poczucia humoru. Gdy jeszcze uczyłam, za coś takiego
spokojnie postawiłabym ocenę pozytywną za samą pomysłowość :)
Właśnie - gdy jeszcze uczyłam. Przypomniało mi się, co
myślałam, gdy pierwszego września zatłoczonym autobusem podążałam
do pracy, zaklinowana między dwiema na oko gimnazjalistkami i
czwórką na oko licealistów. Pomyślałam mianowicie,
że gdybym uczyła w szkole, to dopiero teraz wracałabym tam po
dwóch miesiącach urlopu z kawałkiem. Ale co lepsze - mieć
mnóstwo urlopu, wracać wcześnie do domu, ale przy tym
ciągle brać pracę do domu, zarabiać marne grosze, brać na siebie
odpowiedzialność za często rozwydrzone, a przy tym zupełnie
bezkarne grupy (wbrew pozorom, nauczyciel ma bardzo ograniczone
środki perswazji), no i nieustannie się bać i denerwowac tylko
dlatego, że w zawodzie nauczycielskim już z zasady istnieje
konflikt interesów(nauczyciel chce wyciągnąć jak najwięcej
od ucznia, który chce zrobić jak najmniej); czy też mieć
wprawdzie miesiąc urlopu, ale też względny spokój i
względną swobodę, z nikim się nie użerać, nikogo do niczego nie
zmuszać, nie brać za nikogo odpowiedzialności, a jedynie za
siebie i efekty swojej pracy? Pytanie chyba
retoryczne...
***
He he, tak sobie patrzę na tę
notkę i sobie przypominam, że ja przecież nie miałam o czym pisać
;) No, to był obszerny znak życia, teraz mogę nie pisać przez
najbliższy tydzień ;) Nie, żartuję, jak będzie o czym, to pewnie,
że napiszę. Choć nic nie mogę wyrokować ze względu na kapryśność
weny - dzisiaj przypływ, jutro odpływ.
No, teraz już nie
bardzo mam co robić, to spróbuję jeszcze trochę
pospać... limetka 2005-09-03 06:14:30 skomentuj
(3)
(s)trucie Jak
można zafundować sobie bezsenną noc plus cerę w ciekawym odcieniu
zielonkawym ewentualnie kredowobiałym? Jedząc coś, co wyglądało
na świeże, ale ewidentnie nie do końca takie było. Jakby nie dość
było objawów somatycznych, musiały się jeszcze pojawić
zatruwające psychikę myśli. Odtrutkę poproszę... limetka
2005-09-04 14:19:14 skomentuj
(4)
jakby
tego było mało... ... to jeszcze mój komputer
chyba już naprawdę dogorywa, a na informatyka na razie mnie nie
stać na tydzień przed wypłatą. Jak zniknę z sieci na dłużej, to
się nie zdziwcie. W ogóle chętnie bym zniknęła. Pierniczę
to wszystko... limetka 2005-09-04 23:34:37 skomentuj
(13)
opowiadanie Nikt
nie zauważył jej zniknięcia. Wyszła cicho, nic nikomu nie mówiąc.
Zresztą i tak nikt by nic nie zrozumiał. Bezszelestnie zamknęła
drzwi. Rzuciła się biegiem przed siebie, by nikt jej nie
zatrzymywał, by nikt o nic nie pytał. A także, by nie mogły jej
dogonić jej własne myśli o tym, jak bardzo nigdzie nie pasuje i
jak bardzo odczuwa własną inność. Inność, którą otoczenie
na każdym kroku podkreśla i z którą nieustannie jest
konfrontowana.
cdn. (?) limetka 2005-09-09
02:25:18 skomentuj
(4)
spotkanie
weekendowe Jakby ktoś nie wiedział, to ja jestem jedną
czwartą pewnej redakcji - stronka znajduje się tutaj:Astrolabium
Natomiast to, co nastąpiło w sobotę - spotkanie w jeszcze
większym gronie - skojarzyło mi się w dość szczególny
sposób. Czytałam kiedyś taką serię książek, w której
każda część cyklu opowiada losy innego bohatera, aż w końcu
wszyscy spotykają się razem. I tu też tak było. W jednym miejscu,
w jednym czasie, spotkali się bohaterowie różnych
opowieści, których jednocześnie łączy ta sama sprawa.
