|
|
sobota, 29 kwietnia 2006
czytanie blogów bywa bardzo pouczającym zajęciem...
Do tej pory jestem nieco
poruszona sytuacją, jaka rozegrała się na jednym z blogów,
które regularnie śledzę. Gdyż w autorce, jej odczuciach
i reakcjach zobaczyłam ... siebie. Zupełnie jakbym patrzyła w
lustro. Gdy kiedyś przeczytałam historię jej życia, bardzo mnie
to podniosło na duchu. Zobaczyłam, że osoba, która w
dzieciństwie i wczesnej młodości przeszła przez coś jeszcze
gorszego niż ja, szczęśliwie z tego wyszła i zdołała ułożyć
sobie życie. Wydawało się, że odnalazła spokój. Ale...
Wystarczyło coś, co dla kogoś z zewnątrz mogłoby wyglądać na
błahostkę, by poczuła, że jej szczęście jest zagrożone.
Uruchomiły się lęki i podejrzenia. Poddała się dokładnie temu
samemu mechanizmowi, który opisałam tutaj parę notek wcześniej,
jak również w jednym takim artykule. Nie uwierzyła,
że w końcu może być po prostu dobrze. Zaczęła szukać wokół
oznak końca jej szczęścia, zagrożeń być może zupełnie
wyimaginowanych - być może po to, by sama przed sobą potwierdzić,
że w jej życiu nie ma prawa być normalnie, bo to tylko cisza przed
burzą i zaraz rąbnie jakiś grom z jasnego nieba.
Mam skłonność do tego
samego. Ja i jeszcze parę innych osób, które miałam
okazję obserwować. Podejrzliwość, brak zaufania do innych, brak
wiary w to, że coś się może udać - tym wszystkim takie osoby
wykańczają same siebie. Mało tego, wykańczają innych wokół, widząc urojone zagrożenia i wyimaginowanych wrogów
za każdym zakrętem i za każdym drzewem. Uderzają jeszcze zanim
ktokolwiek zdąży zaatakować, a najczęściej uderzają kogoś,
komu się nawet o ataku nie śniło. Ostrzeliwują się wokół
jak żołnierze na froncie i czasem trafiają w kogoś zupełnie
niewinnego. Już takie osoby rozpoznaję - są to przeważnie, wg
określenia które znalazłam na blogu Vincenta, Dziwne Dzieci.
Takie, które za dużo widziały, ża dużo słyszały i którym
czegoś zabrakło - przede wszystkim elementarnego poczucia bezpieczeństwa... Całkowicie rozumiem ten mechanizm. Ubolewam przy tym, że zachowując się w
ten sposób można coś cennego zniszczyć, utracić... Przed oczami stanęła mi wizja mnie samej za lat być może kilka, w identycznej
sytuacji co autorka wspomnianego bloga - i dotarło do mnie, że nie wolno mi do tego dopuścić.
Odwołując się do poprzedniej notki - czasem nie wystarczy zmienić
perspektywę z parteru na czwarte piętro. Czasem trzeba spojrzeć w
lustro...
Zrozumiałam jeszcze jedną ważną
rzecz. Pomogło mi w tym pewne miejsce w internecie, które
jest niezłą gratką dla maniaków internetowych staroci -
takie internetowe muzeum i wehikuł czasu w jednym. Są tam zachowane
kopie różnych stron, tak jak kiedyś wyglądały, a także
takich, które już nie istnieją. Z jednej strony
fascynujące, z drugiej strony przerażające, bo okazuje się, że
nawet choćbyśmy starali się zatrzeć po czymś ślad kasując
stronę, notkę czy artykuł, to gdzieś tam ten ślad może pozostać
(zresztą pewna bardzo popularna wyszukiwarka też potrafi wyrzucić
kopię czegoś, co dawno zostało usunięte). Już kiedyś tam
zaglądałam, ale potem zapomniałam na długo. Ale wczoraj przyszło
mi do głowy, by zajrzeć. Chciałam bowiem sprawdzić, co ja
faktycznie napisałam na pewnych moich dwóch
skasowanych blogach i jak teraz odebrałabym to z perspektywy czasu.
