::strona główna::


Zmiany
Ktoś zauważył? :)
greeneye 2004-06-02 01:50:52 skomentuj (5)
Miała być notka...
... ale coś nieokreślonego mi ją zżarło :[[[[[ A pisałam ją wprost w panelu administracyjnym... Gdy tylko zwalczę chęć wyrzucenia komputera przez okno czy też zastosowania wobec niego innego rodzaju przemocy, może zrobię drugie podejście.
greeneye 2004-06-02 22:47:11 skomentuj (5)
Dwie notki autonomiczne
O czym można rozmawiać na rozmowie o pracę?
- o poezji Coleridge'a (oj kiepsko, słabo pamiętałam),
- o angielskich nazwach pierwiastków chemicznych (siarka pomyliła mi się z azotem - kompromitacja!),
- o tym, co to jest Marmite - a właśnie, co to jest? ;)
- o tym, co to jest Mur Hadriana i do czego służy - pytanie jak wyżej,
- o tym, że polski system edukacyjny przypomina spaloną słońcem australijską równinę, którą trzeba zaorać,
- o tym, ile drzewek ścinają co roku właściciele "lewych" praw jazdy i że szkoda w ten sposób niszczyć środowisko, a także produkty japońskiej czy tam innej myśli technicznej,
- o tym, że rozgnieciony samochód przypomina rozdeptanego owada, tylko jest nieco większy (????),
- o tym, że Polacy, za to jak budują drogi, powinni zostać skazani na dożywotnie ciężkie roboty (drogowe? ;))
LOL :D

A tak w ogóle, to było dość sympatycznie, tylko nie zaoferowali mi nic konkretnego. Sprawa jest otwarta, dali mi czas do namysłu. Swoją drogą przechodzę niezły trening - jak tak dalej pójdzie, stanę się ekspertem od rozmów kwalifikacyjnych i nic mnie nie zaskoczy :)

***

To miał być komentarz w blogu Muchy, ale stwierdziłam, że jest tak długi, że nie będę zajmować tyle miejsca i zamiast z tego zrobię z tego u siebie notkę.

Sny o pociągach zdarzają mi się rzadko, ale jeden zapamiętałam szczególnie....

Był póżny wieczór, albo wczesny ranek. Znajdowałam się w pociągu. Wiedziałam, że jadę do jakiegoś innego miasta na studia i że jestem na pierwszym roku anglistyki (we śnie wydawało mi się, że dziennej). Siedziałam w przedziale przy samym oknie, za którym było ciemno, tak więc mogłam zobaczyć wyraźnie swoje odbicie. Ujrzałam siebie - długie, faliste, rude włosy, kompletny makijaż, czerwony sweter, czarna kurtka. W pewnym momencie drugi pociąg za oknem zaczął się przesuwać, i jak to czasem bywa w takich przypadkach, nie byłam pewna, czy to ja jadę, czy to tamten drugi pociąg....

Przyśniło mi się to w czasach trzeciej klasy ogólniaka. Miałam wówczas krótkie ciemne włosy, ubierałam w kolory i fasony "maskujące", by przypadkiem ktoś mnie nie zauważył, no i w ogóle się nie malowałam, bo nie umiałam i sądziłam, że z makijażem wyglądam jak przedszkolak na balu maskowym.

Jesienią 2001 rozpoczęłam studia zaoczne, wymagajace ode mnie częstych podróży pociągami. Miałam wtedy długie włosy farbowane na rudo, makijaż był dla mnie sprawą nieodzowną, no i miałam czarną kurtkę. Tylko czerwonego swetra sobie nie przypominam. Trudno powiedzieć, ile razy mogłam tak jechać rano czy wieczorem, patrząc w okno i widząc swoje odbicie...

greeneye 2004-06-03 08:45:57 skomentuj (5)
Po raz pierwszy...
... od utworzenia tego bloga wywaliłam notkę. Miałam nie marudzić, nie narzekać i nie oceniać. A akurat tutaj było tego pełno. Taki miałam wczoraj nastrój, coś mnie tak przygnębiło, że wpisałam notkę, której sam tytuł mógł odrzucać - zauważyłam po liczniku, że parę osób tu zajrzało i zaraz wycofało się z niesmakiem ;) A więc notka odchodzi w niebyt.

Swoją drogą, nie rozumiem, co mi się stało. I co się ze mną ostatnio dzieje. Wszystko mnie wytrąca z równowagi, wszystko biorę do siebie, dopatruję się rzeczy, których ktoś wcale nie zrobił czy nie powiedział. Trudno się dziwić, że osoby z mojego otoczenia jakoś ostatnio się ode mne odsunęły. Akurat teraz, gdy potrzebuję bliskiego kontaktu. Słyszę tylko: "Ty jesteś jakaś rozkojarzona, co się z tobą dzieje, nic nie robisz, gapisz się w sufit albo komputer, zajęłabyś się czymś konstruktywnym, masz przecież pracę magisterską do napisania." Dziwne, w ogóle nie czuję presji, że muszę coś zrobić. Jesli dzisiaj się nie zmobilizuję, jutro na zjazd pojadę znowu z niczym - tyle że oddam promotorce pożyczone materiały. Chodzę po domu tam i z powrotem i myślę sama nie wiem o czym. Choć częściowo wiem o czym, ale nie będę pisać, bo byłoby to coś na zasadzie "nikt mnie nie lubi, nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie rozumie", a to strasznie oklepane; poza tym miało nie być tyle negatywizmu.
greeneye 2004-06-04 08:08:32 skomentuj (10)
Co można robić w sobotę, by się odstresować
- gadać na GG do czwartej nad ranem, dostając ataku śmiechu co drugą linijkę (pozdrawiam rozmówczynię :))))
- podjąć decyzję, że nie jadę na zjazd dziś, tylko za tydzień ( i w ten sposób uniknąć tłumaczenia się przed promotorką, dlaczego nie mam nic napisane)
- zostać brutalnie obudzoną przez mamę 0 9.30 z kategorycznym żądaniem wypicia z nią porannej kawy i pogadania; mama wykazuje pełne zrozumienie dla moich spraw, natomiast nie wykazuje zrozumienia dla chęci wysypiania się do południa; ale i tak mam ogromne szczęście mieć taką mamę :)))
- wybrać się na zakupy w towarzystwie w/w mamy i nabyć po okazyjnej cenie spodnie i spódnicę - niespecjalnie potrzebne, tak z czystej fanaberii
- spotkać się z koleżanką z pracy i przy kawie pogadać na wiele różnorodnych i pasjonujących tematów, m.in. dokładnie obsmarować dyrekcję nieszczęsnej firmy, w której przyszło nam pracować
- zastanawiać się nad obejrzeniem dwóch filmów, które czekają od dwóch tygodni, a do tej pory nie znalazłam na nie czasu (noc jest długa, może jeszcze obejrzę).