Skojarzenie tym bardziej pasuje, że większość uczestników
pisze blogi. Ale nawet jeśli nie - przecież każdy ma jakąś swoją
życiową historię, a powyższe porównanie można by
zastosować praktycznie do każdej interakcji międzyludzkiej, gdy
te historie w pewnym momencie łączą się i zaczynają mieć element
wspólny...
I tylko żal było wracać do mojej
samotni. Ale ja już mam taką głupią właściwość, że nawet w grupie
życzliwych ludzi, wśród śmiechu i rozmów, potrafię
ni z tego ni z owego poczuć się bardzo samotna... limetka
2005-09-12 10:49:06 skomentuj
(5)
jedno
z większych marzeń Od lat idę przez życie i obserwuję.
Widzę wokół NORMALNOŚĆ. Spokojne życie bez wielkich
wstrząsów, szczęśliwych, zrównoważonych ludzi,
którym dane są zwykłe ludzkie doświadczenia. Ciągle
próbuję być tego bliżej, jakoś tego dotknąć, żeby może
trochę przeszło na mnie. Wyciągam rękę i ... trafiam na szybę. To
wszystko tam jest, mogę to zobaczyć - ale nie mogę stać się
częścią tego. Gapię się w cudze okna, cudze życie, cudze blogi,
slucham cudzych rozmów i opowieści... Ale to wszystko, co
dla nich jest normalne i codzienne, nigdy nie należało i nie
należy do mojego życia - i może nie będzie należało?
A to
marzenie? Pootwierać te okna, usunąć te szyby, wejść do środka
NORMALNOŚCI i stać się jej częścią. Sama być jedną z NORMALNYCH,
a nie taką, co ma straszną nierównowagę pod względem
osobowości, umiejętności i przeżyć - tu czegoś tyle, że kilka
osób można by obdzielić, tam całkowita atrofia. Być
NORMALNĄ, wyjść na prostą i pozbyć się tego piętna, które
mi na to nie pozwala...
***
Pamiętam słowa, które
słyszałam kilka lat temu...
"Powinna pani pamiętać,
że ma pani skłonność do stanów depresyjnych. Najgorsze, co
może pani wtedy zrobić, to schować się w samotności i przeżywać.
Należy wyjść do ludzi. Choćby miała pani siedzieć sama przy
stoliku w jakiejś kawiarni i obserwować - grunt, by widzieć
ludzi, słyszeć ich głosy."
Samotna dziewczyna przy
stoliku w kawiarni, obserwująca ludzi i jakby na coś czekająca...
Gdzie to było, co to było? Widziałam to, czytałam o tym,
wyobraziłam sobie, a może mi się przyśniło? Gdzieś to chyba
opisałam parę blogów temu...
I jeszcze: "Ale
przy tym wszystkim powiem pani coś, czego normalnie nie mówię,
bo mało kto potrafi to właściwie zrozumieć. Otóż z jednej
strony ma pani większą niż przeciętna skłonność do wpadania w
kryzysy emocjonalne i przeżywania wszystkiego nieporównanie
mocniej - ale ma pani również niezwykłą zdolność
wychodzenia z takich problemów, z jakich kto inny by nie
wyszedł, i do regeneracji, zarówno psychicznej, jak i
fizycznej. Są takie schorzenia, z których kto inny by się
nie podniósł , a pani potrafiłaby je pokonać, pod
warunkiem, że pani tego zechce. Cała sprawa tkwi w umyśle. Przed
panią długie życie - o ile nie straci pani woli życia, a o to z
kolei łatwo przy skłonnościach depresyjnych"...
Trochę
się wtedy wystraszyłam. Teraz rozumiem lepiej. Ale nawet jeśli to
prawda, to oddałabym to z chęcią za NORMALNE życie - choćby
krótsze. limetka 2005-09-14 04:05:14 skomentuj
(6)
fakty
sprzeczne z zamiarami Takie hasło przeczytałam kiedyś
w pewnej interpretacji charakteryzującej takie osoby jak ja. Nie
bardzo wiedziałam, jak to rozumieć. Teraz wiem, że to był ogromny
skrót myślowy.
Chodzi po prostu o to, że mam w
sobie lęk przed wszelkimi zmianami - wszystkiego, co mi się
spodobało, do czego się przyzwyczaiłam i w czym poczułam się
bezpiecznie. A jednocześnie, nawet gdy sprawy wyglądają OK,
ciągle pojawia się dręcząca myśl, że to się kiedyś skończy albo
zmieni w niepożądanym kierunku i nic nie będzie takie jak
dawniej. Nie mogę się uspokoić i przyjąć sytuacji taką jaka jest,
tylko wciąż nerwowo wypatruję najlżejszych oznak zmiany na
gorsze, popadając wręcz w rodzaj obsesji na tym punkcie.
