|
Strona
główna
|
1984 Nie
chodzi tu o słynną książkę Orwella ;) Rok 1984 kojarzy mi się z
kolorem szafirowym jak niebo o zmierzchu. Jazdą samochodem o
godzinie, gdy niebo ma taki kolor - do domu, gdzie czeka na mnie
ktoś lub coś, już nie pamiętam... Z siedzeniem przy stole,
wymyślaniem historii i ilustrowaniem ich, podczas gdy obok grało
radio - włączone od rana do nocy, bo mama nałogowo słuchała
Trójki. Ze zdjęciem mnie samej, pięcioletniej dziewczynki,
na tle obłąkanego bałaganu w moim pokoju - na podstawie tego
zdjęcia można bardzo precyzyjnie odtworzyć, jakie miałam wówczas
zabawki. I wreszcie z tym, jak w jakiejś książce dla dzieci
zdefiniowano poczucie bezpieczeństwa - rodzice skądś wracają, a
ja śpię na tylnym siedzeniu samochodu i o nic się nie martwię.
Czyżbym tylko ja miała dobre wspomnienia z lat 80? Kryzys,
kartki, kolejki - mnie nie dotyczyły. To były sprawy dorosłych,
równie wówczas dla mnie odległe, co problemy
Trzeciego Świata. Ja miałam swoje zabawki, wymyślone historie,
skomplikowane rysunki i rodziców, którzy przed
wszystkim ochronili i wszędzie zawieźli samochodem, na którego
tylnym siedzeniu mogłam spokojnie zasypiać...
limetka
2005-06-15 23:15:22 skomentuj
(16)
Wspomnień
czar część 2 Tym razem tekstylnie, konfekcyjnie i
fryzjersko ;)
Najpierw fragment z literatury bardzo
współczesnej zupełnie niepoważnej:
"Zdjęcie
było już trochę wyblakłe, zmatowiałe, a kolory bardziej szare niż
kiedyś. Jeden z rogów połamał się i rozwarstwił, spomiędzy
kolorowego lakieru wyzierało białe.
Przez dłuższą chwilę
nie mogła odnaleźć siebie w żadnej z osób, szczelnie
zapełniających oba rzędy. Zresztą wszystkie dziewczyny wyglądały
podobnie. Jak własne ciotki, i to z tych bardziej ciotkowatych.
Turkusowe buty, czarne kabaretki, bluzki nietoperze, wypchane
poduszkami ramiona...
W pierwszym rzędzie siedziało kilka
par tureckich dżinsów z zielonymi wstawkami i suwakami z
tyłu nogawek, a nad suwakami dumnie sterczały kokardki...
Na
głowach królowała trwała "a la pudel" albo włosy
zaczesane do góry i sztywne od cukru, na "wczesną
Urszulę", w uszach plastikowe koła... Słodziutkie...!
No
i te makijaże: fiolety i błękity na powiekach, dużo, dużo tuszu,
rzęsy posklejane tuszem, kapiące od tuszu, do którego
trzeba było wcześniej solidnie napluć...
Na policzkach róż
i różowe szminki Celii. Taak... Edzia pamiętała zielone
"utleniające się" szminki, które na ustach
zamieniały się we wściekłą czerwień. (...)
Ale ci chłopcy
też nie lepsi. Z tlenionymi grzywkami na poppersa jak jeden mąż i
w marynarkach z podwiniętymi rękawami, żeby było widać podszewkę
z błyszczącego materiału w paski...
Zdjęcie klasy drugiej
be, z takiego sobie liceum. Przyglądała się uważnie każdej
twarzy.
Nie ta, nie ta... Skoro nie ta, to chyba... ta?
Tak, na pewno! Edzia poznała różowe dresy ze złotym
napisem "Active", które obnosiła po ulicach z
dumą i upodobaniem jako elegancki strój dzienny, nie
bacząc na to, że poważnie pogrubiały ją w biodrach. I jeszcze ta
opaska na włosach... Edzia sama wydziergała ją z żółtego
kordonka.
Dziwne... Wszystko to wyglądało teraz co
najmniej dziwnie. A najdziwniejsze było to, że nikt nie
przystawiał jej ani całej reszcie pistoletu do głowy. I zakładali
to wszystko dobrowolnie." Katarzyna Byzia, "Pogryziona
przez wiewiórki"
I jeszcze pewien wątek z
pewnego forum - uwaga, dla cierpliwych, bo długi:
Obciachowe
ciuchy z minionych dekad
Ja na najbardziej
"obciachowe" pod względem odzieżowym czasy trafiłam w
dzieciństwie, gdy zbyt wielkiego pola do popisu nie miałam.
Pamiętam co nieco z końca lat 80. i przyznaję się do: - dresów
z napisami i Myszką Miki, - marmurkowych dżinsów z
wywijanymi nogawkami, tak że było widać kolorową podszewkę, -
plecaka i sznurowadeł w kolorystyce wściekle
fluorescencyjnej.
