|
|
środa, 28 czerwca 2006
o zaufaniu w internecie
Niedawno gdzieś napisałam, że w znajomościach z ludźmi zwracam uwagę głównie na przekaz słowny i na nim opieram swoje zaufanie do nich, gdyż czynniki pozasłowne są dla mnie zbyt nieuchwytne. Ale potem zastanowilam się i doszłam do wniosku, że chodzi co innego. Słowo „nieuchwytne” jest tu niewłaściwe, bo to sugeruje, że są mało istotne – a są bardzo istotne. Problem tkwi w czym innym – w braku tych czynników w znajomościach opierających się głównie lub wyłącznie na internecie. Internet, jak już wielokrotnie stwierdzałam, odgrywa w moim życiu bardzo ważną rolę – mało tego, jest on dla mnie głównym źródłem znajomości i kontaktów z ludźmi. I nie chodzi tu tylko o nieśmiałość i że czesto łatwiej mi do kogoś napisać niż powiedzieć coś bezpośrednio. Podoba mi się to, że nie jestem, jak niegdyś, skazana tylko na osoby w najbliższym otoczeniu, często przypadkowe i mające ze mną niewiele wspólnego. Mogę świadomie szukać ludzi o podobnych zainteresowaniach, spostrzeżeniach i poglądach – a także o odmiennych, ale ciekawych. Mogę poznawać interesujące osoby, o których istnieniu mogłabym się nigdy nie dowiedzieć w inny sposób. No właśnie... Ale tu pojawia się problem. W internecie można napisać dosłownie wszystko. Można, będąc 70-letnią babcią, podać się za 20-letniego studenta. Można na użytek czytelników stworzyć totalną fikcję literacką ze sobą w roli głównej. Sprzedać ludziom każdą bajeczkę i na pewno część ją kupi. Bo w końcu jak mają sprawdzić, ze nasza willa z basenem jest w rzeczywistości kawalerką w wieżowcu, a ta ostatnia wycieczka zagraniczna to był w rzeczywistości wyjazd do cioci do Pcimia Dolnego? ;) Przecież widzą tylko literki. Literki nie mają twarzy, wieku, płci itp. A nawet jeśli kogoś już poznaliśmy i wiemy, że jest tym, za kogo się podaje, to kontakt z tym kimś też jest siłą rzeczy ograniczony -chyba że np. trafiliśmy na kogoś z tego samego miasta, do kogo możemy przejść parę przecznic dalej ewentualnie podjechać kawałek autobusem. Natomiast jeśli nasz rozmówca czy korespondent znajduje się w odległości wielu kilometrów, nie mamy szansy rozpoznać, w jakim aktualnie jest nastroju i co o nas myśli, jeśli nie przekaże tego czarno na białym, jednoznacznie dobierając słowa. I dlatego zaufanie wobec znajomych całkowicie bądź głownie internetowych może się opierać wyłącznie na ich słowach – z braku innych środków przekazu. I dlatego, jeśli ktokolwiek z Was, czytających tego bloga, których znam w 90% czy nawet w 100% z internetu, zapyta mnie, dlaczego tak się przejmuję Waszymi słowami, podczas gdy powinno liczyć się to, co poza nimi, odpowiem – a skąd mam wziąć to wszystko spoza słów? :) Nie widzę Was. Nie wiem, czy pisząc coś do mnie jesteście wściekli, czy się uśmiechacie. To, czy Wasza wypowiedź jest konkretnym zarzutem, czy żartem, mogę wnioskować jedynie z doboru słów. Widzę tylko te nieme literki, które nic mi nie podpowiedzą, jeśli nie ułożą się w całkowicie jednoznaczny przekaz. Możecie mi wcisnąć każdy kit, a ja go łyknę. Pozostaje mi tylko ufać, że tego nie zrobicie.
piątek, 23 czerwca 2006
dlaczego nikt mi tego nie powiedział?