Pamiętałam ogólny wydźwięk tych wypowiedzi i stan
psychiczny, w jakim je pisałam, ale nie pamiętałam dokładnych
słów, jakich użyłam. Do wczoraj nie miałam wglądu do tych
notek, gdyż przeważnie pisałam je od razu w panelu i kasując
blogi zakładałam, że odchodzą w niebyt. Myliłam się. Sporo się
tego znalazło, nie tylko tam, ale i jednak w jakimś starym
dokumencie odgrzebanym z czeluści mojego kompa. Nie wszystko, ale to
wystarczyło. Czytałam, czytałam i ... zrobiło mi się dokładnie
tak jak kiedyś, gdy jedna z takich notek została mi głośno
odczytana przez telefon, a ja zaniemówiłam na dobre kilka
minut i chciałam uciekać na koniec świata, by tego nie słyszeć.
"O CHOLERA JASNA....." - wyrzekłam sama do siebie, głośno
i powoli. A potem coś do mnie dotarło. To, że wtedy, około roku temu,
zachowywałam się dokładnie według pewnego wzorca, jaki
zanalizowałam niedawno we wcześniej wspomnianym artykule.
Mianowicie postępowałam bardzo podobnie jak mój ojciec, gdy
nie chciał pozwolić na to, by moja mama od niego odeszła.
Skopiowałam to, czego tak nie akceptowałam i czego świadkiem byłam
przez kilka dobrych lat mojego życia; nie robiłam tego w tak ostrej
i wulgarnej formie, ale zarówno cel, jak i skutek był
podobny. I choć tak bardzo bolało mnie obserwowanie tego w moich
czasach nastoletnich, to w trudnej sytuacji, z którą nie
mogłam sobie kompletnie poradzić, automatycznie wskoczyłam właśnie
w tę rolę, która została gdzieś tam we mnie wdrukowana. Zresztą nawet nie do końca wiedziałam, że można
inaczej. Zareagowałam instynktownie, irracjonalnie, biorąc odwet za
coś, co uważałam za swoją wielką krzywdę - tak jak to robił
mój ojciec. A on z kolei zachowywał się jak dziecko, któremu
zabrano ulubioną zabawkę, a ono krzykiem i tupaniem próbuje
wymusić jej oddanie. Tak, on emocjonalnie nadal jest dzieckiem, i
być może zawsze nim będzie. Ale ja nie powinnam nim być. Nie
wolno mi być taką samą jak on. Uświadomiłam sobie, że można i
trzeba inaczej. Co się stało, to się już nie odstanie, ale
przynajmniej wiem, czego powinnam się wystrzegać w przyszłości,
jeśli chcę kiedykolwiek mieć szansę na jakiś choćby względnie
udany związek.
Ciekawe, ale zaraz potem znalazłam parę przykładów z cyklu "można
inaczej". Okazuje się, że można zgodnie stwierdzić "nie
pasujemy do siebie i nie będziemy ze sobą szczęśliwi" i
podjąć decyzję o rozstaniu na zasadzie obopólnej umowy.
Można też, nawet jesli decyzję podjęła tylko jedna ze stron,
znieść to z godnością, mimo że piekielnie boli, nie traktować
tego jako końca świata i własnego życia, i nie krzyczeć:"
Jak mogłeś/aś mi to zrobić?! I co teraz ze mną będzie?!"
Można umawiać się ze swoim czy swoją eks na kawę i rozmawiać
jak para przyjaciół. Można nie zasypywać się zarzutami i
nie odgrzebywać przeszłości przy każdej okazji. Ba, można nawet
przyjaźnić się z obecnymi partnerami czy partnerkami naszych
byłych lub niedoszłych, nie widząc w sobie nawzajem zagrożenia
ani konkurencji... Czytałam o takich sytuacjach w wirtualu,
przyglądałam się im w realu - i za każdym razem szczęka opadała
mi do poziomu klepek podłogowych... Ludzie, jak wy to robicie?! Poza
tym przypomniał mi się film "Poza słowami"
(oglądaliście? Wiem, że minimum dwie osoby widziały :))). To, jak
na końcu postąpili główni bohaterowie, na co się
zdecydowali - przekracza moje wszelkie zdolności rozumienia...