Na mamie i ciociach pamiętam: -
bluzki, swetry i płaszcze z wypchanymi ramionami; zresztą wtedy
niemal cała damska populacja wyglądała jak napakowane siłaczki
ewentualnie gracze w futbol amerykański, - makijaże z
ociekającymi tuszem rzęsami, uróżowanymi policzkami i
ustami w kolorze fuksji, biskupiego różu i marchewkowej
czerwieni, - trwałą a la "mokra Włoszka", -
śmieszną asymetryczną fryzurę, z jednej strony włosy sięgające
ucha, z drugiej dłuższe, spadające na oko (mama początek lat
90.).
No i teraz - co takiego kiedyś nosiliście, że wtedy
wydawało się ładne i modne, a teraz, żeby Was zmusić do włożenia
tego, trzeba by Wam właśnie przystawić pistolet do głowy
ewentualnie dobrze zapłacić? ;)
limetka 2005-06-18
21:53:34 skomentuj
(4)
są
pytania bez odpowiedzi... Byli rodzeństwem. Moja mama
poznała ich w Szklarskiej Porębie, gdzie parę lat temu pojechała
jako kierownik kolonii. Oni byli wychowawcami. Mama nie mogła się
ich nachwalić - tacy sympatyczni, odpowiedzialni... Kaśka jaka
pracowita, zaradna, na wszystkim się zna, tak się opiekuje
kolonistami, taki ma świetny kontakt... A jej brat taki młody,
ledwo po maturze, a tak świetnie sobie radzi, tak dobrze się
zapowiada... Aż mnie trochę wkurzało, gdy mnie porównywała
z nimi na moją niekorzyść: "Siedzisz tylko bezproduktywnie
przy tym komputerze, wzięłabyś przykład z nich, zajęłabyś się
czymś pożytecznym..."
Parę dni temu mama zadzwoniła
do owej Kaśki z propozycją, czy nie pojechałaby z nią na kolonie
jako wychowawczyni. Przeżyła szok - Kaśka roztrzęsiona, załamana,
nie dało się z nią normalnie rozmawiać. W końcu zdołała z niej
wydobyć, że brat zginął w wypadku... Miał 21 lat.
Prawie
go nie znałam. Rozmawiałam może dwa razy. Ale mimo tego
porównywania przez mamę zdążyłam nabrać sympatii do nich
obojga. Byłam wstrząśnięta - to takie bez sensu... Tak długo mógł
żyć, tyle mógł przeżyć, tyle mógł dokonać... I
dlaczego...?
Są pytania bez odpowiedzi... limetka
2005-06-20 18:57:19 skomentuj
(1)
między
nami spamerami Ostatnio bawię się w spamera. Rozsyłam
mailem CV w ilościach hurtowych. Czasem się nawet jakaś odpowiedź
trafi... Wkrótce urlop, to będzie więcej czasu na tę jakże
pożyteczną zabawę.
Myślę też o jakimś innym sposobie
zorganizowania czasu. Niedawno z trudem powstrzymałam się od
ironicznego uśmiechu, gdy zapytano mnie, gdzie się wybieram i
doradzono Hiszpanię ("tam stosunkowo niedrogo"). Nie
wypowiedziałam na głos uwagi, że przy tym jak nigdy nie wiem, na
ile będzie mi musiała wystarczyć aktualna pensja, o Hiszpanii to
mogę sobie co najwyżej wyświetlić film w technikolorze we własnej
wyobraźni...
Bawię się też w molestowacza telefonicznego.
Codziennie dzwonię do sekretariatu i codziennie słyszę: "Dyplom
jest jeszcze u rektora". Żeby sobie zaoszczędzić czasu i
fatygi, miła pani z sekretariatu mogłaby to nagrać na
automatycznej sekretarce - po co ma recytować dzień w dzień to
samo... Poza tym widzę, że ten uniwerek ma na swoim koncie
epokowe dokonanie - stworzenie zupełnie nowej matematyki. Według
jej reguł na przykład cztery równa się siedem lub więcej.
Po dyplom miałam się zgłosić za cztery tygodnie... limetka
2005-06-21 22:44:50 skomentuj
(8)
trzeba
być geniuszem... :/ Kiedyś, dawno temu, w którymś
z poprzednich blogowcieleń pisałam o imbecylizmie funkcjonalnym w
odróżnieniu od analfabetyzmu funkcjonalnego. Otóż
analfabeta funkcjonalny wprawdzie alfabet zna, ale nie rozumie co
czyta, nie umie np. zastosować prostych instrukcji. Imbecyl
funkcjonalny (termin wymyślony przez mnie) wszelkie instrukcje,
jak również najbardziej oczywiste miejsca poszukiwania
rozwiązań problemów ignoruje, wręcz ma w głębokiej
pogardzie, bo ON WIE LEPIEJ.