... pomyślałam po ostatnim spotkaniu na terapii. A potem sobie przypomniałam, że przecież mówili - tylko ja nie brałam tego pod uwagę... No tak, ale gdy mówi mi to mama, przerywając mi w połowie kwestii poirytowanym tonem, to odbieram, że jest przewrażliwiona i że nie liczy się przekaz mojej wypowiedzi. Gdy mówi to jakaś paskudna baba w autobusie, to nie tylko nie stosuję się do jej uwag, ale wręcz mam ochotę zrobić jej na złość. Dopiero musiał to powiedzieć ktoś bezstronny, spokojnie i bez irytacji, żeby do mnie trafiło - a co najważniejsze, powiedział też, CO mogę z tym zrobić (a niezmiennie drażnią mnie sytuacje, gdy ludzie zwracają mi uwagę, wytykają, co im się we mnie nie podoba, natomiast nie mówią, jak mogłabym rozwiązać dany problem lub co woleliby u mnie widzieć zamiast). Chodzi po prostu o to, że .... za głośno i za szybko mówię. I wiem dokładnie, skąd mi się takie mowienie wzięło. Kiedyś mówiłam o wiele za cicho. Potem poszłam do pracy, gdzie byłam zmuszona mówić do dużych grup ludzi - i stwierdziłam, że nie jestem w stanie przebić się przez gwar panujący w klasie i że nikt mnie nie słucha. Musiałam się więc nauczyć nienaturalnie natężać głos - a po pracy przeważnie zapominałam się ściszyć i tak samo mówiłam do rodziny czy znajomych, co zostało mi do tej pory... Poza tym, rozmawiając z własnym ojcem, który zawsze był tak zaabsorbowany własną kwestią, że nie słuchał ani nie dopuszczał do głosu praktycznie nikogo, również musiałam podnosić głos, by w ogóle do niego coś dotarło - i w rezultacie wyglądało to tak, jakbyśmy na siebie krzyczeli, nawet jeśli rozmowa była całkowicie pokojowa. Gdzieś tam wytworzył mi się mechanizm, ze trzeba krzyczeć, by zostać wysłuchanym. A wcale nie o to chodzi.... Co do tempa, też wiem w czym rzecz. Kiedyś byłam tak potwornie nieśmiała, że wypowiedzenie jakiejkolwiek kwestii publicznie stanowiło dla mnie niewyobrażalny stres. Chciałam więc mieć to jak najszybciej za sobą i przyspieszałam wypowiedź najbardziej jak się dało (często osiągając efekt odwrotny do zamierzonego, bo ludzie mnie nie rozumieli i kazali powtórzyć, przez co byłam narażona na stres dwukrotnie :> ) . Potem nauczyłam się wyraźnie artykułować mimo szybkiej mowy, ale tempo a la karabin maszynowy pozostało. Poza tym nieraz mam wrażenie, że moja mowa nie nadąża za szybkością myślenia - zanim coś powiem, mój umysł zdąży sobie gdzieś zawędrować o trzy tematy dalej, a potem się boję, że coś mi umknie i zapomnę. Ciekawe, że sama zawsze bardzo zwracałam uwagę na sposób mówienia innych ludzi. Zawsze bardzo mi się podobało, gdy ktoś miał ładną barwę glosu (nie podobają mi się głosy zbyt wysokie, ostre, i takie jakby za płytkie, jakby mówiący miał zaraz stracić oddech), ale ważna była też modulacja i sposób wyrażania emocji głosem. Przyznam, że mówienie (i co ktoś mówi, i jak to mówi) było też jednym z bardzo istotnych czynników przy chyba wszystkich moich dotychczasowych zadurzeniach i zauroczeniach ;) Muszę wiec sobie przypomnieć ten sposób mówienia, który mnie tak ujął u poznanych osób, i starać się naśladować. Chciałabym, by innym tak samo dobrze się mnie słuchało.... A na koniec taka prośba - skierowana przede wszystkim do tych z Was, którzy kiedykolwiek mnie słyszeli i widzieli. Czy kiedykolwiek zauważyliście u mnie jeszcze coś innego,w moim wyglądzie, zachowaniu, sposobie bycia, stroju, co może nie najlepiej działać na otoczenie, a mogłabym to zmienic bez wielkiego problemu, tylko się nad tym nie zastanawiałam? Może całkiem bezwiednie robię coś, co sprawia, że jestem odbierana gorzej niż mogłabym? Może mam np. jakieś irytujace nawyki, może coś zaniedbuję, czegoś nie dopracowuję, a ludzie mi o tym nie mówią, by mi nie robić przykrości? Zrozumcie mnie dobrze - chodzi mi tu o sprawy, które są całkowicie ode mnie zależne, a jednocześnie nie zwiazane z jakimiś indywidualnymi preferencjami. Nie opinie typu: "Lubię blondynki, więc powinnaś przefarbować się na blond, a w ogóle to szkoda że nie jesteś filigranową kobietką wzrostu metr pięćdziesiąt", bo tu tylko się uśmiechnę :) Natomiast chciałabym się dowiedzieć, co lub brak czego we mnie może źle działać na tak zwany ogół, a czego pozbycie się lub nabycie mogłoby