|
|
środa, 31 maja 2006
nikt nie powiedział, że będzie łatwo
Nadal nie mam zamiaru rezygnować. Ale już częściowo rozumiem, dlaczego niektórzy ludzie przed tym tchórzą. Wiele osób, jeśli nie każdy, ma jakieś sprawy, tematy, o których nie lubi rozmawiać, które są dla niego punktem drażliwym czy wstydliwym. W języku angielskim jest na to ciekawy zwrot, który tłumaczy się dosłownie jako "szkielet w kredensie". Czasem dochodzi do sytuacji, gdy ktoś w ogóle odcina się od jakiejś sprawy, wykreśla ją ze swojego życia i nie dopuszcza do świadomości. Takie trochę myślenie magiczne - zamknę kredens na klucz, a szkielet zniknie i może z czasem uda się o nim zapomnieć; zamiotę śmieci pod dywan, a z czasem ulegną jakiejś tajemniczej absorpcji; nie wypowiem tego słowa, a rzecz nim określana nie będzie istniała. No, a terapeuci zajmują się zawodowo otwieraniem kredensów i wyciąganiem szkieletów na światło dzienne, wymiataniem zapomnianych śmieci spod dywanów oraz wypowiadaniem Słów, Których Wypowiadać Nie Wolno.
Padło pytanie: "Czego pani oczekuje po tych spotkaniach, co chciałaby pani osiągnąć?" Odpowiedziałam, że chciałabym wyzbyć się różnych ograniczeń związanych z moją sytuacją rodzinną, które uniemożliwiają mi przeżycie szczęśliwego związku. Chciałabym wyłączyć ten detektor, nieomylnie wykrywający w moim otoczeniu osoby niedostępne, nie "grożące" związkiem i przez to, paradoksalnie, atrakcyjne dla mnie. No i - niestety czy stety - rozmowa nieuchronnie wkroczyła na TEN temat. Na sferę, której w moim życiu nie ma, która kojarzy mi się jedynie z wulgarnością, obrażaniem i wyzwiskami, od której się odcięłam, którą zanegowałam i odżegnuję się od posiadania wszelkich związanych z nią potrzeb. To była ciężka przeprawa... Dawno nie czułam się tak skrępowana. Miałam ochotę schować się pod stół i nie wiedziałam, gdzie oczy podziać.
Wiem, że terapeuta wie co robi i miał swój cel pytając mnie o to, a potem mówiąc o tych sprawach z żenującą otwartością. I wcale sobie nie ubzdurałam, że z tego powodu jest obleśny. Mimo, że nie ma przymusu rozmowy na tematy, na które nie chcę rozmawiać, to mój rozsądek podpowiada mi, że akurat z takimi tematami powinnam się oswajać. Bo po pierwsze, skąd ktokolwiek miałby wiedzieć, na czym polega problem, skoro nie będę umiała go wyjaśnić? Po drugie, samo sformułowanie przeze mnie celu terapii zakłada, że jeśli ten cel osiągnę, to będzie się on z tym ściśle łączył - innymi słowy, jeśli kogoś sobie znajdę, to prędzej czy później będzie on dążył do pewnych rzeczy... Tak więc nie ma siły, mówienie na ten temat powinno być częścią terapii, jeśli ma ona odnieść jakiś skutek. Ale jednocześnie coś jest takiego we mnie, co sprawia, że miałabym ochotę zatkać uszy albo wyjść, że jak on może pytać mnie o takie sprawy... Kurczę, jak to zwalczyć, jak zmniejszyć ten dyskomfort...
sobota, 27 maja 2006
widok ponury
Stoję na przystanku. Jakieś półtora metra do dwóch ode mnie stoi... COŚ. W każdym razie istota płci żeńskiej. Włosy w kolorze niemal białym, czy raczej siwawym, natomiast końcówki dla odmiany czarne, jakby unurzane w atramencie. Cera spalona na odcień ceglastobrązowy i wysuszona na papierek. Złośliwi mówią, że właścicielki takiej skóry mają problemy z wiekiem - wieko od solarium im się zatrzasnęło :]]] Oczy obwiedzione czarną krechą grubości chyba pół centymetra, powyżej cień do powiek barwy wściekle turkusowej. Usta pomalowane na bladoróżowo i obrysowane ciemną konturówką "żeby wyglądały na większe". Strój - biała przyciasna marynareczka i białe rybaczki, pod marynareczką błyszcząca srebrna bluzka, moim zdaniem bardziej odpowiednia na imprezę niż na ulicę (ale może ja się nie znam). Do tego różowa torebka (na widok różowych torebek wszelkiego rodzaju i kształtu dostaję bólu zębów) i białe buty na nieprawdopodobnie wysokich szpilkach oraz z nieprawdopodobnie długimi szpicami. Wyobrażam sobie, że owo nieszczęsne dziewczę potyka się przy każdym kroku, a już wejście po schodach musi być dla niej czynnością niewykonalną...