***

Przez bardzo krótki moment pod wpływem komentarza Mimy przyszło mi na myśl: "A może by tak się zakochać?" Ale zaraz tę myśl odpędziłam. Tak jakbym miała nie dość kłopotów, prawdziwych i wymyślonych, jeszcze dołożyłabym sobie kolejny... I znowu wybrałabym kogoś niewłaściwego. I znowu wmawiałabym sobie rzeczy, których nie ma. I znowu niewłaściwie odczytywałabym pewne rzeczy i myliła ze sobą pewne sprawy. Domyślałabym się więcej niż kiedykolwiek między nami by było lub mogło być. Tworzyłabym niestworzone historie ze sobą w roli głównej. Zaczęłabym się nienaturalnie zachowywać, próbując zrobić dobre wrażenie, a w rezultacie zrobiłabym jak najgorsze. No i znowu bym się rozczarowała, a potem starałabym się odkochać. Eeeee tam... Jeszcze tego brakowało...
greeneye 2004-06-06 01:14:25 skomentuj (12)
Zaczyna mnie to już przerażać
A mianowicie moja zastraszająca nieodpowiedzialność. Dopuściłam do tego, że teraz muszę w ciągu kilku dni nadrabiać zaległości z dwóch tygodni. Miałam pewne zlecenie do wykonania, ale nie mogłam się zabrać, odkładałam na później, powtarzałam sobie "jutro zrobię", zajmowałam się nie wiadomo czym i myślałam o niebieskich migdałach...aż tu zrobiły się z tego dwa tygodnie. A tymczasem oni na to czekali... W końcu wczoraj miałam... no, niezbyt przyjemny telefon. Dopiero to sprowadziło mnie do rzeczywistości i sprawiło, że wczoraj siedziałam do trzeciej z minutami, by wysłać im chociaż fragment. Tymczasem wstać musiałam przed siódmą, więc można sobie wyobrazić, jak dzisiaj funkcjonowałam... kawa najlepszym przyjacielem człowieka ;) Najdziwniejsze jest to, że w ogóle nie czuję jakiejś presji, poczucia,że muszę cokolwiek zrobić. Podobnie jest ze studiami. Na poprzednich studiach, tych licencjackich, starałam się wszystko robić w jak najwcześniejszym terminie, a już nie do pomyślenia było dla mnie, żebym miała nie zdać jakiegoś egzaminu. Tutaj przyzwyczaiłam się, że parę razy czegoś nie zdałam (główne usprawiedliwienie przed samą sobą - "przecież ja pracuję, nie dam rady wszystkiego robić dobrze"). A już to ostatnie zaliczenie... Uczyłam się ostatniego dnia, a raczej nocy przed, i w ogóle do mnie nie docierało, że jest tyle materiału do opanowania. Na co ja liczyłam? Na cud? Na swoją zdolność do mobilizacji w sytuacjach kryzysowych (szkoda, że trzeba aż sytuacji kryzysowej bym się zmobilizowała)? Na swoją pamięć i zdolność do przyswojenia dużej ilości informacji w bardzo krótkim czasie? Uratowało mnie to ostatnie, bo jakoś zaliczyłam. Ale nie zawsze mi się udawało i nie zawsze mi się uda. Z pracą magisterską też jest podobnie - odkąd usłyszałam, że mogę oddać do końca września, odpuszczam sobie totalnie, od czasu do czasu napiszę może stronę, by odpędzić wyrzuty sumienia. I przypuszczam, że nawet gdyby termin oddania był wcześniejszy, odkładłabym pisanie do ostatniej chwili, licząc na to, że jakoś to będzie. Kolejna sprawa - parę dni temu otrzymałam informację o zaległym rachunku za telefon, z groźbą, że jeśli natychmiast go nie ureguluję, to mi go odłączą i zostanie wszczęte postępowanie windykacyjne. Dopiero to zmusiło mnie, by pójść i zapłacić. I problem wcale nie polegał na tym, że nie miałam czym płacić. Najpierw nie chciało mi się iść na pocztę, potem zapomniałam... Musieli mi zagrozić różnymi konsekwencjami, żebym coś z tym zrobiła. Co się ze mną dzieje... Sama siebie nie poznaję...