ten ogół przychylnie do mnie nastawić. A tak ścislej, to chodzi mi głównie o przychylne nastawienie ogólu płci męskiej, gdyż przez ogół żeński jestem zwykle odbierana pozytywnie ;) Chciałabym na przykład kiedyś usłyszeć od meżczyzny - jakiegokolwiek, nawet w ogóle nie zaangażowanego uczuciowo - że np. miło się ze mną spędza czas, fajnie wyglądam czy jestem niezła laska ;) I nie chciałabym w tym celu specjalnie pod kątem czyichś upodobań przefarbować się na blond :) Chodzi mi o to, bym ja, jako ja, będąca sobą, a nie przerobiona by się komuś spodobać, wzbudzała aprobatę i zainteresowanie, a nie odstraszała czymś, o czym sama nie wiem. Szczególnie mile widziane są tu nie tylko sugestie zmian, ale też i metody ich osiągnięcia. Bo jeśli ktoś mi napisze (a już widzę takie komentarze), że powinnam samą siebie zaakceptować, by akceptowali mnie inni, powinien liczyć się z tym, że zacznę zadawać niewygodne pytania o konkrety ;)
czwartek, 22 czerwca 2006
obrażam się na panel sterowania :/
Dwie godziny pisałam notkę. Niemal dokładnie dwie. Nie skopiowałam, bo się przyzwyczaiłam, że blox nie wyczynia takich numerów, jak inny serwis blogowy, z którego wcześniej korzystałam, i nie wylogowuje samoczynnie po dłuższym czasie edycji. A tymczasem .... serwis bloxowy najwyraźniej zaraził się od tamtego złośliwą ambą notkożerną (amba fatima, wcięło i ni ma), gdyż po kliknięciu "publikuj" zostałam przekierowana na stronę główną bloga, a notki... ani widu, ani słychu. Nigdzie w panelu jej nie ma. O żeż (piiiip - cenzura)!!! A teraz nie sądzę, by chciało mi się to znowu pisać. A jak nie napiszę, to zapewne zapomnę. I tak straciliście niepowtarzalną okazję przeczytania kolejnej arcyciekawej notki mojego autorstwa :> Bo teraz strzelam focha i obrażam się na panel sterowania tudzież na swojego kompa. A co :>
wtorek, 20 czerwca 2006
o NICZYM czyli swobodna trawestacja piosenki nie pamiętam czyjej
Włączyłam. Uruchomiłam. Napisałam. Zapisałam. Wydrukowałam. Poszłam. Przeegzaminowałam. Przeczytałam. Sprawdziłam. I się za-ła-ma-łam. Daję słowo, ze jeśli w teście egzaminacyjnym z angielskiego na poziom przynajmniej z nazwy średniozaawansowany ktoś znowu pojedyńczą kobietę czy pojedyńczego mężczyznę rozmnoży przez przestawienie literki (man-men, woman-women), jeśli z apetytem godnym czegoś znacznie smaczniejszego będzie uparcie zjadał przedimki, które winny się pojawić w miejscach gramatycznie oczywistych i jeśli będzie notorycznie mylił kucharza z kuchenką i gotowaniem wypisując, że nienawidzi kucharza i najlepiej zatrudnić kuchenkę, to... słownikiem poszczuję. Jeszcze się tylko zastanawiam, czy Collinsem, czy OALD, czy Wordpowerem ;)
No a teraz... Będę robić NIC. NIC będę robić. O taaaak :)
niedziela, 18 czerwca 2006
bilans półroczny
Na samym początku bieżącego roku napisałam notkę, w której zawarłam parę rzeczy, których chciałabym w tymże roku dokonać. Zdecydowanie odżegnywałam się od nazwania ich postanowieniami noworocznymi czy planami. Z doświadczenia wiem, że postanowienia są po to, by ich nie dotrzymywać. Co do planów, to jest takie powiedzonko "If you want to give God a laugh, tell him your plans " :) - dodałabym tu jeszcze od siebie "Call something a plan and it's bound to fail" ... Tak więc dość ostrożnie i asekurancko nazwałam to jedynie przymiarką. Od tego czasu minęło ponad pół roku. Zobaczmy, co z tej przymiarki wyszło... 1. Pierwsze i najważniejsze - znaleźć odpowiednie mieszkanie i urządzić się w nim. Znalezione. Natomiast urządzanie potrwa jeszcze bardzo długo. Postanowiłam sobie, że z każdej wypłaty postaram się kupić coś do mieszkania, choćby drobiazg. Widzę jednak, że zanim to będzie wyglądało tak jak chcę, wiele jeszcze wypłat przede mną :) Zobaczmy: powiesić zasłonki choćby w jednym pokoju (w drugim są żaluzje), wywalić meblościankę, zamiast niej zakupić jakieś bardzo proste półki i szafę na ciuchy, dokupić stół, zerwać tapety, przemalować ściany... stop, bo dojdę do wniosku, że przez trzy lata tego nie zrobię :>
2. Pójść na terapię DDA. Zrobione, a raczej robione konsekwentnie co tydzień, choć rozmowy na pewne tematy za wiele mnie kosztują i zastanawiam się, czy nie poprosić, byśmy jednak o tym nie rozmawiali.