Gdy tak ją sobie oglądam jako dość szczególny wytwór mody naszych czasów, ona też mnie zauważa i niespodziewanie mówi "dzień dobry". Odpowiadam, zastanawiając się, czy ja ją mogę skądś znać. Wreszcie sobie przypominam - otóż ja tę pannę kiedyś uczyłam angielskiego w gimnazjum. Wtedy była jeszcze całkiem niebrzydką i sympatycznie wygladającą blondyneczką. Oznaczałoby to, że ma obecnie jakieś osiemnaście lat. A można by przypuszczać, że jest w wieku zbliżonym do mojego... No, to faktycznie ma dziewczyna problemy z wiekiem, w obu znaczeniach tego slowa :>
Żeby nie było - nie jestem zwolenniczką całkowitego "powrotu do natury". Uważam, że naturę można, a czasem niestety trzeba poprawiać. Ja sama farbuję włosy i maluję się na co dzień. Ale moje włosy nie wyglądają jak włosy plastikowej lalki i nakładam na siebie może jedną trzecią tej warstwy kosmetyków, co wspomniana panna. Nie opalam się, bo nie lubię i specjalnie nie powinnam, lecz nie dziwię się osobom, które to robią z umiarem - z umiarem, powtarzam, gdyż nie chodzi o to, by wyglądać jak skwarka lub pieczony kurczak! No i uważam za absurdalne, a jednocześnie smutne dodawanie sobie dziesięciu lat, by zrobić z siebie kolejnego klona jakiejś Dody Elektrody czy innej Mandaryny. Niestety, oto przykład na to jak można, zapewne sporym
nakładem czasu i środków, na własne życzenie zrobić
sobie krzywdę...
środa, 24 maja 2006
byłam
No i żyję. Nie zraziłam się jak na razie i zamierzam chodzić dalej. Spotkania będą co tydzień, w środy. Na początku rozmowa wyglądała trochę dziwnie i czułam się dość nieswojo. Mówił bardzo wolno, robił długie przerwy między poszczególnymi kwestiami, jakby się mocno nad nimi zastanawiał. Jednocześnie cały czas bacznie mnie obserwował, zwracając uwagę na najdrobniejsze szczegóły - jak siedzę na fotelu, jak trzymam ręce i w którą stronę kieruję wzrok. Zadał mi parę dość dziwnych pytań, które zdawały się kompletnie nie mieć związku z całą sprawą - m.in. jak wygląda moja mama i jak często do mnie dzwoni, czy często chodzę do fryzjera albo stylisty i czy uważam, że jestem atrakcyjna dla mężczyzn. Okazało się, że jednak miały związek, i to znaczący. A ja myślałam, że będziemy rozmawiać tylko o problemie alkoholowym w mojej rodzinie... Główne wnioski z rozmowy? Jeden dość oczywisty: "Pani utożsamia się ze swoją matką, a tymczasem pani nią nie jest i nie może cały czas żyć jej życiem. Jest pani odrębną osobą, do tego dorosłą. Wyprowadzka z domu była jedną z najlepszych rzeczy, jakie mogły się pani zdarzyć, ale powinna pani się jeszcze trochę bardziej odseparować od rodziny. Nie zrywać kontaktów, ale zacząć wreszcie własne życie. Częściej spotykać się ze znajomymi niż z matką. Kobieta po pięćdziesiątce nie jest właściwą przyjaciółką dla dwudziestokilkulatki." A drugi: "Tu nie chodzi o to, by nie umiejąc pływać, nigdy w życiu nie wsiadła pani do łodzi bojąc się, że się wywróci i pani się utopi. Chodzi o to, by się nauczyć pływać i poradzić sobie, jeśli się wywróci, tak by się tego na zapas nie bać".
poniedziałek, 22 maja 2006
kod Anieli czyli masz babo zagwozdkę
Oto notka z cyklu "nie miała baba problemu, więc musiała go sobie wymyślić" ;) Jednocześnie może to być przykład na to, jak pewne rzeczy, którymi się nawet specjalnie świadomie nie interesujemy, docierają mimochodem do naszej podświadomości i wychodzą z niej np. w snach. Bo jak inaczej mogę to tłumaczyć? Chyba tylko tym, że cała ta medialna gadka o "Kodzie Da Vinci" tak się wbiła w moją podświadomość, że zaczęła ona sama z siebie produkować w snach jakieś zagadki i szyfry :)
Śniło mi się, że grzebałam w internecie. Nic niezwykłego, internet śni mi się często, w końcu zajmuje dość znaczące miejsce w moim życiu. Miałam przy tym włączone GG i zobaczyłam, że ktoś na mojej liście kontaktów (jakoś nie było wyraźnie widoczne kto, zresztą ta lista kontaktów miała niewiele wspólnego z moją rzeczywistą, jakieś nicki, o których w życiu nie słyszałam) miał ustawiony dość dziwny status opisowy. Brzmiał on: "Dziesięć dni do niedzieli, uwaga na imieniny Anieli". Głupie, prawda? Natomiast mnie w tym śnie wydało się, że jest to bardzo ważna wskazówka. Nie miałam przy tym odczucia, że wymowa wierszyka jest specjalnie złowieszcza, że ostrzega mnie on przed bliżej niezidentyfikowanymi kłopotami czy wróży koniec świata :> To było raczej tak, jakby od czegoś, co zdarzy się tego dnia, mogło wiele zależeć, zarówno w dobrym, jak i złym sensie, jakby to miało być coś porównywalnego z egzaminem albo rozmową o pracę. Nie wiem, skąd to wiedziałam, ale wiedziałam. A podobno w snach znaczenie mają nie tylko same obrazy czy sytuacje, ale i towarzyszące im odczucia.