***

A ja myślałam, że będę miała wolny piątek... Dobry kawał, he he... Lektorzy mają wolne, ale ja przecież nie jestem już lektorem... A poza tym nawet nie wiem, kiedy będę miała urlop i czy w ogóle jakiś. Współpracownicy zatrudnieni na działalność gospodarczą w zeszłym roku właściwie nie mieli urlopów (jakieś pojedyncze dni) i w ogóle nie zakładają, że w tym będą mieli. Ja sądziłam, że skoro jestem zatrudniona na umowę o pracę, to jakieś 4 tygodnie mi przysługują bez żadnej łaski, ale tu nie ma nic pewnego. Boję się nawet zapytać, bo jeszcze usłyszę, że te 4 tygodnie wykorzystałam np. w soboty (tylko dwoje pracowników nie-dydaktycznych, w tym ja, miało w tym semestrze wszystkie soboty wolne). Niby na umowie mam pracować 40 godz. tygodniowo, i tyle wyrabiałam od poniedziałku do piątku, ale... już się przekonałam, ile ta umowa jest warta. Można ją co najwyżej oprawić w ramki i na ścianie powiesić.

Wczoraj wysłałam trzy kolejne CV... Czekam na odzew... I liczę na to, że jakoś wrócę do normalności.
greeneye 2004-06-08 21:01:55 skomentuj (7)
l'esprit d'escalier
Nie, ja nie znam francuskiego ani nie zaczęłam się go uczyć (chociaż kto wie, może kiedyś zacznę?). Z określeniem tym zetknęłam się po raz pierwszy w zamierzchłych latach 90., w pewnym dwutygodniku dla młodzieży, który wówczas nadawał się jeszcze do czytania. Otóż "l'esprit d'escalier" można przetłumaczyć dosłownie jako "umysł schodkowy", czyli taki, któremu wszelkie cięte riposty przychodzą do głowy już na schodach, kiedy jest za późno. Jeśli chodzi o mnie, to takie riposty przychodzą mi do głowy już na parterze koło drzwi wyjściowych ;) Są sytuacje, kiedy mnie po prostu zamurowuje na czas dłuższy, a gdy mnie w końcu "odmuruje", jest już po herbacie. Żeby tak kiedyś znaleźć trafny argument jeszcze na półpiętrze lub chociaż piętro niżej - może rozmówca jeszcze by usłyszał ;)

***

Jeszcze coś o językach obcych, ale zupełnie z innej beczki. Jak sądzicie, jak mogło w angielskim oryginale brzmieć zdanie przetłumaczone przez ucznia jako: "Ona czatuje na niego zza deski recepcjonisty"? :D I to jest autentyczne :)))

***

Perspektywa wolnego czwartku... Zamierzam w końcu obejrzeć pewne od dawna zaległe filmy, no i coś poczytać - a jest co :) I zamierzam absolutnie nie myśleć o tym, że w odróżnieniu od osób zatrudnionych w normalnych zakładach pracy i studentów normalnych uczelni nie miewam długich weekendów.
greeneye 2004-06-10 01:24:02 skomentuj (4)
Usłyszałam...
To, co dzisiaj usłyszałam na spółkę z resztą nieszczęsnych osłupiałych pracowników dałoby się streścić jako:" Jesteście fałszywi i leniwi, a ja tu, do cholery, rządzę!!! Będziecie chodzić jak w zegarku, a jak się komu nie podoba, to niech od razu szuka innej pracy". Takie słowa może nie padły, ale wydźwięk był identyczny. Poszło o to, że właśnie zwolniono osobę, która grała na dwa fronty, spoufalała się z dyrekcją i donosiła na kolegów, a z drugiej strony obgadywała dyrekcję przed kolegami. Fakt, naganne, ale dlaczego się wyżywać na całej reszcie??? Dyrektorka mówiła do grupy dorosłych ludzi, niektórych pod pięćdziesiątkę, jakby byli bandą dzieciaków, których stawia się do kąta. Ale najgorszy był ten ton. Nie jestem przyzwyczajona do takich słów, nikt tak nigdy do mnie nie mówi, ale szczególnie źle reaguję na lodowaty, oschły ton głosu. Już z dwojga złego wolałabym, żeby ktoś na mnie nakrzyczał. I jeszcze mówiła tym tonem o potrzebie życzliwości między pracownikami. W tej samej wypowiedzi mówiła też o wzajemnym szacunku, a parę zdań dalej padło stwierdzenie: "Bez mojej zgody nikt tu nie ma prawa kartki podnieść". Wszystko to dałoby się sprowadzić do: "Szanuję was i kocham, chcę przyjaźni i waszego dobra, a w ogóle to jesteście bandą idiotów i weźcie wy się wszyscy do cholery..." Gratuluję konsekwencji wypowiedzi. Ciekawe, że inni jakoś tego nie wzięli do siebie. To ja się czułam osobiście zmieszana z błotem, mimo że postawione zarzuty mnie nie dotyczyły. Może inni zdążyli się przyzwyczaić, bo już parokrotnie brali udział w takich zebraniach i słyszeli tego typu przemowy. Ja się nigdy nie przyzwyczaję, choćbym miała ich wysłuchiwać codziennie. Prędzej zrobię to, co kiedyś zapowiedziałam - powiem parę słów prawdy, trzepnę drzwiami i wyjdę.... Nie, nie wyjdę, dopóki nie mam nic pewnego w zanadrzu. Za dużo mam zobowiązań i długów do spłacenia. Tyle tylko, co sobie pogadam.

****

Jedno z najbardziej irytujacych pytań ostatnio: "Co słychać?" A co mogę odpowiedzieć? W pracy słychać jadowity ton szefowej. Poza pracą - słyszę swoje natrętne myśli. Muzykę, która ma te myśli zagłuszyć. Pretensje mamy:"Z tobą w ogóle nie ma kontaktu." Ale tego nie powiem, bo pytanie zadawane jest w dobrej wierze, pytający przynajmniej udaje zainteresowanie. Więc wszystko jest świetnie, super i w ogóle cool. Wiecznie coś udaję, coś ukrywam, czegoś nie pokazuję... To jakaś farsa.