Po tym wszystkim w mojej
głowie pojawiło się całe mnóstwo pytań. Jak nauczyć się
dopuszczać do siebie myśl, że też zasługujemy na szczęście i
że gdy jest wreszcie dobrze, to nie znaczy, że jest za dobrze,
tylko tak, jak być powinno? Jak nie szukać wszędzie oznak
realizacji swoich irracjonalnych obaw? Jak przy pomocy wspomnianych
obaw i podejrzeń nie zafundować sobie samym piekła na ziemi i przy
okazji nie zatruwać życia innym? A gdy nawet te obawy staną się
rzeczywistością i druga strona zdecyduje się odejść - jak jej na
to pozwolić? Jak sobie z tym poradzić, jak potem żyć? Jak
zapanować nad poczuciem, że właśnie odcięto nam dopływ tlenu i
za chwilę zginiemy, i nad związanym z tym przymusem zachowywania
się tak, jakbyśmy walczyli za wszelką cenę o życie? Jak nie
próbować ze wszystkich sił i na różne sposoby
nakłonić drugiej strony do powrotu? Jak wyzbyć się przekonania,
że ktoś, kto nie umiał nas pokochać bądź kochać przestał,
wyrządził nam ogromną krzywdę, za którą należy się
jakaś forma odwetu? Jak móc potem normalnie rozmawiać jak
przyjaciele, by te urazy co jakiś czas nie wracały? No i jak,
widząc potem tę osobę związaną z kimś innym, być w stanie
szczerze i z pełnym przekonaniem życzyć im szczęścia, nie czując
przy tym dławienia w gardle i tego nieznośnego uczucia, jakby ktoś
nam kroił serce na plasterki tępym nożem? Jak i gdzie można się
tego nauczyć? Pierwsza odpowiedź, jaka mi się nasunęła - w
normalnej, prawidłowej rodzinie... Ale przecież wiem o osobach,
których rodziny pozostawiały bardzo wiele do życzenia, a
mimo to zdołały sobie to jakoś wypracować... Musi być gdzieś
jakiś sposób, jakaś szansa dla takich jak ja... Słyszałam o przynajmniej jednym takim sposobie. Tylko jak się przełamać i odważyć....? Wiem jedno - żadnej grupy. Żadnych utkwionych we mnie spojrzeń, żadnego publicznego spowiadania się z tego, co najciemniejsze i najbardziej bolesne. Powiecie - "a przecież w internecie często to robisz". Tak, ale internet to co innego. Tu czytają mnie albo osoby, które znają mnie na tyle, że nic ich nie zdziwi, albo przeżyły coś podobnego i rozumieją, albo też nie znają mnie wcale i szanse na spotkanie ich są niewielkie, więc raczej się nie skompromituję. Natomiast bezpośrednia interakcja z obcymi ludźmi, mówienie o takich sprawach i bycie pod obstrzałem ich wzroku wydaje się przekraczać moje możliwości...
niedziela, 23 kwietnia 2006
a bigger picture
[(Jednak wena działa regularnie -
ledwo napisałam w komentarzu o tych 3-4 dniach, dopadła mnie tak,
że pisałam do 4 w nocy i zostawiłam na następny dzień do
poprawienia i skończenia, bo potem już padłam ze zmęczenia:)
Teraz, po gruntownej korekcie i uzupełnieniu, wklejam to, co
wyrzuciłam z siebie w nocy. ]
Ze specjalną dedykacją dla tych,
którzy mnie nie rozumieją...
Dziwne... Właśnie ogarnęło mnie
pewne niezrozumiałe uczucie, które zdarzyło mi się już
kilka razy w życiu, a które może mi być trudno ująć w
słowa tak, by każdy mnie właściwie zrozumiał. Mam też
nadzieję, że przy pomocy poniższych rozważań uda mi się nie stworzyć wrażenia, że coś nie tak z
moją psychiką ;) Otóż poczułam się jakoś tak... jakby
moje prawdziwe ja było czymś kompletnie niezależnym od tego, co
normalnie rozumiem jako swoje ja, czyli osoby zwanej Magdaleną K.,
lat niemal 27, wzrost średni, oczy zielone, znanej w niektórych
kręgach jako Limetka, zamieszkałej realnie w
pewnym mieście na O, a wirtualnie w Miejscu Oświetlonym Księżycem.