Może to niedorzeczne, ale pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po obudzeniu było sprawdzenie w kalendarzu, kiedy są te nieszczęsne imieniny Anieli. Najbliższe - 31.05, czyli środa w przyszłym tygodniu. Ale skąd dziesięć dni? Od dzisiaj rano (22.05) do 31.05 upływa dni dziewięć - no, powiedzmy, pomyłka jednodniowa, nie wymagajmy od podświadomości aptekarskiej precyzji ;) Ale co z niedzielą? Do najbliższej od dziś - sześć dni. Do kolejnej - trzynaście. A może liczyć od najbliższego czwartku? Ale wtedy jaki związek mają te imieniny? Wtedy przyszło mi do głowy - odliczyć 10 dni od imienin Anieli - czy to nie będzie niedziela? Bingo! No, powiedzmy, o ile nie policzę ani środy, ani niedzieli. Niedziela 11.06. No to teraz wychodzi na to, że należałoby zwrócić uwagę albo na 31.05, albo 11.06, albo obie daty pod kątem znaczących i decydujących wydarzeń. No, to teraz się będę zastanawiać, dopóki te dni nie nadejdą... Miała baba zagwozdkę...
Ktoś powie:"Ależ to nonsens, czemu przywiązujesz taką wagę do jakiegoś głupiego snu?" Może i nonsens. Ale osoba, która sobie kiedyś wyśniła niemal słowo w słowo coś, co przeczytała kilka dni później, której w czasach ogólniaka przyśniło się, jak będzie wyglądała za kilka lat w czasach studiów i sprawdziło się to z uderzającą dokładnością, ma powody, by na takie rzeczy zwracać uwagę. Poza tym... W końcu historia zna przypadki paru gości, którym przyśniły się odkrycia naukowe lub rozwiązania nurtujących ich problemów - zdaje się, że chodziło o budowę cząsteczki jakiegoś związku chemicznego i konstrukcję maszyny do szycia... Nie mówiąc już o pewnym nieszczęśniku, który sobie wyśnił Idy Marcowe :>
piątek, 19 maja 2006
zdobyłam się na to...
Zadzwoniłam i umówiłam się na środę. Na razie to będzie taka wstępna rozmowa, potem się okaże co dalej, jaka forma itp. Na początku myślałam, że nic z tego nie będzie, albo przynajmniej będzie spory problem. Gdy zadzwoniłam pod numer, który znalazłam w necie, odesłano mnie pod inny, a tam powiedziano, że powinnam zadzwonić po 12 i poprosić panią *****. Na dźwięk tego nazwiska pomyślałam: "A niech to, akurat na nią musiałam trafić..." Tak się bowiem ciekawie składa, że owa pani jest bliską znajomą jednej z moich ciotek, a jednocześnie jest znana mojej mamie i pozostałym ciotkom. Wiedziałam, że zajmuje się jakąś formą terapii, ale nie miałam pojęcia, że i tą. Ani mama, ani dwie z trzech ciotek nie mają o wspomnianej pani dobrego zdania. Co więcej, miałam okazję parę razy ją spotkać i nie wzbudziła we mnie zaufania. Nie jest to raczej ktoś, komu chciałabym pozwolić grzebać w swojej duszy. Poza tym wolałabym zdecydowanie iść do kogoś zupełnie obcego... Drugi telefon - i znowu odsyłają mnie do pani ***** - kurczę, czy w tym mieście nie ma innych specjalistów? Na szczęście pod trzecim numerem w końcu zapisali mnie do kogo innego, kogo nazwisko jest mi nieznane. Ciekawe, co mi powie i co ja będę musiała mówić...
W tym miejscu kieruję specjalne podziękowania dla Vincenta za to, że mnie namówił do tej decyzji :)
środa, 17 maja 2006
niby nic...
W zeszłym tygodniu bylam zaproszona na pewną imprezę, która odbyla się w sobotę. Niestety, nie pojawiłam się na niej, gdyż sama siebie uziemiłam w mieszkaniu w sposób idiotyczny a skuteczny. Mianowicie już miałam wychodzić, gdy okazało się, że nie mogę znaleźć kluczy. Przekopałam całe mieszkanie wzdłuż i wszerz. Po jakichś dwóch godzinach nerwowego sprawdzania wciąż tych samych miejsc (tak jakby klucze mogły się czarodziejskim sposobem zmaterializować tam, gdzie ich jeszcze przed minutą nie było!) dałam za wygraną. No to umarł w butach, pomyślałam. Nie dość, że nie wyjdę z mieszkania, dopóki nie dorobię nowych kluczy, to jeszcze znajomi pomyślą, że ich olałam, bo nie przyszłam. Albo że nie chcę się z nimi integrować. I więcej mnie nie zaproszą...
Telefon. "Halo, gdzie jesteś? Co się stało, że nie przyszłaś? Szkoda, że nie możesz. Brakuje cię nam tutaj." Szok. Zaskoczenie. Niedowierzanie. A telefonującą koleżankę miałam ochotę uściskać. Skąd taka reakcja? Ano stąd, że, po pierwsze, koleżanka jakimś cudem wpadła na te najwłaściwsze słowa, jakie należało w tym momencie do mnie powiedzieć. Po drugie, nie pamiętam, kiedy ostatni raz mi się coś takiego zdarzyło - może nigdy...