Przykładowa sytuacja, która przydarzyła mi się już
kilkakrotnie. Załóżmy, że trafiam do jakiejś grupy ludzi i
dobrze się w niej czuję. Ale ponieważ pamiętam, że wcześniej
różne takie grupy, do których należałam, niemal
zawsze rozpadały się wskutek różnych nieprzewidzianych
czynników, zaczynam się bać, że tak nie będzie zawsze. A
zwłaszcza - że ja zostanę odsunięta od reszty. Już mi się
zdarzyło, że koleżanka, z którą myślałam, że się
przyjaźnię, znalazła sobie kogoś ciekawszego, a ze mną przestała
rozmawiać. Dołączmy do tego jeszcze moją drugą obsesję pod
tytułem "nie jestem taka jak inni", no i mamy...
Zaczynam się czuć niepotrzebna, lekceważona i gorsza - i otwarcie
to okazuję. Jeśli trafię na kogoś, kto mnie rozumie i potrafi
rozwiać moje obawy - jest OK. Usłyszę: "Co ci chodzi po
głowie, jesteś jedną z nas, bardzo cię lubimy i akceptujemy taką
jaką jesteś", uspokoję się i przestanę zamartwiać,
przynajmniej na czas dłuższy.
Wiem, że są osoby, do
których mogę, jak to się mówi, walić jak w dym, a
wszelkie moje pomysły tego rodzaju kwitują stwierdzeniem typu "bo
Cię walnę torebką :P" (tak, tak, wiesz, że o Tobie mówię
;) Ale i o paru innych ;)) i wszystko jest znowu na swoim
miejscu. Ale są też osoby, które mają przede wszystkim na
uwadze własne sprawy i których nie obchodzą moje odczucia
tego rodzaju, a wręcz irytują; albo też same te osoby są zupełnie
ode mnie inne i nie potrafią mnie zrozumieć; albo jedno i
drugie... Wówczas zdarza się, że wyrażenie przeze mnie
przypuszczenia, że coś jest nie tak i zmierza w kierunku, którego
się świadomie bądź podświadomie obawiam, powoduje ... realizację
tych przypuszczeń. Zostaję w jakiś sposób ukarana właśnie
odsunięciem od danej grupy czy osoby. I wychodzi na to, że to,
czemu tak bardzo starałam się zapobiec, w rzeczywistości sama na
siebie ściągam - za bardzo się starając... Może mam jakąś
paranoję na tym punkcie, może czasem faktycznie przesadzam - ale
czy tak dużo oczekuję? Paru zdań, paru słów, zwykłego
"jest OK" - czy to jest stosowanie przymusu i stawianie
wygórowanych żądań? Wszyscy oczekują zrozumienia. I ja też
chcę być rozumiana z moimi paranojami - to jest w końcu część
mnie, której nie wiem czy kiedyś się pozbędę. Czasem
potrzebuję, by ktoś ze mną zwyczajnie po ludzku pogadał, jak
człowiek z człowiekiem, nie oschle i rzeczowo. Jeśli ktoś tego
nie akceptuje i nie może się przyzwyczaić, nie akceptuje tym
samym mnie jako takiej.
Każdy potrzebuje zrozumienia.
Każdy potrzebuje wsparcia. Każdy potrzebuje akceptacji. Ja może
za bardzo domagam się tej ostatniej - ale tak to ze mną już jest.
Zrozumcie mnie, do jasnej Anielki... limetka 2005-09-17
10:45:44 skomentuj
(10)
czyste
szaleństwo [sorry za brak zet z kropką, coś mi się
stało z klawiaturą]
Z pewnością coś mi się wymyśliło. Z
pewnością dostrzegam to, co chcę dostrzegać. Ale widzę
zaskakującą korelację tematyki kolejnych wydań pewnej audycji
radiowej z tematyką moich blogowych notek. Teraz mówią o
lęku przed zmianami i ściąganiu na siebie porazek.... Któryś
juz raz widzę taką zbiezność. Kiedyś mówili o nieśmiałości
wkrótce po mojej notce na ten temat, innym razem o braku
satysfakcji z pracy, kiedy indziej o przyjaźniach...