Poczułam się tak, jakby wszystko, co przytrafia się w życiu
wymienionej osoby przytrafiało się tak naprawdę komu innemu,
podczas gdy prawdziwa ja stoję sobie z boku i się temu wszystkiemu
przyglądam. Co więcej (a to już jakieś całkiem pokręcone),
poczułam się tak, jakbym została w jakimś sensie (nie pytajcie w
jakim, bo sama tego nie rozumiem) tymczasowo wstawiona w pozycję
właśnie tej a nie innej osoby, z tym a nie innym nazwiskiem,
wyglądem, okolicznościami życiowymi itp. Tymczasowo, tak jakby to
się mogło kiedykolwiek zmienić. Tak jakby to, co stanowi istotę
mnie, było czymś ważniejszym, trwalszym, bardziej obiektywnym i
mądrzejszym niż wspomniana Magdalena K. Limetka Księżycowa, jakby umiało wznieść się ponad doświadczenia tej
osoby i ogarnąć je szerszym spojrzeniem. To dość niedoskonałe
porównanie, ale to było trochę tak, jakbym oglądała jakiś
film czy sztukę z tą osobą w roli głównej, sama umiejąc
zdystansować się do wydarzeń. Nawiasem mówiąc, nieraz
myślałam, że różne moje doświadczenia mogłyby stanowić
niezły temat na książkę czy scenariusz, ponieważ życie
dostarcza mi takich zwrotów akcji, jakich sama nigdy nie
wymyśliłabym we własnej głowie. Nie to jednak jest najważniejszym
wnioskiem z powyższego. Najważniejszym wnioskiem z powyższego jest
poniższe ;)
Otóż taka umiejętność
spojrzenia na siebie z boku bądź z góry łączy się z
umiejętnością zobaczenia szerszej perspektywy zdarzeń.
Przychodzi mi do głowy dość oczywiste porównanie, a
jednocześnie mające odniesienie bardzo konkretne - to jak różnica
między widokiem z okna na parterze a widokiem z okna na czwartym
piętrze :) Do niedawna, z perspektywy parteru, widziałam
rzeczywistość może kilkadziesiąt metrów przed sobą. Z
czwartego piętra widzę pół miasta. I z takiej właśnie
innej perspektywy to, co wydawało się pozbawione sensu, potrafi
czasem tego sensu nabrać. Nieraz w swoim życiu słyszałam pytania:
"Dlaczego akurat tak postąpiłaś? Czemu dokonałaś takiego a
nie innego wyboru? Czemu się w to pakujesz? Ja na Twoim miejscu bym
tak nie postąpił/a". Tak, dokonuję czasem niezrozumiałych
wyborów i robię posunięcia sprawiające wrażenie, jakby
zabrakło mi instynktu samozachowawczego. Trzymając się powyższego
porównania, to faktycznie tak wygląda, gdy patrzymy z
wysokości parteru. Ale gdy nagle znajdziemy się te parę pięter
wyżej, można dostrzec wiele rzeczy, których się wcześniej
nie widziało.
Dlaczego robiłam i robię to, czego
inni by na moim miejscu nie zrobili? Dlaczego pakuję się w
pogmatwane sytuacje? Najprawdopodobniej chodzi o to, że mam się
czegoś nauczyć i coś zrozumieć. O to, że na tym etapie jest mi
to do czegoś potrzebne. Tak, różne doświadczenia, na które
nieraz klęłam ile wlezie i byłam skłonna traktować je jako
niezasłużoną karę za niepopełnione przewinienia. W jakimś celu
musiałam przez to przejść - jeszcze nie potrafię do końca
ocenić jakim, ale jednym ze składników tego celu (o ile w ogóle można mówić o czymś takim jak składniki celu ;)) jest właśnie
zmuszenie mnie, bym zaczęła myśleć i uzyskała zrozumienie. Nie
wiem, może ma mnie to przygotować do czegoś, co zdarzy się w
przyszłości. Może mam doświadczyć różnych niepowodzeń i
braków, żebym tym bardziej potrafiła docenić, gdy coś mi się
powiedzie. I żebym nie sądziła tak, jak niektórzy, że
pewne rzeczy w życiu są zapewnione domyślnie w pakiecie gratis. No
i może chodzi o to, że w życiu z założenia nie ma być tylko
łatwo i fajnie. Bo gdyby w życiu miało być tylko łatwo i
fajnie, leżelibyśmy całe życie na kanapie do góry brzuchem
i zmieniali kanały w telewizorze; ewentualnie od czasu do czasu
wyskoczylibyśmy na jakąś imprezę, by przerwać monotonię. I na
pewno takie życie nie zmusiłoby nas do myślenia nad sobą, do
uczenia się, do szukania rozwiązań i właśnie uzyskania tej
szerszej perspektywy. Patrzylibyśmy tylko parę metrów przed
siebie, na ekran telewizora, nawet przez okno nie chciałoby nam się
wyjrzeć.