Wyobraźcie sobie teraz coś, co dla wielu z Was, zwłaszcza tych co bardziej towarzyskich i obytych, może być trudne do wyobrażenia.A mianowicie, że przez wiele lat - przez dużą część podstawówki, cały ogólniak i niemal całe studia - jesteście pomijani przy planowaniu wszelkich imprez, spotkań towarzyskich, wspólnych wyjazdów i różnego rodzaju przedsięwzięć, w których biorą udział grupy ludzi. Zwykle wygląda to tak, że jeszcze niedługo po Waszym wejściu do nowej grupy ludzi dostajecie propozycję wzięcia w czymś takim udziału i przystajecie na nią z ochotą. Ale... Gdy przychodzicie, jesteście spięci i nie potraficie się odprężyć (podkreślam, że wszelkie sztuczne odprężacze od razu na starcie nie wchodzą w grę). Dlaczego nie potraficie? Dlatego, że rzadko bywaliście do tej pory w takich sytuacjach i nie wiecie jak się zachować, by nie strzelić jakiejś gafy, a także z powodu paraliżującego lęku, jak zostaniecie odebrani. W rezultacie zachowujecie się jak coś pomiędzy słoniem w składzie porcelany, cielęciem na lodzie a myszą pod miotłą (bo przez sporą część czasu siedzicie w kącie i milczycie, czekając bezskutecznie na to, żeby ktoś do Was zagadał). A gdy przychodzi czas na następne spotkanie, imprezę, wyjazd itp., okazuje się, że ... następnego razu nie ma. To znaczy jest, ale akurat nie dla Was. Ponieważ grupa, która była obecne poprzednio, stwierdziło, że widać bardzo się męczyliście i nie ma co Was katować po raz drugi, więc z góry zdecydowała, że samo zaproponowanie Wam udziału w takiej, jak mogłoby się wydawać, męczarni byloby grubym nietaktem. A wystarczyłoby na początku dodać trochę odwagi, podkreślić, jak bardzo jesteście ważni i mile widziani, dać czas na adaptację...
Efekt? Przez następne miesiące, a nawet lata, wyłącznie docierają do Was informacje - ktoś się z kimś spotkał, jakaś grupa znajomych wyjechała gdzieś razem, tu impreza, tam zlot, to, tamto, owamto.... a o Was nikt nawet nie pomyślał, że moglibyście też chcieć tam być. Sluchacie tego, szlag jasny Was trafia i nie możecie zrozumieć, dlaczego to nie Wy. Cały czas czekacie na zaproszenie, które nigdy nie nadchodzi, a sami nie macie tyle tupetu, by się samemu bezczelnie wepchnąć, bo sobie wyobrażacie, że znajomi nie uważają Was za "swoich" i nie jesteście mile widziani... Jednocześnie co jakiś czas ktoś Wam powtarza:"Dlaczego się tak izolujesz?", a Wy w takim momencie macie ochotę strzelić sobie w łeb z gumki do majtek....
Łatwo się domyślić, że właśnie opisałam swoje doświadczenia. Od jakiegoś czasu obserwuję, że sytuacja zmienia się na korzyść, ale czasem coś jeszcze z tamtych doświadczeń powraca - coś co uderza w tamte bolesne wspomnienia, przez co odzywa się znowu poczucie odrzucenia i wyobcowania. Czy wobec tego można się dziwić, że robi mi się bardzo "nie teges", gdy przypadkiem podsłucham rozmowę na korytarzu: - Zaprośmy Magdę, zawołaj ją. - Tam stoi. - Nie tę Magdę, NASZĄ Magdę.... (a ja to czyja, od macochy????) Albo gdy jakieś okoliczności związane z planowanym spotkaniem z góry uniemożliwiają moją obecność, a gdy zgłaszam ten problem, nie jest to w ogóle brane pod uwagę. I z drugiej strony - czy dziwne, gdy po takim telefonie jak ten zacytowany na początku mam ochotę wręcz ozłocić koleżankę i kilkakrotnie podkreślam wdzięczność za to, że o mnie pamiętała? Koleżanka nic nie rozumie:"Przecież to było normalne..." Normalne dla niej. Ale nie dla mnie.
niedziela, 14 maja 2006
zamykam teścik...
... gdyż nie sądzę, by ktoś jeszcze zdecydował się go rozwiązać. Poniżej przedstawiam statystyki Waszych odpowiedzi oraz rozwiązania. Laureaci pierwszych trzech miejsc otrzymują wirtualny dyplom ;) O ile będę w stanie coś takiego zmajstrować, to pojawi się on tu już wkrótce, a jeśli nie, to pozostanie mi tylko pogratulować Wam słownie ;) I jeszcze mam wielką prośbę, o ile to możliwe. Czterech uczestników (uczestniczek?) testu (levizna, agga, koljia, Maja) kompletnie nie kojarzę. Przy czym dość wysokie wyniki trzech pierwszych osób (niemal wszystkie odpowiedzi przynajmniej częściowo trafione) wskazują na to, że możemy się skądś znać - chyba że to ktoś z pozostałych, którzy podpisali się swoimi zwykłymi nickami, kto miał dwa lub trzy podejścia :) Jeśli to nie jest jakiś problem, to bardzo proszę, ujawnijcie się, choćby na priva (np. na adres moonlit_place@gazeta.pl), gdyż zżera mnie ciekawość, kim jesteście i czy rzeczywiście się znamy :) A oto odpowiedzi:
Co zawsze chciałam zrobić, a boję się nawet spróbować (więcej niż 1 odpowiedź punktowana) - skoczyć na bungee- 17%
- iść na kurs tańca- 42%
- malować- 17% - 5 pkt.