Przypadek?
***
W zakładzie pracy mojej ciotki
poszła fama, ze "siedzę" w astrologii. Kolezanka
wspomnianej ciotki wpadła więc na pomysł, by w ramach prezentu
dla swojej córki na osiemnastkę zamówić jej
horoskop urodzeniowy ... u mnie.
Wystukałam kilka stron A4
i poleciałam do ciotki z dyskietką. Ciotka byla ciekawa, co
napisałam i czy to pasuje do tej dziewczyny. Nie było mozliwości
obejrzenia na komputerze, więc jej pokrótce streściłam. -
A jak myślisz, jaki zawód byłby dla niej
najodpowiedniejszy? - Przede wszystkim coś związanego z
pomaganiem innym - ona lubi czuć się potrzebna. Jakaś forma
doradztwa albo terapii, moze coś z medycyną...Będzie to od niej
wymagało cięzkiej pracy i wyrzeczeń... Ciotka popatrzyła na
mnie uwaznie. - A ty wiesz, jaki ona kierunek studiów
wybrala? - Nie mam pojęcia. -Rehabilitację.... Szczęka
mi opadła chyba do poziomu parkietu...
***
Z
dedykacją specjalną dla siebie samej i jeszcze paru innych którzy
wiedzą, o co chodzi ;) (Moze wykorzystam to w pewnym
artykule?)
Tove Jansson O Filifionce,
która wierzyła w katastrofy
Dom
zaczął drżeć, wiatr uderzał weń raz po raz i słychać było, jak
sztorm nabiera rozpędu i gna w podskokach nad morzem. Z dachu
zsunęła się wolno dachówka i rozbiła się o skały.
Filifionka drgnęła. Jej wyobraźnia zaczęła malować własny sztorm
o wiele czarniejszy i dzikszy od tego, który wstrząsał
domem. Fale stawały się białymi smokami, wyjąca trąba morska
ukręciła z wody czarny słup na horyzoncie - lśniący filar, który
pędził prosto na nią, coraz bliżej i bliżej... Jej własne
sztormy były zawsze najstraszniejsze. I w głębi duszy Filifionka
była trochę dumna ze swoich katastrof, przeżywanych zupełnie
samotnie. Sztorm na dworze wzmagał się i około pierwszej po
północy szybkość wiatru doszła do czterdziestu sześciu
metrów na sekundę. Filifionka słyszała tylko sztorm i
odgłos sypiących się dachówek. "Jeżeli pójdę
na strych, to może się zdarzyć, że dach zostanie zdmuchnięty -
pomyślała. - A jeśli zejdę do piwnicy, to cały dom może się na
mnie zawalić. W każdym razie wszystko to może się stać". Wtem
wicher otworzył okno i szkło posypało się na podłogę. Szklany
żyrandol babci z potwornym trzaskiem rąbnął o podłogę. Filifionka
zobaczyła w roztrzaskanym lustrze fragment swojego własnego
pobladłego pyszczka i nie zastanawiając się, podbiegła do okna i
wyskoczyła. Stwierdziła, że siedzi na piasku. Czuła na twarzy
ciepły deszcz, a jej sukienka trzepotała jak żagiel. Mocno
zacisnęła powieki. Wiedziała, że znajduje się w samym środku
niebezpieczeństwa, zupełnie bezradna. Burza dudniła dalej,
spokojnie i statecznie. Ale wszystkie niepokojące dźwięki
zniknęły, wszystkie wycia, trzaskania, rozsypywanie się w
kawałki, spadanie z hukiem i rozdzieranie się. Filifionka
ostrożnie wciągnęła cierpki zapach morskich wodorostów i
otworzyła oczy. "Nigdy jeszcze nie byłam na dworze sama w
nocy - stwierdziła. - Gdyby tak mama wiedziała"... Za
nią, z tyłu, roztrzaskało się coś wewnątrz domu. Ale nie
odwróciła głowy. Skuliła się pod wielkim głazem i szeroko
otwartymi oczyma patrzyła prosto w noc. Już nie marzła.