3. Czytać co miesiąc minimum trzy NOWE, nieznane mi jeszcze książki, w tym w miarę możliwości coś po angielsku; w ogóle więcej używać angielskiego na poziomie zaawansowanym, bo inaczej utknę na średniozaawansowanym słownictwie i gramatyce, jakimi operuję w pracy. Oj, nie bardzo to idzie. Od dwóch czy trzech tygodni męczę tę samą anglojęzyczną powieść - jakoś nie mogę się skoncentrować. A zaawansowanego angielskiego używam jedynie przy okazji tłumaczeń streszczeń prac magisterskich i licencjackich :) Nie wiem, kto wpadł na pomysł, że każda praca musi mieć anglojęzyczne streszczenie, ale nie wnikam - ważne, że na tym korzystam :)
4. Nauczyć się lepiej gospodarować pieniędzmi, by mieć ich więcej dla siebie i móc cokolwiek odłożyć: - zmniejszyć kwoty, jakie wydaję na rachunki; ponieważ najwięcej zżera neostrada, po przeprowadzce poszukać jakiejś tańszej opcji, może np. kablówka, - znaleźć sposób na dorobienie - więcej korepetycji, tłumaczenia. Kwoty zmniejszyłam. Kasożercy w postaci Neostrady ze starą niekorzystną umową również się pozbyłam. Dorabiam między innymi w sposób opisany w punkcie 3, kosztem biednych studentów ;) Niby więc mam więcej na własne wydatki. Ale niestety, apetyt rośnie w miarę jedzenia i nadal mi przeważnie nie starcza od wypłaty do wypłaty... :/ 5. Wyjechać gdzieś w czasie tegorocznego urlopu. Wcześniej na ten wyjazd odłożyć (patrz punkt 4).
Gdzieś by się pojechało. Coś nowego by się zobaczyło. I myślałam o jakichś rejonach, których kompletnie nie znam, choćby Polsce południowej (byłam tylko w Katowicach). Ale gdy pomyślę, że miałabym sama błądzić po obcych miejscach i nawet nie mieć z kim słowa zamienić, to cały entuzjazm mi opada... 6. Kombinować coś z inną pracą - ale uważać, by się nie wpakować na zasadzie "zamienił stryjek siekierkę na kijek". Przejście rozmowy kwalifikacyjnej nie jest takie straszne, bo już w paru miejscach chcieli mnie zatrudnić, ale wszystko rozbija się potem o oferowane warunki zatrudnienia, które jak dotąd zawsze okazywały się gorsze niż to, co mam obecnie - jakieś dziwne formy umowy bez różnych świadczeń i praw, okresy próbne bez gwarancji dalszego zatrudnienia, konieczność rejestrowania działalności gospodarczej...
Tu przyznaję się bez bicia - nawet nie ruszyłam tematu. Nie miałam czasu, siły, ochoty, zawsze były inne sprawy... Poza tym uważam, że nie można w swoim życiu wprowadzać zbyt wielu rewolucji naraz, bo potem tego wszystkiego nie ogarniemy. Trzeba najpierw zrobić jeden krok, wprowadzić jedną zmianę, potem się do niej stopniowo przyzwyczajać, ugruntować w tym wszystkim - i dopiero potem można myśleć o kolejnych, i kolejnych... 7. Dla poprawy samopoczucia zmienić coś w swoim tak zwanym image'u. Najbardziej widoczna byłaby zmiana fryzury, ale z moją obecną wiele zrobić się nie da ( a całkiem na krótko się nie obetnę). Więc może dla odmiany zacznę zapuszczać długie bądź przynajmniej półdługie włosy. Dwa i pół roku temu miałam włosy do połowy pleców i ponoć było mi z tym nieźle...
No tak. W tym temacie coś się zaczęło dziać mniej więcej równolegle z przeprowadzką, gdzy otoczenie naraz zaczęło zauważać nie tylko moje kompetencje intelektualne, ale także tak zwane zewnętrze, zaczynając komplementować moje ciuchy, fryzurę czy perfumy. Ale teraz zauważam, że to, co wówczas zmieniłam ... znowu mi jakoś spowszedniało. Czas na kolejną zmianę? Tylko nie mam pojęcia, jaką. No i nie tak dawno miałam pewien kryzys w zakresie własnego poczucia atrakcyjności i sensu dbania o siebie :) Mianowicie był to dzień, gdy właśnie miałam taki zryw, że postanowiłam być szczególnie atrakcyjna i kobieca. Sukienka, pantofelki, kompletny makijaż, perfumy, paznokcie w