- nauczyć się dobrze drugiego języka obcego- 17% - 2 pkt.
- wziąć udział w konkursie recytatorskim- 8%
Zastanawia mnie niezwykła popularność tej odpowiedzi o kursie tańca - a myślałam, że na tę zmyłkę nikt się nie nabierze :) Od razu na wstępie można było wykluczyć odpowiedzi wymagające wysiłku fizycznego bądź publicznych wystąpień, gdyż do takich rzeczy podchodzę nie na zasadzie "chciałabym, a boję się", tylko na zasadzie "nie lubię i nie chcę". Co do odpowiedzi prawidłowych - podobno kiedyś nieźle rysowałam i malowałam, ale to było dawno temu w podstawówce ;) Nawet był moment, gdy rozważałam pójście do liceum plastycznego... Co jakiś czas przychodzi mi do głowy, że warto by do tego wrócić, ale boję się, że po tak długiej przerwie popełnię jakiś haniebny bohomaz, którego bedzie mi wstyd przed samą sobą... Drugiego języka też chciałabym się nauczyć; nie wiem czy powtórzyć i dopracować ten, który już miałam w szkole w bardzo podstawowym zakresie (niemiecki), czy zacząć od zera coś zupełnie nowego, np. hiszpański lub francuski. Też podchodzę do tego trochę jak pies do jeża, ale nie dlatego, że mogę nie być w stanie się nauczyć (bo wiem, ze jeśli wystarczająo będę chciała, to będę w stanie :)), tylko mogę nie dać rady pod względem czasowym i finansowym. Tak czy inaczej - sprawa do przemyślenia. Z poniższych stacji radiowych słucham jedynie: - RMF- 8%
- Radiostacji- 8%
- Programu 2 PR- 0%
- Trójki- 75% - 5 pkt.
- w ogóle nie słucham radia- 8%
Parę razy ubolewałam na różnych swoich blogach, że obecna Trójka to nie to, co kiedyś - niemniej jednak tylko tam, spośród dostępnych w Olsztynie stacji, pojawia się muzyka, którą lubię. Najczęściej czytam ostatnio (co nie znaczy, że najczęściej w ogóle): - poradniki psychologiczne- 75% - 5 pkt.
- klasykę literatury światowej- 8%
- literaturę fachową- 17%
Nietrudno to było wywnioskować po treści moich ostatnich notek :) Tak normalnie to czytam wszystkie wymienione kategorie, plus jeszcze parę innych, ale ostatnio akurat wzięło mnie na grzebanie się w swoim wnętrzu, poznawanie siebie i rozliczanie się z różnymi przeszłymi sytuacjami. Przy okazji - czy moglibyście mi coś polecić? Coś sensownego, przystępnego i rzetelnego, żeby nie zrobiło mi wody z mózgu i żebym na podstawie tego nie zdiagnozowała siebie samej jako ciężko chorej psychicznie? ;)Boję się (kilka odp. punktowanych w zależności od poziomu strachu): - pająków- 8%
- wysokości- 8% - 2 pkt.
- publicznych wystąpień- 67% - 5 pkt.
- ciasnych, zamkniętych pomieszczeń- 17% - 2 pkt.
- myszy- 0%
Stąd wiadomo, dlaczego nie mogłabym i nie chciałabym wystąpić w konkursie recytatorskim ;) I to był dla mnie największy problem, gdy z konieczności musiałam zacząć uczyć angielskiego - zwłaszcza że uczniowie bynajmniej nie ułatwiali mi zadania swoim zachowaniem... Teraz nieco opanowałam to uczucie paniki, ale nadal nie czuję się pewnie w takich sytuacjach. Jeszcze dwie odpowiedzi punktowane, gdyż w niektórych sytuacjach miewam objawy lęku wysokości i klaustrofobii. Np. gdy znajduję się gdzieś wysoko, na balkonie itp. wolę się nie opierać o barierkę, gdyż mam dziwny lęk, że ta barierka się zaraz oderwie, a ja wraz z nią polecę w dół, nawet jeśli wygląda na stabilną. Nie boję się wind ani innych małych pomieszczeń, ale nigdy nie byłabym w stanie przecisnąć się przez żaden ciasny, wąski tunel - a nieraz śniło mi się, że musiałam i zakwalifikowałabym takie sny do najgorszych koszmarów... Nie mogę nawet wkładać swetrów z ciasnymi golfami :>Z poniższych nie jadam bądź nie pijam: - mleka- 50% - 5 pkt.