Najdziwniejsze zaś było to, że nagle poczuła się zupełnie
bezpieczna. Nad ranem sztorm się uciszył, lecz Filifionka
niemal tego nie zauważyła. Siedziała, rozmyślając o sobie i
swoich katastrofach, i swoich meblach, i zastanawiała się, jak
doprowadzić wszystko do ładu. Siedzieć i naprawiać teraz tydzień
po tygodniu, kleić, cerować, szukać brakujących części... -
Nie! Nie zrobię tego! - krzyknęła Filifionka prostując
zesztywniałe nogi. - Jeżeli zacznę to wszystko porządkować, żeby
wyglądało jak przedtem, to i sama stanę się taka jak przedtem,
znowu będę się bała... Czuję to. I znowu będą się czaić za mną
cyklony, tajfuny... Żadna prawdziwa Filifionka nigdy nie
zostawiła swoich pięknych odziedziczonych mebli na pastwę
losu... - Mama powiedziałaby, że jest coś, co nazywa się
obowiązkiem - mruknęła do siebie Filifionka i zawahała się. Wtedy
ujrzała trąbę powietrzną. Nie była wcale podobna do tej z
wyobraźni Filifionki. Nie wyła i nie ciskała się. Była zupełnie
cicha, zbliżała się powoli do brzegu kołysząc się łagodnie.
Filifionka stała bez ruchu, zupełnie bez ruchu, myśląc: "O,
ty moja piękna, moja wspaniała katastrofo"... Trąba
sunęła już nad plażą, całkiem niedaleko od Filifionki. Biały,
majestatyczny słup minął ją i bardzo spokojnie uniósł dach
domu. Filifionka zobaczyła, jak dach jedzie w górę i
znika. Potem zawirowały w powietrzu meble i też zniknęły.
Zobaczyła wszystkie swoje bibeloty lecące wprost do nieba,
serwetki na tacę i rodzinne zdjęcia, kapturki na imbryk do
herbaty i babciny dzbanuszek na śmietanę w kształcie łodzi, i
wyszywane srebrem i jedwabiem przysłowia, wszystko, wszystko,
wszystko! - i myślała zachwycona: "O, jak wspaniale! Cóż
ja poradzę, biedna, mała Filifionka, przeciwko wielkim siłom
przyrody? Czy po czymś takim cokolwiek jeszcze będzie można
zreperować? Nie! Nic! Wszystko jest wysprzątane! I
wymiecione!" Trąba wędrowała nad polami i Filifionka
zobaczyła, jak zwęża się, pęka i rozprasza. Była już
niepotrzebna. Filifionka odetchnęła głęboko. - Teraz nigdy
już nie będę się bała - powiedziała sobie. - Teraz jestem
zupełnie wolna. Teraz mam chęć na wszystko. limetka
2005-09-19 01:19:46 skomentuj
(6)
*** Dziś
na ulicy niespodziewanie wpadłam na kolegę z ogólniaka,
którego nie widziałam chyba od matury - a może od
pierwszego roku studiów? Podczas rozmowy uświadomiłam
sobie, że całkowicie straciłam kontakt ze swoją dawną klasą -
podczas gdy on miał mnóstwo informacji na temat
poszczególnych osób. Ktoś jest we Francji, ktoś w
Japonii, ktoś inny na stypendium w Brukseli. Spośród tych,
którzy są w kraju, znacznej większości udało się zaczepić
w miastach, do których wyjechali na studia, przeważnie
Gdańsku lub Warszawie. Parę osób wróciło do
rodzinnego miasta, ale słyszałam, że mają niezłą pracę. Nie ma
chyba drugiej takiej, która nie dość, że byłaby na tyle
niezaradna, by zostać w mieście bez perspektyw, to jeszcze
siedziałaby w słabo prosperującej firmie, wklepywałaby dane do
komputera i co miesiąc drżała ze strachu, czy jej starczy na
rachunki... Nie mam ambicji czy szczęścia - czy może odwagi?
A
propos starczania na rachunki. Wczoraj nadarzyła mi się
niespodziewana okazja. Do firmy wszedł student ze streszczeniem
pracy magisterskiej (podobno jest teraz taki wymóg, albo
przynajmniej zalecenie, by pisać też po angielsku) i chciał, by
mu przetłumaczyć. Firma na co dzień takich usług nie prowadzi,
ale akurat trafił na szefostwo, a im z kolei zaraz przyszłam na
myśl ja. "Podjęłaby się pani? Zarobi pani sobie". No to
pani przysiadła fałdów i sobie zarobiła. Niedużo, ale
akurat mogłam opłacić pewien rachunek, który spędzał mi
sen z powiek już od jakiegoś czasu.
I to jest ciekawe.