odcieniu ciemnowiśniowym - i wyszłam na ulicę, dość z siebie zadowolona. Zadowolenie owo jednak oklapło po paru metrach, jakby je ktoś szpilką przekłuł. Zobaczyłam bowiem jakąś zaniedbaną niunię z przetłuszczonymi włosami, twarzą nijaką - powiedziałabym wręcz pospolitą, bez śladu makijażu, z obciętymi (a może ogryzionymi) do skóry paznokciami, z cera jeszcze gorszą niż moja (a niestety, mimo że 27 latek na karku, cerę mam jak nastolatka - w negatywnym sensie), odzianą w spraną koszulkę i powyciągane sztruksy - a tuż koło niej całkiem możliwego faceta, wgapionego w nią z cielęcym zachwytem... Miałam w tym momencie ochotę strzelić focha, obrócić się na pięcie, wrócić do mieszkania, zmyć makijaż, zerwać z siebie sukienkę i pantofle, wbić się w jakieś stare łachy, zasiąść na kanapie i zacząć użalać się nad sobą, jaka muszę być potwornie nieatrakcyjna, skoro ona ma większe powodzenie niż ja, a potem opisać to na blogu :> Jednocześnie już widziałam komentarze do tej potencjalnej notki - że nie liczy się wygląd tylko charakter, że de gustibus .... i coś tam dalej ;) , i że owa niunia zapewne posiada jakieś nieznane mnie i innym osobom postronnym przymioty ducha, i to one powodowały ten cielęcy zachwyt u Całkiem Możliwego Faceta, pozwalając mu nie dostrzegać tłustych wlosów, pryszczy i obgryzionych paznokci. No dobra - spierałam się w myślach z wyimaginowanymi komentarzami - skoro wyłacznie chodzi o przymioty ducha, to po co mi to wszystko? Po co mi kosmetyki, ciuchy i inne fidrygałki? Po co marnuję na to czas zamiast np. dłużej rano pospać? Przecież jeśli jestem przeznaczona komuś, kto ma odkryć zalety mego ducha, to zrobi to tak czy inaczej. Jeśli ma mnie odnaleźć książę z bajki, to mogę być nawet usmolonym Kopciuszkiem ;) OK, to w takim razie od dziś się zapuszczam w ramach eksperymentu. Konsekwentnie i metodycznie. Przestaję się malować. Obcinam paznokcie na krótko. Włosy myję najwyżej raz na trzy-cztery dni. W dziedzinie obuwia przerzucam się wyłącznie na trampki i glany. Wyciągam z szafy najstarsze, najbardziej sprane i powyciągane rzeczy... Żartowałam ;) 8.Częściej spotykać się ze znajomymi. O ile się da, z wirtualnymi znajomymi częsciej widywać się w realu. Kojarzyć się ludziom z żywą osobą, a nie z literkami na monitorze - i samej patrzeć na nich jak na żywe osoby.
I tu klęska. Klapa. Fiasko. Nic się nie udało. Pocieszam się jedynie, że rok się jeszcze nie skończył :) 9. Przestać na siłę pragnąć rzeczy, które mi nie wychodzą i im bardziej ich chcę, tym bardziej ich nie mam - a zwłaszcza odpuścić sobie obsesyjne myśli o partnerstwie i związkach:"bo ja mam już ponad 26 lat i nigdy nic mi nie wyszło... :( ". A może, jak na ironię, gdy przestanę pragnąć, to te wszystkie rzeczy same się pojawią? Tyle że co mi po czymś, czego już nie będę pragnęła? :]
Tu chyba pewien postęp jest. Przynajmniej w jakimś stopniu w dziedzinie myslenia o partnerstwie, choć całkowicie się tych myśli nie wyzbyłam - patrz komentarz do punktu 7 ;) Ale tak czy inaczej, poszłam na terapię i jako cel sformułowałam pragnienie pozbycia się tego detektora osób niedostępnych, nie grożących związkami. Natomiast tak poza terapią, pragnienia partnerstwa w tym momencie nie mam. Może to pewien przesyt samym tym tematem, może obawa, że znowu coś mimo wszystko nie wyjdzie, może świadomość, że czuję się dobrze, jestem zrównoważona i potrafię się cieszyć życiem tylko wtedy, gdy akurat nie jestem w nikim zakochana... Od dłuższego czasu nie jestem i nawet mi z tym nieźle. Nie chciałabym tracić tego stanu. Przynajmniej do czasu, gdy wejdę (o ile wejdę) na taki etap, że zakochanie będzie kojarzyło mi się ze szczęściem, a nie samoudręczeniem...
