| limetkablog - archiwum: sierpień 2005 |
| Strona główna | popełnię morderstwo Własnymi rękami. Ewentualnie przy pomocy jakiegoś ciężkiego przedmiotu. Na kim? Nie na kim, a na czym. Na komputerze. Motyw zbrodni? Motywów jest kilka. Po pierwsze - nie panuję nad kursorem, który wykazuje znaczną niesubordynację i co jakiś czas jeździ wyłącznie po liniach prostych ewentualnie blokuje się całkiem. Żeby to jeszcze była myszka z kulką, która to kulka została np. czymś zabrudzona. Ale to myszka optyczna... Po drugie - czas potrzebny na odświeżenie strony wynosi od 15 do 20 sekund. Mierzyłam stoperem. I to wcale nie kwestia łącza, które jest dość szybkie. Swoją drogą niezła metoda wyrabiania cierpliwości. Siedzę, czekam, komputer trzeszczy i rzęzi, a ja w duchu wymyślam inwektywy, próbuję nie wyjść z siebie i na przykład nie złapać za młotek... No, kto kogo przetrzyma? Zastanawiam się, kiedy dojdzie do tego, że czekając na załadowanie strony będę mogła spokojnie iść na kawę. Po trzecie - loguję się dzisiaj na pewną stronę, a tu się okazuje, że jest mnie tam sześć. O ile wiem, nigdy nie brałam udziału w eksperymentach związanych z klonowaniem... Po czwarte - ta piekielna machina jest ... dziwnie ciepła. Wiatraczek chodzi cały czas, ale nic z tego nie wynika. Nie wiem, może to kwestia upałów, bo w mojej pracy działo się coś podobnego. Koledzy rozważali chłodzenie procesora przy pomocy opakowania lodów truskawkowych (w pudełku, oczywiście ;)). Sunshinelady niedawno miała pomysł z mrożoną rybą. Nie wiem co robić, niedługo będę mogła usmażyć jajko na własnym komputerze... Wszystko to przekonuje mnie, że w tej maszynie zalęgła się jakaś obca forma życia. Dosłownie "Obcy 22 i 1/2", tylko Ripley brakuje do kompletu. Skanowanie antywirusem niby nic nie wykazuje... Zostawię to na razie - w przeciwnym wypadku w którymś momencie będę zmuszona użyć takich środków perswazji, że ten komputer nie dożyje jutra. Chyba lepiej poczytam książkę... limetka 2005-08-04 01:11:59 skomentuj (11) A może morze? Nie może, a na pewno :) Uprzejmie donoszę, że od czwartku na parę dni zmieniłam miejsce pobytu. Spotkałam osoby, z którymi zwykle mam kontakt tylko wirtualny. Po raz kolejny potwierdzam, że warto urealniać kontakty wirtualne :))) Serdeczne podziękowania za taką możliwość :* *** Refleksja z pewnej wczorajszej rozmowy. Podobnie jak moje rozmówczynie, coraz częściej mam poczucie celowości wydarzeń, które w danej chwili wydają się bezcelowe i chyba tylko obliczone na zdołowanie, zrujnowanie poczucia własnej wartości, ewentualnie wdeptanie w glebę i przekonanie nas o własnej nicości i braku wpływu na bieg zdarzeń. Dopiero po jakimś czasie, z dystansu, można zobaczyć, jaki to miało naprawdę sens - i że w ogóle jakiś miało. Nie mówiąc o tym, że rzadko kiedy w danej chwili można przewidzieć, jakie będą skutki sytuacji, w jakim kierunku się ona odwróci i jakie wyciągniemy z niej wnioski. Kurczę, przecież to wszystko takie oczywiste... :]]] limetka 2005-08-08 11:30:48 skomentuj (16) *** Czuję się jak więzień, którego wypuszczono na czterotygodniową przepustkę, a teraz mają z powrotem zamknąć i jeszcze przykuć do biurka z komputerem w pewnym pokoju 101... Ja nie chcę do pracy! "They sentenced me to twenty years of boredom..." Nie mogę sobie przypomnieć, skąd to jest... *** Śmiać mi się chce, gdy sobie przypomnę - ostatnimi czasy z dwiema książkami działy się rzeczy zaskakująco pasujące do ich tytułów :) Mucha odnotowała niedawno, że jedyną zdublowaną pozycją w jej domowej biblioteczce jest zbiór opowiadań Cortazara zatytułowany... "Tango raz jeszcze". Ja z kolei jestem w posiadaniu książki pt. "Nostradamus zjadł mi chomika" (treść nie tak intrygująca jak tytuł - miało być zabawnie, tymczasem autor poważnie przedobrzył z gmatwaniem fabuły). Książka owa została faktycznie w pewnym stopniu zjedzona, choć co prawda ani przez chomika, ani przez Nostradamusa, tylko przez psa :) Zaczęłam się zastanawiać, jaki analogiczny, a tytułowo adekwatny los mógłby spotkać inne książki, znane mi choćby ze słyszenia. Na przykład, gdybym była w posiadaniu egzemplarza "Stu lat samotności" (nie czytałam, ale zawsze podobał mi się tytuł) - zapewne ów egzemplarz wpadłby gdzieś za szafkę, gdzie wśród kurzu i pajęczyn przeleżałby może nie sto lat, ale co najmniej parę miesięcy, zapomniany przez wszystkich... Wyobraziłam sobie też bardzo sugestywny scenariusz wydarzeń dotyczący innej książki, którą akurat mam w swojej biblioteczce, a