- mięsa- 8%
- słodyczy- 17%
- kawy- 25%
Wegetarianką nie jestem i nie planuję zostać. Słodycze, zwłaszcza mleczna czekolada i żelki, to jeden z moich nałogów i nie mam zamiaru poddać się odwykowi :) Kto był ze mną na kawie, ten wie, że pijam :) Natomiast od dzieciństwa mam uraz do mleka, szczególnie gotowanego - mdli mnie od samego zapachu. A jeszcze kożuchy - bleeee... Mleko w postaci płynnej (bo sery i jogurty to jak najbardziej) jestem w stanie przyswoić jedynie w kawie ;)W kwestii wzroku, okularów itp.: - noszę okulary- 0%
- noszę soczewki- 8%
- mam dobry wzrok, który nie potrzebuje korekty- 33%
- powinnam nosić, a nie noszę przez próżność ;)- 58% - 5 pkt.
Zgadza się - mam pewną wadę wzroku na jedno oko, ale nie mogę się przekonać do okularów. Jako młodsza nastolatka przez jakiś czas byłam okularnicą i miałam kompleksy, gdyż uważalam, że przypominam Natalkę Kukulską z czasów Puszka Okruszka ;) Teraz też mi nie do twarzy, nawet w przeciwsłonecznych. Jak na razie brak wspomagania wzroku mi nie przeszkadza, zwłaszcza że wada jest niewielka - póki widzę, co czytam, problem nie jest palący ;)Mój typ sylwetki: - chudzielec- 0%
- średnia- 83% - 5 pkt.
- puszysta- 17%
Kto widział, czy to na żywo, czy na zdjęciu, ten wie :) Nadwagi nie miałam w żadnym momencie życia, choć pisałam tu kiedyś o skłonności do "zajadania problemów". Czasem chciałabym być chudzielcem, choć nie Miss Anoreksja ;) Nigdy nie uczyłam się: - angielskiego- 0%
- niemieckiego- 8%
- francuskiego- 58% - 5 pkt.
- rosyjskiego- 33%
Kwestia angielskiego oczywista, gdyż zajmuję się nim zawodowo. Niemiecki miałam cztery lata w ogólniaku, ale niewiele pamiętam - mogę tylko mówić o pewnej znajomości biernej, bo jestem w stanie czytać teksty ze słownikiem, sporo rozumiem z potocznych rozmów, ale sama ani be, ani me. Rosyjski miałam w podstawówce (chyba ostatni rocznik, który się załapał na obowiązkową naukę), ale z kolei pamiętam tylko litery.Posiadany środek lokomocji: - samochód- 8%
- rower- 25%
- autonogi :)- 67% - 5 pkt.
No, oczywiście :) Nie mam nawet prawa jazdy. Rower mialam wiele lat temu, ale ukradli... Mogę żyć bez: - miłości- 8%
- książek- 0%
- przyjaźni- 0%
- seksu- 75% - 5 pkt.
- słodyczy- 17%
Miłość i przyjaźń można wykluczyć na starcie, gdyż śmiem twierdzić, ze bez tego NIKT nie może żyć, nawet jeśli się do tego nie przyznaje. Już wspomniałam, że slodycze to jeden z moich nałogów, podobnie jak książki. A co do odpowiedzi jedynie słusznej, to odpowiadam na wszelkie uśmiechy i pytania w stylu: "A skąd Ty możesz to wiedzieć?" Otóż właśnie dopóki nie wiem, co tracę, mogę powiedzieć na sto procent, że mogę bez tego żyć - w końcu już tyle lat przeżyłam, nieprawdaż? A nie wiem, co by było, gdybym się przekonała ;)W mieszkaniu nie mam: - lodówki- 8%
- pralki- 8% - 5 pkt.
- telewizora- 50%
- balkonu- 33%
Też ciekawe, skąd wzięliście brak telewizora. Jest dość stary, rzadko używany, ale istnieje :) Balkon to prawie jak pół balkonu, bo malutki, ale też jest. Natomiast nie mam tak podstawowego sprzętu jak pralka i ciuchy piorę ręcznie, ewentualnie latam z praniem do mamy, która wspomniany sprzęt posiada. Z poniższych zwierząt najbardziej lubię: - psy- 17%
- konie- 8%
- koty- 75% - 5 pkt.
- rybki- 0%
Nawet na poprzednim blogu zamieściłam kilka zdjęć swojego mruczącego kociego stworzenia :) Psów nie znam na tyle, by mieć porównanie, a koni nie znam w ogóle. Na rybki czasem lubię popatrzeć u kogoś, ale wolę zwierzaki, z którymi jest jakiś kontakt.
czwartek, 11 maja 2006
coś mi to przypomina...
No, nie da się zaprzeczyć...