Kolejna ciekawa rzecz - trzymając się
tej analogii z piętrami, czasem stwierdzam, że droga na te wyższe
piętra postrzegania prowadzi czasem przez ... piwnicę. Zupełnie
tak, jakby jedyny dostęp do schodów czy windy znajdował się
nie na parterze, ale pod ziemią. Trzeba czasem zejść bardzo nisko,
dotknąć jakiegoś dna, zmierzyć się z jakąś mroczną głębią,
by znaleźć drogę prowadzącą w górę. Nieraz się już na
to powoływałam, ale przypomina mi się pewien bardzo znaczący sen,
który miałm jakieś 3 lata temu. Śniło mi się, że wraz z
moją kuzynką miałyśmy wejść po schodach właśnie na wyższe
piętro jakiegoś budynku. Układ schodów był przedziwny,
częściowo falisty, częściowo spiralny; co jakiś czas prowadziły
o kilka czy kilkanaście stopni w dół, a potem znowu wznosiły
się ku górze, przez co trzeba było nieraz zejść niżej, by
potem móc dalej się wspinać. Wtedy moja kuzynka w tym śnie
wyrzekła zdanie, które zapadło mi w pamięć i nad którym
później nieraz się zastanawiałam: "Trzeba czasem zejść
niżej, by móc wejść wyżej". I jestem skłonna
powiedzieć, że w tym krótkim zdaniu zawiera się kwintesencja
znacznej części moich doświadczeń... Około roku później,
gdy zamieściłam je w swoim profilu na jednej takiej witrynie
internetowej, niegdy bym się nie spodziewała, że tak trafnie
będzie opisywało to, co mi się później przydarzy...
Zupełnie jakby to było jakieś proroctwo....
[Poniższego fragmentu proszę nie
komentować. Poważnie się zastanawiałam, czy go tu w ogóle
umieścić, ale najwyżej potem go wytnę.] Był czas, gdy różne
elementy powyższej koncepcji dzieliłam z kimś jeszcze. Wydawało
mi się, że po tym, jak w zeszłym roku najpierw sprawiliśmy sobie
wzajemnie wiele cierpienia, a potem byliśmy w stanie być ponad to
wszystko i się pogodzić (co było kompletnie niezrozumiałe dla
części obserwatorów) oboje zyskaliśmy jakieś głębsze
zrozumienie, zdobyliśmy się właśnie na spojrzenie z szerszej
perspektywy. Wydawało mi się też, że znajomość dająca taki
poziom zrozumienia powinna być bardzo ważna i warta zachowania na
bardzo długo, wręcz na całe życie, a przeszkody, które
mogłaby napotkać, powinny być warte pokonania i przedyskutowania.
Niestety, później odniosłam wrażenie, że to, co miało
wielkie znaczenie dla mnie, nie było widocznie aż tak ważne dla
drugiej strony. Bo gdy w pewnym momencie zaczęło się robić
trudno, okazałam się być wśród kandydatów do
wyrzucenia z życia pod pretekstem robienia w nim generalnych
porządków. Gdy sobie to uświadomiłam, miałam wrażenie,
że cała koncepcja, na której oparłam sens swoich
wcześniejszych bolesnych doświadczeń, runęła w jednym momencie i
okazała się właśnie pozbawiona sensu. Dosłownie grunt mi się
spod nóg usunął - " jak to, więc to wszystko było na
próżno?" Już nie mówiąc o bolesnym ciosie dla
mojego ego, gdy zobaczyłam, że znajomość ze mną jako taką może
być nieistotna, że można z niej zrezygnować ot tak sobie...
Dlatego właśnie tak ostro zareagowałam i popełniłam potem kilka
głupot. Człowiek, który zostanie pozbawiony czegoś, co
sobie z trudem wypracował i widzi, że to wszystko być może
opierało się wyłącznie na iluzjach, potrafi reagować jak osoba
tonąca, machając na oślep rękami i nie patrząc, że może
pogrążyć także kogoś innego... Ech, to porównanie też mi
coś przypomina... Tak czy inaczej, decyduję się teraz do tej
koncepcji wrócić - choćby wyłącznie na własny użytek.
Jednocześnie doceniam to, jaką rolę różne osoby i
zdarzenia odegrały w kształtowaniu u mnie procesu zrozumienia.