środa, 14 czerwca 2006
nie pojmuję
Bo i dzieją się jakieś niepojęte rzeczy. Wokół mnie - na minus, we mnie - na plus. Najpierw o tym, co wokół. Niestety widzę, że nieciekawa tendencja zaobserwowana przeze mnie w poprzedniej notce nadal się utrzymuje. Człowiek człowiekowi wilkiem i podgryza go gdzie może. A najciekawsze jest to, że tak wiele zupełnie obcych, nie wiedzących o sobie osób postępuje według identycznych schematów, jakby się umówiły. Schematy wyróżniam z grubsza trzy: 1) Nieważne, kto ma tak naprawdę rację, ważne, by zachować pozory, a wszelki niewygodny element bezwzględnie wyeliminować dla przykładu dla innych niepokornych, którzy mogliby chcieć iść w jego ślady. Niedawno w firmie X w mieście Y zwolniono z pracy dziewczynę, moją znajomą. Chciała się domagać własnych uczciwie zarobionych pieniędzy, bo przez dwa miesiące nie dostawała wypłaty. Była zdesperowana, więc wkroczyła na drogę prawną. Usłyszała, że od września kończą z nią współpracę, bo "rozumiemy, że pani potrzebuje pieniędzy, ale TAKIEJ POSTAWY nie będziemy tolerować". 2) "Wszyscy ludzie są źli, knują, spiskują i są przeciwko nam, każdy próbuje nas oszukać i nie wolno nikomu ufać" Gdy czasem czytam, jakie niektórzy tworzą sobie spiskowe teorie na blogach czy forach, albo jakim cudzym insynuacjom dają wiarę, to oczy mam jak spodeczki.... Jest parę blogów, których nie mam w linkach, ale czasem do nich zaglądam. Niedawno na jednym z nich przeczytałam taką notkę i taką dyskusję w komentarzach, że mnie po prostu wryło w fotel. Sprawa obchodziła mnie o tyle, że autorka pisała o swojej znajomej, której bloga śledzę regularnie i z zainteresowaniem, i nieraz jej współczułam, że tyle nieszczęść naraz na nią spadło. A tu naraz pojawiła się sugestia, czy nawet otwarty zarzut, że to wszystko jest oszustwo, żerowanie na cudzych uczuciach, i że ci wszyscy, którzy rzeczoną znajomą wspierali na różnych zakrętach życiowych zostali najzwyczajniej w świecie, jak to się mówi, wkręceni. Nie znam żadnej ze stron konfliktu, jednakże dyskusję śledziłam z napięciem, gdyż chodziło tu w jakimś sensie o moją wiarę w ludzi. Wygląda na to, że jednak nie zostanie ona zachwiana przynajmniej w tym przypadku, natomiast autorzy teorii spiskowych powinni się opamiętać, zanim zamienią sobie i innym życie w piekło nieustannym podejrzewaniem innych o niestworzone rzeczy i wyszukiwaniem wszędzie urojonych wrogów. 3)Coś, co obserwuję przy okazji wszelkich konfliktów, szczególnie ostatnio, choć i wcześniej nieraz zauważyłam. Mianowicie - rozumiem, gdy obie strony wytaczają przeciw sobie argumenty, które, nawet jeśli czasem nieprzyjemne, są merytoryczne i wnoszą coś nowego do dyskusji. Natomiast ciekawi mnie, skąd się biorą te wszystkie paskudne weszki, te wszystkie małe gnidy, które takie sytuacje zdają się w jakiś chorobliwy sposób rajcować i które stoją z boku, zacierając ręce, dogadując i dolewając oliwy do ognia: "Dołóż jej, dołóż! I jeszcze mocniej, niech zaboli, niech dotknie do żywego! A w ogóle to ... " - tu gnida zniża głos do konspiracyjnego szeptu - "... słyszeliście, co ona wyprawiała w Acapulco w latach sześćdziesiątych? Trzeba było wam to widzieć, to by was przekonało, że nie można wierzyć ani jednemu jej słowu. A tak w ogóle, to ciotka jej praprapraprababci źle się prowadziła, chcecie z taką poważnie dyskutować? O, ale jej dała! I z buta jej, i z buta!" Z buta to ja mam ochotę dołożyć takiemu komuś, i to nie wirtualnie, a w realu. Ale swoją drogą szkoda buta, mógłby się pobrudzić... I w końcu dochodzę do tego, czego nie rozumiem u siebie. Widzę dziwną zmianę w swoich reakcjach. I na tego typu sytuacje, i w ogóle. Najpierw pierwszy szok, skok adrenaliny, ale potem... wszystko odchodzi, szybciej niż kiedykolwiek. Kiedyś siedziałam w tym wszystkim i pozwalałam, by drążyło mnie od środka. A teraz przez chwilę jestem wewnątrz, ale zaraz potem gdzieś ponad lub obok. Tak jakby te wszystkie sprawy spływały po mnie, przepływały koło mnie, ale nie wpływały we mnie - albo przynajmniej nie zostawały we mnie na dłużej. Coraz częściej potrafię się zdobyć na spokój i opanowanie, którego do tej pory nie znałam. Zadziwia mnie, że z takim właśnie spokojem potrafię czasem przyjąć np. różne zaskakujące informacje, które jeszcze rok czy dwa lata temu