opatrzonej tytułem "Pogryziona przez wiewiórki"... ;))) limetka 2005-08-14 11:26:53 skomentuj (2) uświadomiłam sobie... W ogóle ostatnio sobie ciągle coś uświadamiam. Uświadamiam, uświadamiam i końca temu nie widać... Na przykład zdałam sobie sprawę, że zaskakująco często śnią mi się rzeczy, które stają się rzeczywistością - nie wygląda to potem identycznie jak we śnie, te sny są jakby metaforą czy też wyrażają ogólne emocje związane z jakimś wydarzeniem. Bywa to nawet lekko przerażające... Kiedyś miałam bardzo nieprzyjemny sen, którym tak się przejęłam i wystraszyłam, że ... próbując zapobiec takiemu scenariuszowi wydarzeń zrobiłam coś, co spowodowało wypełnienie się tego, co mi się wyśniło. Tak, koledzy mieli wczoraj rację z tą intuicją... A jednocześnie zastanawiam się, na jakiej zasadzie się to dzieje - samospełniająca się przepowiednia czy dowód na to, że pewne rzeczy są nieuchronne i nie unikniemy ich, choćbyśmy się nie wiem jak starali? Parę razy już się zdarzało, że ktoś mi coś przewidział - było to kilka osób, zupełnie niezależnie od siebie. Ja to potem zapamiętywałam i tak się nastawiałam psychicznie, że być może samym swoim postępowaniem nieświadomie prowokowałam przebieg zdarzeń. W takim razie, ktoś powie, może lepiej byłoby w ogóle nie próbować poznać przyszłości i stosować jakichkolwiek form jej przewidywania? Niestety, w moim przypadku to w grę nie wchodzi. Wiem, że tak czy inaczej moja ciekawość zwycięży i będę przynajmniej próbowała choć trochę uchylić rąbka tajemnicy. Poza tym przecież nie mam świadomego wpływu na treść swoich snów. I na koniec (aż dziwnie mi wysnuwać takie teorie) - może to tak ma być, że mam się czegoś zawczasu dowiedzieć, by pod wpływem tego podjąć określone działania i dporowadzić do określonych sytuacji, często innych niż się spodziewam i niż bym chciała, ale które w ostatecznym rozrachunku okazują się być do czegoś potrzebne? limetka 2005-08-18 02:22:13 skomentuj (7) gdzieś czytałam, .... ... że podobno istneje takie plemię, chyba w Afryce, (ale może i wśród Indian, pewności nie mam), którego członkowie nigdy nie zdradzają innym swoich prawdziwych imion. Wierzą bowiem, że kto pozna imię człowieka, posiądzie również jego duszę, zdobędzie nad nim nieograniczoną władzę i będzie mógł z nim zrobić co zechce. Zastanawiam się, czy niektórzy internauci nie kierują się podobnym przekonaniem... limetka 2005-08-21 13:13:08 skomentuj (9) chyba się zaczęło... Jeden taki aspekt do jednej takiej rzeczy w moim horoskopie. Może to tylko subiektywne odczucie, ale mam wrażenie, że chyba nikt z mojego otoczenia nie rozmawia ze mną... dla samego rozmawiania ze mną. Czuję zwiększoną potrzebę rozmowy z ludźmi jako takimi, wręcz presję, by się wygadać, wyrzucić z siebie różne swoje przemyślenia i odczucia. A tymczasem, jak na ironię, ciągle mam poczucie, że inni albo patrzą z innych punktów widzenia i nie do końca mnie rozumieją, albo są do bólu konkretni, rzeczowi i ucinają wszelkie rozmowy nie widząc potrzeby dyskusji. Na blogu też wielu rzeczy pisać nie mogę. Ech, chyba założę pamiętnik... Albo spotkam się z jedną taką koleżanką z pracy, z którą można przegadać 5-6 godzin kompletnie o niczym, dla samej rozmowy, bez celu i sensu innego niż interakcja międzyludzka. Osobą, która wysłucha mojego bzdurzenia i nie będzie oceniać ani mówić, że nie ma dla mnie czasu. A ja właśnie mam tego palącą potrzebę. limetka 2005-08-24 01:42:45 skomentuj (10) daję znak życia... ...żebyście wiedzieli, że nadal jestem i nigdzie nie znikam. Ale nadal nie chce mi się pisać bloga. Z jednej strony przeżywam jakby rozczarowanie ludźmi w ogóle, z drugiej mam potrzebę kontaktu, z trzeciej strony wszyscy, z którymi kontaktować bym się chciała i mogła, znikli i poczułam się odsunięta, z dala od wszystkiego, zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Coś jak ta królewna, co mieszkała za siedmioma górami, za siedmioma morzami, za siedmioma lasami i za siedmioma dolinami, a pewnego dnia wyszła przed swój zamek i stwierdziła: "Kurczę, jak ja mam wszędzie daleko..." Tkwię w pracy w idiotycznych godzinach - średnio 3 razy w tygodniu od 12 do 20, przez co cały dzień rozwalony; rano trudno wstać, a wieczorem po powrocie znajduję już tylko siłę na to, by poczytać albo pogrzebać w sieci. Zero kontaktów realnych, chyba że z mamą i współpracownikami. Czasem mam ochotę zawołać: "Halo, są tu jacyś żywi ludzie?" Wariuję coś z lekka, czy jak... limetka 2005-08-30 00:56:15 skomentuj (10) |