***

Tak jak planowałam, wczoraj poczytałam sobie coś ciekawego ściągniętego z netu - serdecznie dziękuję linkodawcy, jeśli czyta te słowa :) Zdążyłam na razie przeczytać część, ale już tam znalazłam wiele odniesień do mojej sytuacji. Dość pocieszająca jest myśl, że pewne trudności są jedynie przejściowe. To kiedyś minie. I może kiedyś nie będę chciała po raz kolejny powtórzyć wytartego frazesu: zatrzymajcie świat, ja wysiadam.


greeneye 2004-06-11 21:07:51 skomentuj (5)
Uwaga, po gwiazdkach będzie plagiat ;)
Ciemno i cicho. Jedyne oświetlenie pokoju – ekran komputera. Jedyny dźwięk – ściszone radio. Gdyby mnie ktoś teraz zapytał:”Co słychać?” , powiedziałabym: “Radio słychać, radio “ :/

Jestem załamana. Czemu tak jest, że takie sprawy spadają zawsze znienacka, kiedy się najmniej tego spodziewam? W najśmielszych przypuszczeniach nie pomyślałabym, że do czegoś takiego dojdzie. Zostanę bowiem zmuszona do zapłacenia ok. 600 zł za totalną , kompletną bzdurę. Czegoś nie dopilnowałam, nie dopłaciłam, a teraz zostanę pociągnięta za to do odpowiedzialności i zapłacę kilkakrotnie więcej niż mogłabym. Co to jednak jest, że ostatnio ciągle wychodzą na jaw konsekwencje czegoś, co stało się jakiś czas wcześniej, a ja zdążyłam już o tym zapomnieć? Z innych spraw jakoś wybrnęłam, tu się nie uda. Nie ma że boli, płacić!

***

Ale żeby już tak zupełnie nie tragizować.... I w tym momencie informuję, że za chwilę popełnię plagiat :) Jakiś czas temu otrzymałam na to oficjalne pozwolenie na piśmie ( w blogu), więc niniejszym korzystam. Ale co ja poradzę na zaskakujące czasem podobieństwo losów i przemyśleń?

Oto w końcu mojej mamie udało się (groźbą i przemocą ) zmusić mnie, bym doprowadziła do stanu względnej używalności pobojowisko zwane moim pokojem. Nie mogła znieść tego, że przez w/w pobojowisko nie da się przejść od drzwi do okna nie potykając się po drodze o różne części garderoby, obuwia czy też książki albo różnego rodzaju nośniki dźwięku i danych. Próbowałam więc zaprowadzić w tym jakiś porządek, ale skończyło się na tym, że siedziałam na podłodze, czytając jakieś stare notatki i czasopisma. W stercie papierzysk znalazłam m.in. zeszycik z 1999 r., który zapisywałam w czasach, kiedy nie miałam komputera ani bloga, a dostęp do internetu miewałam raz na tydzień-dwa z kafejek. Zeszycik nazywałam po staroświecku pamiętnikiem – pamięta ktoś takie słowo? Tak się nazywali przodkowie blogów ;) Parę fragmentów wspomnianego pamiętnika zwróciło moją uwagę, a parę kolejnych doprowadziło do niepohamowanego ataku śmiechu.

“Nie mogę się przełamać przed innymi, by rozmawiać niezobowiązująco, o wszystkim i o niczym. Moje relacje międzyludzkie są jedynie nakierowane na cel – coś pożyczyć, coś skserować, coś wyjaśnić, zapytać, co było zadane... Nikt nie wie kim jestem i że w ogóle jestem w stanie rozmawiać na inne tematy. Bo ciągle mam wrażenie, że to co powiem będzie głupie, mało oryginalne i mało dowcipne. Że ktoś popatrzy na mnie z politowaniem i pomyśli: “Po co się wysilasz, i tak jesteś żałosna” (styczeń 1999).
Co mi to przypomina? Notkę sprzed ok. dwóch tygodni, którą zdecydowałam się wyrzucić. Wtedy, w 1999 r. miałam takie odczucia non stop i właściwie już wydawało mi się to normalne w swojej nienormalności. To dopiero w ciągu ok. dwóch ostatnich lat odkryłam, że moze być inaczej. Że można szukać mojego towarzystwa, najwyraźniej się w nim nie nudzić i nie szukać wybiegu, jak tu się ode mnie uwolnić. Że mogę z kimś rozmawiać bardzo szczerze i mówić o sprawach, o których bałam się kiedyś powiedzieć komukolwiek z obawy przed oceną i odrzuceniem. Że można poznać mój sposób myślenia, moje odczucia i się nie wystraszyć. I że (to do Wielbuondka ) może być coś fajnego w mojej konwencjonalnie rozumianej “niefajności” :)))

“Zasilę liczne w moim mieście szeregi bezrobotnych”(wrzesień 1999). O rany, nie mogę.... :D Zasiliłam liczne szeregi zatrudnionych nieusatyfakcjonowanych.

“Na ścianie w jednej z sal wykładowych znajduje się anglojęzyczny napis, który można by przetłumaczyć mniej więcej tak: “Z prawdziwą miłością jest jak z duchami – gdzieś tam może istnieje, ludzie o niej gadają, ale bardzo niewielu widziało. “ Genialne w swej trafności, idealne odniesienie do mojego życia i moich obserwacji.”(grudzień 1999).
Tutaj akurat do dzisiaj zgadzam się w stu procentach. Wydaje mi się, że prawdopodobieństwo trafienia w życiu na choć jedną właściwą osobę jest takie samo, jakie niedawno były szanse wygrania tej słynnej kumulacji w totolotka. Możliwe, że zaraz odezwą się osoby będące w udanych związkach i stwierdzą, że to nie takie nieprawdopodobne :) No cóż, Wam udało się wygrać tę kumulację :)))

greeneye 2004-06-14 23:11:25 skomentuj (14)
Było, minęło....
czyli remanentu ciąg dalszy, czyli czasy "głupiej nastolatki", czyli historia pewnej (nie)znajomości :)

Styl oryginału zachowany, wprowadziłam jedynie selekcję wpisów i wycięłam fragmenty nie mające związku ze sprawą. Uprzedzam - długie! I na razie powstrzymuję się od własnych komentarzy :)

***

24 czerwca 1993.