przyprawiłyby mnie chyba o zawał na miejscu albo co najmniej atak spazmów, a potem kilkutygodniowego doła-giganta całkowicie wyłączającego mnie z normalnego życia. A teraz? Może parę minut szoku, brak jakiejkowiek zauważalnej dla otoczenia reakcji, i jedziemy dalej, nic takiego się nie stało. Są sprawy, których świadomość kiedyś spowodowałaby zawalenie się mojego świata, lub przynajmniej znacznej jego części. Teraz świat stoi jak stał, a życie toczy się dalej swym torem. Przyznaję, trochę coś uwiera, a całkowite przyzwyczajenie się do pewnych myśli i zupełnie nowych stanów rzeczy może nieco potrwać - ale sądzę, że się przyzwyczaję. Jakoś ostatnio łatwiej potrafię sobie wytłumaczyć, że coś po prostu być musiało, a czego innego być nie miało... Nie wiem, może mnie to jeszcze kiedyś dopadnie w momencie chandry i złości na życie jako takie - a może wcale nie.... Coraz częściej jestem skłonna sądzić, że właściwie wszystko jest możliwe. A może ja .... normalnieję? ;)
niedziela, 11 czerwca 2006
ale wkoło jest wesoło czyli w oparach absurdu
Nie wiem, czy to kwestia nagłej zmiany pogody, czy też ogólnego rozczarowania spekatakularną porażką polskiej drużyny w piłce kopanej - nawiasem mówiąc nie śledzę, gdyż jak napisałam na jednym z Waszych blogów, nie widzę nic ekscytującego w oglądaniu, jak grupa facetów ugania się za napompowanym kawałkiem skóry ;) - ale ludzie ogólnie ostatnio chodzą jacyś podminowani, czepiają się głupot oraz nader często uciekają się do czegoś, co zwie się argumentum ad personam. Najpierw koleżanka w pracy wsiadła na mnie niewspółmiernie do przewinienia, używając po raz kolejny w ciągu paru dni opryskliwego tonu, jakiego nie mam zamiaru tolerować u nikogo. Za pierwszym razem udałam, że nie słyszę, teraz nie mam zamiaru udawać - albo wręcz przeciwnie, będę udawała, że nie słyszę niczego, co koleżanka do mnie mówi, niezależnie od tonu - jeszcze się zastanowię :> W każdym razie nie jestem kilkuletnią dziewczynką, na którą można nakrzyczeć, dać klapsa i postawić do kąta. Potem z kolei dowiedziałam się o sobie bardzo ciekawej rzeczy, której z logicznego punktu widzenia zrobić nie mogłam, choćby dlatego, że nie można czegoś napisać w miejscu, które nie istnieje i nigdy nie istniało :] - ale to, mam nadzieję, już wyjaśnione. A co do argumentum ad personam, to wspomniany nieuczciwy chwyt stał się ulubioną bronią uczestników różnych naparzanek internetowych, w które się wmieszałam, kierowana poczuciem sprawiedliwości. Najpierw się oburzałam i ekscytowałam, a teraz patrzę na to z boku i śmiać mi się chce. Niezła komedia... A dla naparzających się i marynujących we własnym sosie miłośników argumentum ad personam specjalna dedykacja - utwór, z którego zaczerpnęłam część tytułu tej notki. "Ale wkoło jest wesoło, człowiek w pracy, małpa w Zoo, Puste pole za stodołą chłop zaprawia, ale jazz! Jak naprawdę jest - nikt nie wie, kornik ryje dziurę w drzewie, Elektronik w radiu grzebie, a chłop pije - ale jazz!
Z kim nie wolno pić, z kim gadać, co we środy można jadać, O kim milczeć, o kim pisać, kogo skarcić za Hołdysa?
Ale wkoło jest wesoło... itd.
Kto jest winien, kto nie winien, kto na serce paść powinien, Kto za utwór zaś niniejszy zespół nasz uczyni mniejszym?
Ale wkoło jest wesoło.... itd. "
środa, 07 czerwca 2006
tego nie robi się kotu... ani ludziom
Pamiętam, że od zawsze był, po pierwsze, bibliofilem, po drugie, kociarzem. Jako małe dziecko z jakiegoś nieznanego powodu się go bałam - czy to kwestia wyglądu (w wieku lat kilku miałam słabość do osób zdecydowanie ładnych, natomiast na te niespecjalnie obdarzone urodą przez naturę potrafiłam reagować irracjonalnym lękiem, wręcz ucieczką, przez co moim rodzicom było nieraz głupio w towarzystwie, gdy ich córeczka ni stąd ni zowąd chowała się przed kimś pod stół czy zapowiadała kategorycznie, że nie wyjdzie z pokoju, by się przywitać), czy przenikliwego, badawczego spojrzenia, czy też może mnie czymś postraszył, gdy się nie słuchałam dorosłych - nie pamiętam... Dość, że ta irracjonalna obawa była przedmiotem kpin i żartów rodziny bliższej i dalszej. Jeszcze wiele lat później robiono mi na ten temat przytyki i na niejednym spotkaniu rodzinnym opowiadano anegdoty o tym, jak to Magda bała się wujka... Nieco później, gdy miałam lat