Czasem, zupełnie niespodziewanie, przytrafiają mi się takie
okazje. Nigdy nie zarabiałam dużo - ale nie było jeszcze tak,
żebym była całkiem w sytuacji bez wyjścia. Zawsze, gdy myślę, że
tym razem to już beton i gleba, wpada jakieś zlecenie - małe, ale
zawsze. Albo potrafię nawet ... znaleźć pieniądze (własne!) w
domu, w miejscu, w którym nie spodziewałabym się nic
znaleźć, bo kiedyś schowałam i zapomniałam... I ciekawe, że
zawsze chodzi o drobiazgi. Nieduże kwoty, tyle żeby przetrwać
kryzys. Podobnie jest z wygranymi. NIe jestem z tych, co
wygrywaliby kosztowne przedmioty i duże sumy pieniędzy, ale mam
spore szczęście do wygrywania kosmetyków, płyt, książek
czy nawet sprzętu elektronicznego, choć są to nieduże gadżety
typu mały aparat cyfrowy czy odtwarzacz CD. Intrygujące. A
przecież tak zwany "status mineral" (to dla
zorientowanych w astrologii) mam marniutki... limetka
2005-09-23 20:19:10 skomentuj
(8)
*** Usłyszałam
już parokrotnie: "Ty masz taką roszczeniową postawę wobec
losu, tak nie można". Tyle że ja nie umiem przyjmować ze
spokojem tego, co mnie spotyka. Nie umiem siedzieć z założonymi
rękami i nie buntować się, choćby tylko werbalnie. Owszem,
łatwiej jest osobom, które godzą się na to, co mają i
dostosowują się do tego. Ale ja do nich nie należę. Bunt pojawia
się, gdy widzę, że czas płynie, a mnie omijają różne
sprawy, bez których inni nie potrafiliby żyć. Gdy różne
moje przedsięwzięcia rozbijają się jakby o jakiś niewidzialny
mur. Gdy coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jest
tylko parę sfer życia, w których będę mogła się
zrealizować, a parę innych, uważanych przez wielu za
najistotniejsze, dla mnie pozostanie na zawsze zamknięte. Gdy
myślę o tym, że prędzej czy później wszystko się kończy, a
ja nie mam na to żadnego wpływu. Gdy patrzę w swoją przyszłość i
widzę przed sobą perspektywę obsesyjnego powtarzania się pewnych
schematów wydarzeń bez możliwości przerwania zaklętego
kręgu... Czyżbym cały czas do tej pory wybierała niewłaściwe
drogi? Ale jaka jest ta właściwa? Czy rzeczywiście mam się
pogodzić na zawsze z brakiem tego czy tamtego - a jeśli tak, to
co w zamian? Nie umiem nie myśleć. Nie umiem się nie sprzeciwiać.
Gdybym jeszcze wiedziała, że to wszystko ma jakiś głębszy sens i
cel... limetka 2005-09-27 01:23:10 skomentuj
(10)
*** Znowu
dość szczególny sen, z gatunku tych bardziej
fabularnych... Stałam na przystanku i czekałam na autobus.
Zamiast zwykłego autobusu mającego zawieźć mnie do pracy
nadjechał zupełnie inny, oznaczony jakimś dziwnym symbolem w
miejscu numeru; natomiast tam, gdzie zwykle znajduje się nazwa
przystanku docelowego, widniał napis:"KONIEC ŚWIATA".
Autobus na koniec świata... Przypomniało mi się, że ktoś już
kiedyś, gdzieś pisał, mówił lub śpiewał o ostatnim pociągu
do nieba... Zawahałam się chwilę, ale ciekawość zwyciężyła -
wsiadłam.
Jechałam dość długo, obserwując za oknami
zupełnie normalną okolicę - domy, drzewa, samochody... W pewnym
momencie autobus się zatrzymał - koniec trasy. Wysiadłam i
rozejrzałam się. Nic specjalnego - kilka bloków i szosa.
Może koniec świata jest za tymi blokami? Może za zakrętem szosy?
Zaczęłam iść przez siebie. Zadzwonił budzik... I tak nie dotarłam
na koniec świata...
***
Już bez związku ze snem.