Nie takie straszne to liceum, jak je malują. Widziałam je dzisiaj od wewnątrz i wygląda jak normalna szkoła, co zaprzecza wszelkim mrożącym krew w żyłach opowieściom. Ale cóż, pozory mogą mylić. Na pewno nie będzie wydawało mi się tak niegroźne, gdy będę zdawać tam egzamin!

1 lipca 1993.

Zdałam i mnie przyjęli! Jestem licealistką, uczennicą klasy ogólnej z rozszerzonym angielskim. Oceny czysto państwowe, ale liczy się, że zdałam, zwłaszcza że wszyscy mówią, że tu taki wysoki poziom. (....)

10 września 1993.

(...) Zastanawia mnie, kto to może być... Ten gość, na którego najpierw wpadłam na korytarzu, a potem jechał tym samym autobusem co ja. Gdzie ja go już widziałam???(...)

25 września 1993.

Ale numer. Jak mawiał historyk z podstawówki, historia lubi się powtarzać. Na początku w ogóle sobie nic nie skojarzyłam, po prostu zagapiłam się na niego na korytarzu, potem widziałam na przystanku i miałam wrażenie, że skądś go znam, następnie wsiadł do tego samego autobusu i stwierdziłam, że mieszka na tym samym osiedlu. Dopiero kiedy usłyszałam nazwisko, momentalnie mnie olśniło, kto on za jeden.

Otóż mam do czynienia z kimś, kto chodził do tej samej podstawówki co ja i w dodatku był w niej dość znany. Chyba należał do samorządu, uczestniczył we wszelkich możliwych konkursach i w ogóle lubił się udzielać. Już trzy lata temu uznałam, że jest niczego sobie, ale potem zapomniałam. A teraz.... ten sam ogólniak! Ale historia. (...)

7 października 1993.

Ja to mam talent do wymyślania sobie problemów. Właśnie przyszło mi do głowy, że w klasie maturalnej chyba zwariuję, bo pewien osobnik już wtedy skończy szkołę i nie będę miała się na kogo gapić. I pewnie znowu tak wyjdzie, że przez te trzy lata, jakie jeszcze zostały, w ogóle nie będę miała okazji z nim pogadać ani poznać bliżej, nie zwróci na mnie uwagi, bo jestem taka nijaka i nieśmiała. Co tu robić... Jak dotąd staram się wyglądać najlepiej jak mogę, trochę się maluję (mama mnie zabije, gdy zobaczy, że używam jej tuszu), przerwy spędzam ciągle pod ogólnoszkolnym planem sprawdzając, co oni teraz mają i gdzie (ich plan znam chyba lepiej od własnego), z sali do sali staram się tak przechodzić, by się z nim wyminąć, mimo że czasem jest mi nie po drodze, staram się wracać tym samym autobusem (kilka razy, gdy kończyli lekcje godzinę później niż ja, specjalnie po lekcjach szłam jeszcze do sklepu, by przeczekać), poszłam na kurs przygotowawczy do olimpiady, w której on też chce brać udział.... i nic. Jedno wielkie nic.(...)


18 marca 1994.

Zorganizowano coś, co nazywa się dniem patrona szkoły. Z tej okazji były konkursy oraz przedstawienie organizowane przez klasę IIg, w którym niejaki M.P. też miał swój znaczny udział. Więcej – naprawdę dobrze mu poszło. No i wpadłam w nieuleczalny kompleks niższości. Ja nie mam nic, czym mogłabym się pochwalić. Z czym do ludzi??? Jak by tu się dać zauważyć, jakoś zaistnieć ogólnoszkolnie?

Mało tego – po skończonym przedstawieniu podeszła do niego pewna N. i po prostu, jak gdyby nigdy nic, zaczęła rozmowę: “Jesteś M., prawda? Bardzo mi się podobało”. Potem jeszcze długo gadali, a ja stałam parę metrów dalej i patrzyłam. O zgrrrrozo!!! Czy zawsze będą jakieś N., które muszą mi wejść w paradę??? (...)

15 marca 1995.

Miałam opory, czy w ogóle iść na ten konkurs ortograficzny, ale kiedyś chciałam jakoś “zaistnieć ogólnoszkolnie”, a jeśli nie uda mi się w ten sposób, to w żaden inny. Poszłam pod salę, gdzie miały być eliminacje, i ...mało się nie wycofałam. Oprócz innych kandydatów był tam nikt inny tylko M.P. we własnej osobie. Z nim miałabym rywalizować???

Potem, już w trakcie dyktanda, ćwiczyłam podzielność uwagi – jednocześnie pisałam swoje i obserwowałam M.P. Miałam przy tym niezłą zabawę widząc, jak jego początkowo pewna siebie mina stopniowo rzednie. Przy pierwszym zdaniu zwątpił: “Co to jest???” Przy drugim jęknął: “To straszne!” Przy trzecim zaczął się zastanawiać, co on tu w ogóle robi i podzielił się tą wątpliwością z kolegą. Przy czwartym nie mówił już nic, tylko zrezygnowany pisał dalej.

A teraz ciekawa jestem wyników. Ale by było, gdyby się okazało, że ja się zakwalifikowałam, a on nie. Mogło mi pójść gorzej niż zwykle– ze względu na brak koncentracji, he he... (...)