bodajże sześć i już zdążyłam opanować biegle sztukę czytania - mało tego, stałam się wręcz molem książkowym - odkryłam niespodziewanie, że ów "straszny wujek" dzieli ze mna tę pasję. No i do tego ma dwa koty... Pomyslałam - człowiek, który lubi książki i koty, nie może być zły. Niechęć ustąpiła miejsca poczuciu porozumienia. Pamiętam też dość specyficzne, ironiczne poczucie humoru. Niemal słyszę, jak mówi na przykład: "Magda, nie drzyj kotów z ciotką. Dobra ciotka nie jest zła, poza tym koty nie lubią, gdy się je drze, prawda koty?" Historia darcia kotów z ciotką datuje się na mniej więcej ostatnie dwa - trzy lata. Kiedyś byłam tą fajną siostrzenicą - bystrą i ciekawą wszystkiego. Potem stałam się tą złą. Zawiodłam jej oczekiwania i do tej pory nie może mi tego wybaczyć. Może problem w tym, że oczekiwania były bardzo wysokie - ciotka dużo wymaga i od siebie, i od innych, a gdy ktoś temu nie sprosta, potrafi być niemiła. No i właśnie znalazłam się wśród tych, którzy ją zawiedli, i to na dwóch płaszczyznach. Był czas, że spadło na mnie jednocześnie kilka spraw chyba trudniejszych niż wszystko, co przeżyłam do tej pory - no i zawaliłam niemal każdą. Jej zdaniem powinnam była sobie z nimi poradzić, bo jestem młoda, mam zdrowy organizm, który szybko się regeneruje, a ona w moim wieku miała na głowie studia, dwie prace, małe dziecko i rozwód z pierwszym mężem - awanturnikiem. Twierdziła, że wyłącznie użalam się nad soba, jestem leniwa, nieodpowiedzialna, niewdzięczna, a do tego zamknięta w sobie, niewrażliwa na innych ludzi, nieczuła i zimna jak kawał lodu. Nie wzięła pod uwagę tego, że gdybym mniej więcej rok temu postapiła tak, jak oczekiwała, wyleciałabym z pracy. Nie mogła uwierzyć, że są inni pracodawcy niż ona... Wszystko to nas podzieliło. Ale... gdy usłyszałam o tym, co się ostatnio stało, poczucie urazy i jakiegoś takiego zacięcia się w sobie minęło mi za jednym zamachem. I nawet jeśli jej nie minęło (znowu powitała mnie chłodno, jedynie skinieniem głowy), to mnie jest jakoś łatwiej. (To prawda, Vincent - łatwiej i lepiej jest lubić ludzi bądź przynajmniej nie żywić do nich urazy, niż nie lubić...) Nie wiem, kiedy przestanie być na mnie obrażona - ale mam nadzieję, że to nastąpi. Jestem w stanie dokładnie sobie wyobrazić co czuje - i nie życzyłabym tego nikomu. Chciałabym ją jakoś wesprzeć psychicznie, coś powiedzieć, mimo że i tak by tego ode mnie nie przyjęła. Widzę ją wyraźnie, jak jadąc do pracy, robi to, co zapowiedziała - zajeżdża na cmentarz, by powiedzieć "cześć, Romek". Jak wyrzuca sobie, że nie uratowała go po raz kolejny, że nie była mądrzejsza od lekarzy, że nie zmusiła ich, by go jednak przyjęli do szpitala (tak jakby mogła coś zrobić...). Jak boi się sama zostać w nagle opustoszałym mieszkaniu, w którym wszystko przypomina jej ostatnie trzydzieści kilka lat. Jego ulubiony fotel, w którym zawsze siedział oglądając telewizję. Setki książek, ktorymi niewielkie mieszkanie zawalone jest po sufit. Ta jedna książka, którą zapewne czytał jako ostatnią, jeszcze założona na stronie, na której skończył, zanim... Ich dwa ulubione koty - malutki, młodziutki syjam, jej prezent urodzinowy dla niego, którym nie zdążył się dłużej nacieszyć, i ogromny maine coon, który chodzi ogłupiały po mieszkaniu, nie mogąc zrozumieć, co się stało z jego panem... Umrzeć - tego nie robi się kotu. Bo co ma począć kot w pustym mieszkaniu. Wdrapywać się na ściany. Ocierać między meblami. Nic niby tu nie zmienione, a jednak pozamieniane. Niby nie przesunięte, a jednak porozsuwane. I wieczorami lampa już nie świeci.
Słychać kroki na schodach, ale to nie te. Ręka, co kładzie rybę na talerzyk, także nie ta, co kładła.
Coś się tu nie zaczyna w swojej zwykłej porze. Coś się tu nie odbywa jak powinno. Ktoś tutaj był i był, a potem nagle zniknął i uporczywie go nie ma.
Do wszystkich szaf sie zajrzało. Przez półki przebiegło. Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło. Nawet złamało zakaz i rozrzuciło papiery. Co więcej jest do zrobienia. Spać i czekać.
Niech no on tylko wróci, niech no sie pokaże. Już on się dowie, że tak z kotem nie można. Będzie się szło w jego stronę jakby się wcale nie chciało, pomalutku, na bardzo obrażonych łapach. I żadnych skoków pisków na początek.
(W. Szymborska)
|