"Według Eysencka neurotyczność – zwana też emocjonalnością lub
wrażliwością emocjonalną – składa się z takich cech, jak lękliwość,
depresyjność, poczucie winy, niska samoocena, napięcie, irracjonalność,
płochliwość, markotność i emocjonalność. Jej przeciwieństwem jest
stabilność emocjonalna. Typowy neurotyk w ujęciu Eysencka stale czymś
się martwi, łatwo ulega nastrojom i często bywa przygnębiony. Skarży
się na ciągłe kłopoty. Swoje myślenie koncentruje na sprawach, które
mogą się nie powieść, co wzbudza w nim silny lęk. Niepokojem reaguje na
zmiany i nowe sytuacje. Cechuje go nadmierna emocjonalność – silnie
reaguje emocjonalnie i z trudem wraca do równowagi. W związku z tym
nierzadko zachowuje się w sposób irracjonalny i sztywny. Ma też
poczucie niższości. Jest nieśmiały i drażliwy. Łatwo go zranić –
krytykę bierze sobie do serca i głęboko przeżywa porażki. Wykazuje małą
odporność na stres, skłonność do kryzysów i załamań nerwowych. Często
popada w depresję i cierpi na bezsenność. Miewa problemy z koncentracją
uwagi i różne dolegliwości zdrowotne (zwłaszcza bóle głowy i żołądka).
Nadmierna emocjonalność przejawia się także we wrażliwości na krzywdę i
cierpienie, ale również na szczęście i radość innych ludzi."
Czy kogoś takiego da się lubić, czy trzeba od niego uciekać? Czy przebywanie z nim jest aż tak nieznośne, że należy się od niego koniecznie odciąć? Czy jest gorszy od tych wszystkich fajnych, normalnych i zrównoważonych emocjonalnie? No i czy to wina neurotyka, że się urodził neurotykiem? Nie mówię tutaj, że nie można i nie należy czegoś z tym zrobić. Ale póki będzie można zobaczyć efekty, z pewnością to potrwa, poza tym skłonności do określonych reakcji pozostaną chyba zawsze, bo układu nerwowego nie można sobie wymienić na nowy. "Łatwo go zranić –
krytykę bierze sobie do serca i głęboko przeżywa porażki". Także
głęboko przeżywa odrzucenie z powodu własnej neurotyczności... Pytanie
- ilu z Was byłoby w stanie zaprzyjaźnić się z kimś takim jak wyżej
opisany przypadek? Czy sądzicie, że jednak można?
Ciekawa rzecz, że mnie samą najbardziej ciągnie do ... właśnie osób w jakimś sensie neurotycznych. Wydają mi się bardziej interesujące niż te stabilne i bezproblemowe. Ale ja zawsze wolałam to, co trudne i zawikłane niż to, co proste i jasne. A może to po prostu kwestia podobieństwa? Być może czuję, że z kimś zrównoważonym, kto nie przejmuje się wszystkim tak bardzo, kto ma zdrową samoocenę i nie dźwiga na karku całego bagażu problemów nie mogłabym się dogadać, bo zwyczajnie by mnie nie rozumiał...
poniedziałek, 08 maja 2006
tak sobie myślę...
Naprawdę musi być kiepsko z moją samooceną, skoro jakiś byle post jest w stanie nią zachwiać. I tak jest ciągle. Jedno słowo, a ja się rzucam, wściekam i dopowiadam sobie kolejne dwadzieścia, które jak mi się wydaje ta osoba miała na myśli. I przy tym nie jest tak, że moja samoocena jest non stop negatywna. Jest po prostu niesamowicie rozchwiana, waha się od skrajności do skrajności, od wysokiej do zerowej czy nawet ujemnej, w zależności od tego, jaką akurat miałam informację zwrotną na swój temat. Ktoś mnie pochwali - jestem super, inteligentna, atrakcyjna, interesująca, zaradna itp. Jedno krytyczne słowo czy choćby krzywe spojrzenie - jestem do niczego, głupia, brzydka, nudna, gorsza od innych i sama siebie nie znoszę. Tak jakbym w ogóle nie posiadała własnego obrazu siebie. Jestem taka, jak inni mnie określą. Nawet jeśli chwilami wydaje mi się, że potrafię ocenić, jaka jestem, ile potrafię, ile jestem warta, jak wyglądam itp., to ciągle nie dowierzam swoim odczuciom. Nigdy nie wiem, czy są adekwatne i pasują do aktualnego stanu rzeczy. Wiele moich przekonań o sobie pochodzi jeszcze z przeszłości - mam skłonność przyzwyczajać się do nich i nie dostrzegać, że się dezaktualizują, czy to w pozytywnym, czy negatywnym sensie. Przykład bardzo trywialny. Przez wiele lat, jako nastolatka i młodsza studentka, myślałam o sobie jako o osobie szczupłej, która może jeść ile chce i co chce, i w ogóle nie martwić się o swoją figurę. Rzeczywiście, przez jakiś czas tak było. A tu nagle, gdzieś koło trzeciego roku studiów, chciałam sobie kupić spodnie i stwierdziłam z zaskoczeniem i przerażeniem, że... nie mieszczę się w rozmiar 40. (Na szczęście teraz jestem dużo szczuplejsza :)) . Przykład drugi. Przez wiele lat w rodzinie czy szkole miałam opinię "tego zdolnego dziecka, które pisze". Potem było kilka lat przerwy, w czasie których pisałam jedynie wypracowania szkolne (niezłe, ale nie wybitne), a później na studiach prace zaliczeniowe po angielsku (poziom jak wyżej). Gdy po tej przerwie zdecydowałam się znowu napisać opowiadanie i wysłać na konkurs literacki, "bo przecież kiedyś mi tak dobrze szło", zostało ono kompletnie zjechane przez krytyków, co prawda nie werbalnie, tylko przy pomocy punktacji, ale i tak był to cios. Potrzebowałam potem chyba roku blogowania (zmagając się ciągle z poczuciem niemożności ubrania myśli w słowa) oraz nie wiem ilu przychylnych komentarzy, by uwierzyć, że to co piszę, jednak da się czytać. (W tym momencie przyszło mi do głowy - a może za szybko chciałam widzieć efekty, bez pracy, bez wysiłku?). Tak więc nie dowierzam własnym odczuciom i wszystko muszę mieć czarno na białym, a jeszcze lepiej powtórzone wiele razy i z różnych stron. Inaczej nie wiem o sobie NIC.