21 sierpnia 1995.

Nie wiem, co o tym myśleć. Nie wiem, czy coś to da. Okazało się, że M.P. i ja mamy w pewnym sensie wspólnych znajomych – moja dobra koleżanka M. zna jego dobrego kolegę W. i obiecała, że wyciągnie od tego W. jakieś informacje na temat M.P. Poza tym M. kojarzy kto zacz i powiedziała mi, że mam... dobry gust. Pewnie, hihihi! (...)

12 września 1995.

Ale się wszystko skomplikowało. Okazuje się, że W. przekazał wszystko M. P., a on z kolei prawdopodobnie myśli, że to M. coś za bardzo się nim interesuje, bo podobno cała męska część klasy IV g teraz na nią patrzy i śmieje się. Informacji też nie uzyskałam. A przecież się nie przyznam, że to ja.... (...)

10 listopada 1995.

Dziwne. Czyżby mi przeszło? Jakiś nagły zwrot w sposobie myślenia. M.P. nie jest dla mnie. Wygląd fotomodela, a w środku pustka. Wszystko było jedną wielką pomyłką, złudzeniem. Nigdy nie znaleźlibyśmy porozumienia. Moja niekontrolowana wyobraźnia sprawiła, że do wyglądu “w moim typie” dośpiewałam sobie też charakter “w moim typie”, co okazało się nie mieć nic wspólnego z rzeczywistością. Tylko... co teraz? Będzie mi brakowało tego szukania, czekania, wpatrywania się...






greeneye 2004-06-17 00:33:21 skomentuj (8)
Brak
Czego? Wszystkiego. Sensu. Motywacji. Weny. Chęci do pracy. Chęci do czegokolwiek. Nadziei na zmianę.

Ale to nie znaczy, że planuję jakąś dłuższą przerwę ;) Podobno o braku pomysłów też można pisać.Była taka piosenka, już nie pamiętam czyja, której cały tekst opowiadał o... braku pomysłu na tekst. Niech to więc będzie notka o braku pomysłu na notkę ;) I wcale to nie znaczy, że np. jutro czy pojutrze nie spłynie na mnie wena. Ale na razie nic. Pustka. Biała plama. Czarna dziura.
greeneye 2004-06-19 02:14:12 skomentuj (4)
Problemy z komunikacją
Nie miejską, nie tele- (choć to też), ale międzyludzką. Do niedawna miałam się za wcielenie taktu i delikatności, ale najwyraźniej się myliłam. Ostatnio różne moje wypowiedzi są rozumiane w jakiś dziwny sposób, niezgodny z intencją. Jakbym mówiła w obcym języku. Czasem mi się wydaje, że może lepiej byłoby się w ogóle nie odzywać. Mam tylko cichą nadzieję, że nikogo z Was, których blogi czytam i komentuję, niczym nie uraziłam, np. jakimś nieprzemyślanym komentarzem. Jeśli tak się stało, to wybaczcie i nie miejcie za złe - ostatnio najwyraźniej mam problemy z formułowaniem przekazów, zarówno w mowie, jak i piśmie. A może tylko mi się wydaje... Może problem tkwi w czym innym...