Mniej więcej rok temu
WIEDZIAŁAM LEPIEJ, jak się podłącza modem do neostrady, co
kosztowało mnie w rezultacie dwa tygodnie nerwów,
niepotrzebnie wysokie rachunki telefoniczne (nadal korzystałam ze
zwykłego modemu) i wrogość pracowników infolinii w Tepsie
z powodu moich wściekłych telefonów DLACZEGO TA LINIA
JESZCZE NIE DZIAŁA?! Działała bez zarzutu. Nie zadziałało za to
co innego - parę szarych komórek u piszącej te
słowa...
Mogłoby się wydawać, że czegoś się nauczyłam.
Tymczasem... Sama skazałam się na dłuższy czas bez normalnie
działającego GG i niemożność odbierania wiadomości offline, bo...
znowu te parę szarych komórek nie zatrybiło. Zaczęło się
od tego, że zainstalowałam zestaw wtyczek zwanych dumnie PowerGG.
Coś tam jednak musiało nawalić, bo moje GG dostało takiego
"powera", że wieszało się krótko po włączeniu.
Wywaliłam wtyczki i myślałam, że wszystko OK. A tu widzę, że na
pasku narzędzi nie pojawia się ani charakterystyczne słoneczko,
ani charakterystyczna kopertka, gdy dostaję wiadomość. Dlatego
jeśli nawet ktoś mi wysłał przez ten czas wiadomość, trafiała on
a w próżnię, bo nawet o niej nie wiedziałam. Mogłam gadać
- ale tylko wtedy, gdy ja sama pierwsza otworzyłam okno rozmowy.
Ze 3 razy wywalałam i instalowałam GG, i to w różnych
miejscach - nic. Skanowałam antywirusem, bo myślałam, że może
jakieś paskudztwo się przyplątało - nic. Myślałam, że już zawsze
będę skazana na niepełną funkcjonalność...
A tu dzisiaj...
Cud się stał pewnego razu i wspomniane szare komórki
zadziałały. Doznałam olśnienia i zajrzałam - no gdzie? No
oczywiście, do ustawień! Tam, gdzie należało zajrzeć na samym
początku. I zobaczyłam, że mój problem to nie tajemnicza
awaria czy złośliwy zarazek, tylko ... dwa nie zaznaczone pola w
ustawieniach komunikatora... Prawdopodobnie po tym PowerGG coś
się przestawiło...
No cóż, imbecyl funkcjonalny w
osobie Limetki miał za swój brak pomyślunku i WIEDZENIE
LEPIEJ, ale już naprawił. GG działa :)
***
W końcu
wiem, jak się wstawia muzykę na bloga i znalazłam serwer, który
takie coś umożliwia :) Na początek coś, co się do mnie ostatnio
przyczepiło i odczepić nie może, ale utwory co jakiś czas będą
ulegały wymianie :) limetka 2005-06-23
22:57:08 skomentuj
(5)
wczoraj
czyli the feel-good factor Jeden z takich momentów,
w których niby nic się nie dzieje, a które się
zapamiętuje. Najzwyczajniej w świecie szłam sobie ulicą na
peryferiach miasta. Słońce świeciło, ptaszki ćwierkały, przed
sobą miałam panoramę sporej części miasta, bo ulica była na
wzniesieniu. Błękit nieba, lekki powiew wiatru na skórze i
we włosach... Wszystkie problemy zdawały się nie istnieć..
Poczułam, że ... JEST MI FAJNIE. Tak jakoś. Bez konkretnego
powodu. W dodatku wczoraj chyba po raz pierwszy po pewnym czasie
nabytego poczucia braku atrakcyjności fizycznej poczułam się ...
właśnie atrakcyjna. Miałam na sobie nową spódnicę o
ciekawym kroju, w której czułam się świetnie, lekki
makijaż, w którym również czułam się świetnie - i
zauważyłam po drodze parę spojrzeń skierowanych w swoim kierunku.
Jeszcze niedawno wszelkie spojrzenia zinterpretowałabym
negatywnie i zaczęłabym się zastanawiać, czy coś mi się nie
przekrzywiło, rozpruło czy rozmazało. Teraz nie. WIEDZIAŁAM że
jest OK...
Co mi się taki "feel-good factor"
włączył? Aż sama siebie nie poznaję...
Staram się jedynie
nie myśleć o podobnej sytuacji sprzed półtora roku -
spacerowałam sobie przez warszawskie Stare Miasto, gdzie miałam
spotkać się z koleżanką w lokaliku pod tytułem Same Fusy, nie
miałam na głowie żadnych większych problemów, myślałam
"No, już po egzaminach, jeszcze tylko parę dni i ferie"
i też poczułam, że JEST MI FAJNIE. Tymczasem... Minął tydzień i
klops. Jeden telefon z pracy i różne sprawy się
rozsypały...
Ale tym razem nic takiego nie będzie. Nie
może być. Muszę się wyzbyć tego idiotycznego, irracjonalnego
przekonania, że ilekroć mi się wydaje, że wreszcie coś jest OK,
życie podśmiewa się ze mnie: "A właśnie, że nie!", a
potem wszystko się musi spieprzyć...
limetka
2005-06-26 21:55:33 skomentuj
(8)
|
|