Mam też czasem wrażenie, że za pozytywne sygnały na swój temat... no, może nie zaprzedałabym duszy diabłu, ale prawie ;) Jeszcze w czasach ogólniaka - ktoś po raz pierwszy zobaczył mnie w makijażu i obejrzał się z uznaniem? Proszę bardzo - mimo wstrętu do porannego wstawania dzień w dzień zrywałam się dużo wcześniej, by zdążyć się umalować, bo a nuż znowu ktoś popatrzy... Mówili mi: "Ale masz fajne perfumy"? Konsekwentnie się na nie rujnowałam, mimo że miałam dużo pilniejsze wydatki. Coś, co napisałam, spotkało się z uznaniem? Mogłam całą noc nie spać, zaniedbać jakieś zlecenie, byle znowu coś napisać w oczekiwaniu na podobne reakcje. Zdarzało się też nieraz, że za dużo brałam na siebie, by mieć poczucie, że jestem niezbędna, niezastąpiona i beze mnie wszystko padnie. Byle zasłużyć na pochwałę, na ciepłe słowo i w konsekwencji znowu się dobrze poczuć sama ze sobą. Owszem, to moje ciągłe oczekiwanie na sygnał "jesteś OK" bywa męczące. Ale to jest z mojej strony wołanie o pomoc: "Ratunku, czuję że niknę, powiedz mi coś, żebym znowu zaczęła istnieć". Mieliście kiedyś uczucie, że Was nie ma? Jeśli nie, to nie życzę Wam, żebyście poznali, jak to jest. Na szczęście spotkałam w swoim życiu osoby, które dokładnie wiedzą, co mi w takiej sytuacji powiedzieć i dzięki nim odzyskuję poczucie, że po prostu jestem. Przecież to w gruncie rzeczy nic nie kosztuje, albo bardzo niewiele - powiedzieć "Lubię cię taką jaka jesteś, nie zmieniaj się, jesteś potrzebna, mile widziana, bez ciebie to czy tamto nie byłoby takie samo, brakowałoby nam ciebie na tej imprezie, bez ciebie sam/a sobie z tym nie poradzę, dobrze się z tobą rozmawia" ... itp. A może się mylę...? Choć z drugiej strony zastanawiam się jak to jest, że jednak wiele osób nie potrzebuje, by im to ciągle mówić. Jakimś cudem sami z siebie wiedzą, że są OK. Jak oni to robią...?
piątek, 05 maja 2006
naprawdę bardzo nie lubię...
... gdy ktoś mi wjeżdża na samoocenę. A pewna pani wjechała, i to porządnie. No, wkurzyłam się co nieco :> Zadałam pytanie na pewnym forum poświęconym pewnemu mojemu hobby. A wspomniana pani na to: "Owszem, to jest słuszne, ale to pytanie na poziomie trzeciej lekcji kursu dla początkujących". Yyyyy... Słucham? Że co proszę? Zaraz odebrałam to tak, że ktoś mi zakwestionował moją wiedzę. Człowiek uczy się jakiejś dziedziny kilka lat, w tym dwa dość intensywnie, a tu ktoś go sprowadza do poziomu dla początkujących... Oczywiście, wiem, że na wielu zagadnieniach się nie znam. Ale po pierwsze, wszystko jest do nadrobienia i jestem w stanie się tego nauczyć. Po drugie, to że czegoś do tej pory nie umiem, może znaczyć choćby tyle, że jak dotąd nie miałam potrzeby zgłębiania akurat tego problemu, podczas gdy opanowałam dość dobrze wiele innych. Nie mówiąc o tym, że mogłam być na innych kursach i przeczytać inne ksiązki niż wspomniana pani. Ja tu piszę jakieś artykuły, których odbiór jest jak najbardziej pozytywny, udzielam się na forach, a tu...
Jak na ironię, niedawno wstępnie zarejestrowałam się na kurs dokładnie z tej samej dziedziny dla .... zaawansowanych. Widziałam program kursu dla początkujących i są tam chyba dwa zagadnienia znane mi jedynie ze słyszenia i jedno, o którym nie słyszałam nigdy, ale zakładałam, że nadrobię we własnym zakresie do rozpoczęcia kursu. No i przyznam, że teraz trochę zwątpiłam w siebie... I czemu mnie to aż tak dotknęło?
Na szczęście pewien sympatyczny współforumowicz napisał do owej pani, że jeśli to jest trzecia lekcja kursu dla początkujących, to każda lekcja musiałaby trwać ze 30 h i taki kurs musiałby być pierońsko drogi ;) Dzięki Ci, o współforumowiczu :)
|