Zaskakuje mnie nieraz moc sprawcza ludzkich słów. Ktoś coś
stwierdza - i rzeczywistość odwraca się o 180 stopni... A
przecież sekundę przed wypowiedzeniem tego stwierdzenia
rzeczywistość była identyczna - to nasza świadomość stanu rzeczy
odmienia wszystko. Na przykład - żyję sobie względnie spokojnie
(no, powiedzmy), jest piękna pogoda, słońce świeci, ja nie mam
większych problemów albo przynajmniej nie przychodzą mi na
myśl. A tu przychodzi ktoś, kto (nawet w zupełnie dobrej wierze)
mówi "masz problem". Czary mary, abrakadabra,
stało się! MAM PROBLEM. Problem, którego przed sekundą nie
miałam. Życie przestaje być spokojne, nawet słońce jakby
przygasa, a ja zaczynam obsesyjnie myśleć o nowo odkrytym lub
nowo uświadomionym PROBLEMIE...
Dlatego sądzę, że należy
bardzo uważać, co i komu się mówi, nawet w dobrej wierze,
by komuś nie uczynić więcej szkody niż pożytku. Wyobraźmy sobie
ogrodnika, który hoduje małą, wątłą roślinkę, bardzo
nieodporną na warunki zewnętrzne - byle co powoduje, że zaczyna
ona więdnąć, żółknąć i tracić liście. Ogrodnik dzień w
dzień, godzinami obserwuje roślinkę, cieszy się z każdego nowego
listka i nie może się doczekać, aż zakwitnie... Czy powiedzieć
mu: "No wiesz, ale ten dąb, o tam, to jakiś taki...
większy... I liści więcej ma... Czemu twoja roślinka nie jest
taka? Musisz koniecznie coś z tym zrobić!" Ogrodnik patrzy
ze smutkiem na swoją roślinkę - faktycznie, rachityczna, i tylko
pięć listków... I jakby mniej mu się podoba...
Podobnie
jest z poczuciem własnej wartości. Gdy wiemy, że u kogoś jest ono
niewielkie, że ktoś dopiero od niedawna je hoduje lub próbuje
odratować po jakimś wstrząsie, uważam, że bezwzględnie należy się
koncentrować na tym, co JUŻ osiągnął, na pozytywach, a nie na
tym, czego mu jeszcze brakuje do jakiegoś naszego wydumanego
ideału (lub nam się tylko wydaje, że brakuje, bo czasem nie można
tego stwierdzić obiektywnie). Widzimy dziewczynę zakompleksioną
na punkcie swojego wyglądu - czemu nie powiedzieć jej, że ma
ładne oczy czy włosy, a nie, że np. jest za niska czy powinna
schudnąć? Znamy kogoś, kto świetnie maluje, natomiast nie ma za
grosz słuchu muzycznego - dlaczego nie pochwalić jakiegoś jego
obrazu zamiast koncentrować się na jego słabej stronie i
naśmiewać się, że mu słoń na ucho nadepnął? Nieraz przekonałam
się, że słowa mają wielką siłę i wielki wpływ na ludzi. Uważam,
że każdy jest odpowiedzialny za to, co mówi i pisze, i jak
to może na kogoś podziałać - dlatego należy sto razy zastanowić
się, zanim powiemy coś, co przyprawi kogoś o ciężki kompleks lub
na trwałe zrujnuje poczucie własnej wartości i odbierze wiarę w
siebie. Skąd wiemy, czy ten ktoś nie będzie potem mógł
spać przez kilka nocy, wciąz rozważając nasze słowa? Albo czy nie
będzie obsesyjnie oglądał się ze wszystkich stron w lustrze,
rozpaczliwie szukając potwierdzenia, że nie jest z nim jeszcze
tak źle?
Jestem właśnie taką posiadaczką małej, wątłej
roślinki, która ma tylko kilka listków. Wiem
dobrze, że nie jest ona żadnym dębem i nie będzie. Ale czy musi?
Na świecie jest miejsce dla różnych gatunków. Gdyby
istniały same wielkie drzewa, równowaga w przyrodzie
zostałaby zachwiana. Natomiast mam nadzieję, że roślinka będzie z
czasem rosła i wypuszczała kolejne listki. I proszę mi na nią nie
wybrzydzać i nie marudzić, że coś jest z nią nie tak lub to czy
tamto by się jeszcze przydało. To moja roślinka i nie pozwalam
jej deprecjonować, o ;) Bo od jakiegoś nieprzemyślanego
stwierdzenia może zwiędnąć któryś listek - a na to nie
mogę sobie pozwolić, zważywszy na ich niewielką liczbę; poza tym
długo trwa, zanim rozwinie się nowy. limetka
2005-09-30 02:11:24 skomentuj
(2)
|
|