***

Co to za taka powszechna tendencja w kierunku ogólnego doła? Gdzie nie zajrzę, komuś jest źle. Widzę np. wypowiedź: "Czuję się jak życiowy bankrut". U mnie to stan chroniczny. Gdzie indziej: "Beznadzieja mnie zabija". Pod tym też mogłabym się podpisać. Jeszcze inna osoba czuje się niekochana, niepotrzebna i nieważna - to powtarzam średnio 5 razy na dzień i chyba w połowie notek - ja bym do tego jeszcze dodała "niewidzialna i niezauważana". W tym momencie zdałam sobie sprawę, że za taką notkę to ja chyba faktycznie ujrzę gwiazdki przy najbliższej okazji ;) Ale cóż, każdy chyba czasem ma takie napady i mimo usilnych starań, by w końcu znaleźć w sobie trochę optymizmu, są chwile, gdy okazuje się to niemożliwe. A poza tym to już nawet we własnym blogu ponarzekać nie można? ;))))
greeneye 2004-06-20 19:36:25 skomentuj (3)
Poranne refleksje w pracy
Znowu przeczytałam coś, co w znacznym stopniu mogłoby się znaleźć w moim blogu. O kwestii dojrzałości i odpowiedzialnosci za własne życie. Przez wiele lat wydawało mi się, że wszystko zależy od innych, że oni mną kierują, ze każdy może ze mną zrobić co uważa za stosowne, a ja nie mam prawa głosu. Może częściowo przez to chciałam na nich zwalić odpowiedzialność. Może sama unikałam podejmowania dojrzałych, odpowiedzialnych decyzji, by w razie czego móc powiedzieć:"A widzicie, nie wyszło, to przez was". Czekałam na kogoś, kto by mną pokierował, wskazał drogę, pomysł na życie, pokazał mapę, wypisał receptę, może nawet przeżył część życia (tę przykrzejszą część) za mnie. Siedziałam i czekałam, aż zdarzy się coś, co odmieni moje życie. I co tu się dziwić, że mam poczucie zmarnowanego czasu. Że lata 1994-1996, a potem 1999-2001 mogłabym kompletnie wyrzucić z pamięci i nic by się nie stało. Że mam tak mało doświadczeń. Że tak naprawdę nigdzie nie byłam, na niewielu rzeczach się znam. Sprawy, które mnie ominęły, należały do tych, których nie da się doświadczyć bez innych ludzi. A ja żyłam jak na bezludnej wyspie. Wydawałam się sobie tak nieprzystosowana, dziwna i inna, że nie wyobrażałam sobie, że znajdę kogoś, kto by choć trochę do mnie pasował, kto by mnie zrozumiał, kto by o mnie nie pomyślał jak o dziwadle czy wręćz wariatce. Teraz widzę, że w zancznym stopniu sama się na to skazałam, sama nie dałam szansy sobie i wielu osobom, które potencjalnie mogłyby mnie jednak zrozumieć. Sama się na tej bezludnej wyspie umieściłam. Dopiero niedawno zaczęłam n niej wysyłać wiadomości w butelkach - nie tylko wirtualne. Parę trafiło do celu. Szkoda tylko, że tak późno na to wpadłam. A teraz będę nadrabiać za te lata. Dużo pracy przeze mną.
greeneye 2004-06-21 08:47:09 skomentuj (4)
Defragmentacja
Patrząc na defragmentację dysku (tzn. oczywiście nie na sam dysk, tylko graficzne przedstawienie tego procesu), pomyślałam: żeby tak można było zdefragmentować moją psychikę dla poprawy stanu ogólnego...
greeneye 2004-06-22 23:31:23 skomentuj (6)
Zbyt wiele...
Pogmatwanych, natrętnych myśli. Lęku, że różne sprawy nie pójdą w takim kierunku, w jakim bym chciała. Spraw niemal na pewno skazanych na niepowodzenie. Osób, których życie było lub jest doskonale kompletne bez mojej w nim obecności, podczas gdy moje bez ich obecności było lub jest rozpaczliwie niekompletne. Czytania między wierszami i dopatrywania się rzeczy, których nie ma i nigdy nie było. Obiecujących początków pozbawionych dalszego ciągu. Nierealistycznych wyobrażeń, które okazują się nie mieć nic wspólnego z rzeczywistością. Wmawiania sobie wbrew zdrowemu rozsądkowi, że może te wyobrażenia nie były czy też nie są takie całkiem bezpodstawne.Prób zrozumienia rzeczy i osób, których zrozumieć nie jestem w stanie, ale mimo wszystko chyba nigdy nie przestanę próbować.
greeneye 2004-06-24 09:19:17 skomentuj (0)
A może by tak...
... też zniknąć na jakiś czas? Bardzo tu ostatnio depresyjnie, a możliwe, że będzie jeszcze gorzej. Między innymi skutki braku urlopu i braku perspektyw na jego otrzymanie, ale nie tylko.Po co mam zarażać innych swoim nastrojem. Po co pisać o sprawach, o których lepiej nie pisać. Może faktycznie lepiej się nie odzywać, za bardzo nie zaznaczać swojej obecności. Może poczekam na jakiś lepszy czas... Ale ja od nikogo nie ściągam, skądże ;)
greeneye 2004-06-25 00:42:17 skomentuj (7)
Przerwa zawieszona do odwołania
Jedno z praw fizyki mówi, że ciało przyparte do muru nie ma prawa oporu ;) Może i lepiej pisać, co mnie gryzie, niż się wycofywać i zamykać...Chyba że mnie taka deprecha letnio-jesienna dopadnie, że już nic mi nie pomoże... A teraz parę słów o tym, co mnie ostatnio gryzie.

***

Skończył się okres względnej ciszy i spokoju w pracy. Skończyłam układanie testów, przy czym się okazało, że jeden położyłam, bo nie zmieniłam pewnych rzeczy i w rezultacie uczniowie dostali coś, czego nie mieli prawa znać. Była to też w znacznym stopniu wina dyrektora, bo mi nie zaznaczył wszystkich ćwiczeń, które mam przerobić, a nie chciałam nic robić samowolnie, w myśl wskazania "Bez konsultacji ze mną to wy tu nie macie prawa nawet kartki podnieść". I może przez to nawet mi się nie oberwało. A teraz "awansowałam" na osobę do wszystkiego, na zasadzie "przynieś-podaj-pozamiataj". Na podejście współpracowniczek nie mogę narzekać, są jak najbardziej w porządku, ale dyrekcja znowu zaczyna: "Ale proszę to teraz zostawić, bo tu jest ważniejsza rzecz do roboty", a po 10 minutach pada pytanie, dlaczego to, czym zajmowałam się wcześniej, jest jeszcze nie zrobione. Stwierdzam, że aktualnie najbardziej wytrąca mnie z równowagi chaos, brak logiki i sprzeczne komunikaty. Poza tym zmienili mi godziny pracy na idiotyczne: 12-20. Ani gdzieś pójść, ani coś załatwić... Jak znam życie, wszelkie postanowienia, że wcześniej wstanę i gdzieś pójdę przed pracą, z pewnością skończą się niepowodzeniem. Zostają tylko soboty. A o urlopie nie ma co marzyć. Nawet boję się zapytać. Kolega, któremu właśnie urodziła się córka i chciał wziąć parę dni wolnego, usłyszał"Ale proszę pana, my tu teraz mamy żniwa!" (chodziło o "gorący okres" egzaminacyjno-rekrutacyjny). No tak, można mieć głowę do wymyślnych przenośni, ale za grosz ludzkiego podejścia. Dostał trochę wolnego, ale z zastrzeżeniem, że będzie pod telefonem gotów do pomocy. Znowu coś, czego nie rozumiem i nawet nie ma sensu próbować zrozumieć.

***

Ciągle ostatnio zastanawiam się nad sobą i dochodzę do różnych, niezbyt optymistycznie nastrajających mnie wniosków. Na przykład zauważam pewien obsesyjnie powtarzający się schemat, z którego nie umiem się wyzwolić. Zdarza mi się czasem pomylić zwykłą sympatię, życzliwość, wdzięczność czy współczucie z autentycznym zainteresowaniem moją osobą - a nawet wyobrażam sobie, że ktoś się mną zafascynował, tworzę niestworzone scenariusze wydarzeń i domyślam się nie wiadomo czego. Często, chyba z czystej wdzięczności za dostrzeżenie mnie, dowartościowanie i sprawienie, że czuję się w jakiś sposób istotna i godna uwagi, ja zaczynam się kimś takim fascynować, a nawet potrafię się co nieco w nim zadurzyć. A potem... niezmiennie okazuje się, że moje wyobrażenia były bezpodstawne, a moje wcześniej podbudowane poczucie własnej wartości zostaje zrujnowane. Między innymi dlatego nie bardzo można ze mną flirtować, bo biorę to śmiertelnie poważnie. I jak tu odróżnić powierzchowną przychylność, uprzejmość czy wyrzuty sumienia od głębszej sympatii czy wręcz uczucia? I dlaczego w przypadku niektórych osób nie mam problemów z odróżnieniem tych spraw od czegoś głębszego, a u innych sytuacja wygląda jak powyżej?
greeneye 2004-06-25 22:55:00 skomentuj (8)
Ogólna niemoc
Nie rozumiem, co mi się dzisiaj stało. Moja zwykła pora chodzenia spać to 2-3 w nocy. Tymczasem wczoraj położyłam się na moment ( w założeniu na moment) na tapczanie z książką ok. godz. 23 i.... obudziłam się następnego dnia ok. 4.30. Wstałam tylko na 5 minut, by wyciagnąć pościel i ... spałam do dziewiątej. Tak wcześnie zasnąć i tyle spać nie zdarzyło mi się chyba od czasów podstawówki. Coraz częściej nie chce mi się wstawać w ogóle. Jak by było miło przespać wszelkie aktualne problemy i obudzić się np. za miesiąc czy dwa, już nie pamiętając o różnych sytuacjach i osobach, które mnie rozczarowały. No tak, a praca sama się znajdzie i magisterka sama napisze ;) Ech... Na szczęście w końcu zdobyłam się na to, by zapytać o urlop. I nikt mnie nie pobił, nie znieważył ani nie wyzwał od darmozjadów. Mają się dogadać co do terminu i powiedzieć mi jutro. Jak znam życie, powiedzą pewnie nie jutro, tylko w przyszłym tygodniu. Obawiam się też, że usłyszę „Nie wcześniej niż we wrześniu”. No cóż, w takim wypadku będę żyć myślą o wrześniu i wspomnieniami studiów dziennych, kiedy cały wrzesień miałam dla siebie.

***

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że tak naprawdę nic nie umiem. Mam tu na myśli coś, czym mogłabym zrobić wrażenie na ewentualnym pracodawcy, ale nie tylko. Także coś dla własnej satysfakcji, żebym mogła nawet samej sobie przyznać, że jestem w czymś dobra. Co z tego, że mój poziom angielskiego jest dość zaawansowany, co z tego, że właściwie nie robię błędów gramatycznych czy w pisowni. Tymczasem nie poradziłabym sobie w zwykłej rozmowie w tym języku (co prawda nie zawsze radzę sobie w zwykłej rozmowie nawet po polsku, zależy o czym i zależy z kim). Uczyć tego języka też nie potrafię - to zostało wielokrotnie stwierdzone i udowodnione. No i nie mam co wpisać w moim nieszczęsnym CV poza trzema nieudanymi próbami pracy nauczycielskiej w trzech różnych miejscach oraz dorywczymi zleceniami na tłumaczenia - tu na szczęście szło lepiej. Pustka i nędza. Z czym do ludzi?

Jeśli natomiast chodzi o sprawy pozazawodowe, też nie widzę nic, czym mogłabym sobie poprawić samopoczucie. Kiedyś myślałam o pisaniu czegoś. Gdy byłam uczennicą podstawówki, moje próby literackie były nawet nieźle odbierane, ale w tym wieku sztuką było sformułowanie sensownego, logicznego tekstu bez błędów ortograficznych i gramatycznych - potem, niestety, wymagania wzrosły. Jako dziecko i młodsza nastolatka zajmowałam się również malowaniem i rysowaniem – nawet myślałam kiedyś, by zdawać do liceum plastycznego. Względy praktyczne przeważyły – duża konkurencja, a co będzie, jak się potem nie dostanę na studia, poza tym fatalne warunki nauki, brak sal i zajęcia na zmiany... Zdecydowałam się na ogólniak, w którym dobitnie wykazano mi, że w pewnych dziedzinach jestem wręcz głąbem i po którym nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić. Z angielskiego szło mi nieźle, więc pomyślałam: ”A może anglistyka?” – na zasadzie „Gdzieś się zaczepić, a potem się zobaczy”. No i się zobaczyło. Tak to bywa, gdy człowiekowi w dzieciństwie i wczesnej młodości wydaje się, że jest taki superzdolny i intelekt mu wszystko załatwi, że woda sodowa do głowy uderza. Jest dobrze, dopóki wszystko przychodzi samo z siebie, bez żadnego wysiłku – ale gdy w grę zaczyna wchodzić systematyczna praca, zaczynają się schody.

Przez to wszystko czuję przymus, by się za siebie zabrać, nauczyć się jakiejś nowej dziedziny. Uczyć się drugiego języka obcego, po zdobyciu magisterki zapisać na jakiś kurs czy podyplomówkę, więcej czytać. I nie zaprzątać sobie głowy mrzonkami o sprawach nie dla mnie i osobach, którym na mnie nie zależy, oraz nieustannym spekulowaniem, co by było gdyby. Zupełnie jak w angielskich okresach warunkowych: „If I had been wiser years ago, maybe now I’d be happy and fulfilled. But I was foolish and immature, so now I do this lousy job and I feel worthless!”





greeneye 2004-06-30 21:40:14 skomentuj (4)