Szczególnie te osoby, które w tej roli zostały
postawione wbrew swej woli. Ale może dzięki temu i one coś
zrozumiały... Mam wrażenie, że niedługo mogę znaleźć się na
takim etapie, że wręcz będę im za to wdzięczna... [koniec
fragmentu].
Nie wiem, ile udało mi się tu
przekazać z tego, co zamierzałam. Możliwe, że ktoś sceptyczny i
trzeźwo myślący stwierdzi, że te spostrzeżenia nie są efektem
żadnej szerszej perspektywy, tylko mojego myślenia życzeniowego i
skłonności dorabiania do wszystkiego teorii. Ale nawet jeśli myślę
życzeniowo, to co z tego? Jeśli mi to pomaga żyć i nie dowalać
samej sobie (albo dowalać nieco mniej ;)) , to nie ma w tym nic
złego. Wolę myśleć, że moje doświadczenia jednak mają głębszy
sens, a nie są złośliwym żartem losu, który bawi się mną
jak kot myszą. A na zakończenie tego przydługiego wywodu
chciałabym zacytować fragment tekstu pewnego utworu, który
wydaje się go podsumowywać w sposób zadziwiająco trafny:
"I've been to the bottom I've
been on the train I've slept in the gutter with my head in a
drain I've been brutally proud I've been mortally shamed But
this is not a crime I'm just learning, my friends, That it's
all in the game and we will climb higher in time".
piątek, 21 kwietnia 2006
zamglony świt nad Olsztynem...
... raczej nie nastraja optymistycznie. Zwłaszcza, gdy się patrzy w okno o godznie piątej ileś tam, chyba po czterech godzinach bezsennego przewracania się z boku na bok i gapienia się w sufit. Zastanawiające, dlaczego o takiej porze sprawy, które w ciągu dnia wyglądają na błahe, nagle zyskują na ważności i docierają do świadomości z całą intensywnością, a może nawet w formie przejaskrawionej.
W nocy wszystkie koty są czarne... A o szarym świcie życie wydaje się też szare... A propos kotów - nawet nie mam teraz przy sobie kota, by móc go przytulić. Jeszcze nie zdecydowalam się przetransportować go do mieszkania w bloku. Nie wiem, jak się zaaklimatyzuje, jest przyzwyczajony do wychodzenia i biegania po ogrodzie...
Główny, powracający motyw - samotność. Pustka, cisza aż uszy bolą, zagłuszana jedynie wiatrakiem komputera, brzęczeniem lodówki i radiem. Gadanie prezentera stwarzające iluzję czyjejś obecności. Widok z okna na nowe kolorowe bloki. W jednym z nich koleżanka z mężem kupują mieszkanie. Teraz czeka ich długie i żmudne spłacanie kredytu. Zazdroszczą mi, że niczego nie muszę spłacać. A ja im zazdroszczę, że mają siebie nawzajem i mogą się wspierać w tym spłacaniu. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia... Z jednej strony tęsknię za jakąś bliskością, za jakimś własnym życiem, do tego stopnia, że czasem mam wrażenie, że zwariuję. Z drugiej strony boję się panicznie. Bo jeśli to ma wyglądać tak, jak napisałam dwie notki temu - a będzie wyglądało, bo ja inaczej nie umiem - to ani ja tego nie zniosę, ani druga strona, choćby to był najcierpliwszy człowiek na świecie. Nie wolno mi tego robić - ani sobie, ani nikomu innemu...
Panuje ostatnio jakiś dziwny urodzaj na blogi osób szczęśliwych i spelnionych w miłości - albo to ja na takie trafiam... Czytam je tak, jak niektórzy oglądają telenowele - z braku własnych przeżyć znajdują substytut w postaci cudzych. Kiedyś już pisałam o tym, ale zaraz przypomina mi się opowiadanie, które wiele lat temu wygrało konkurs w jakimś czasopiśmie. Nie pamiętam dokładnej treści, ale było to o dziewczynie, której mieszkanie sąsiadowało z mieszkaniem bardzo szczęśliwych ludzi, a wszystko, co się u nich działo, było słychać u niej przez ścianę. Po jakimś czasie wspomniana dziewczyna tak się uzależniła od słuchania tego, co było za ścianą i życia życiem innych w braku własnego, że... wniknęła w tę ścianę, stała się nią. I była zadowolona z tego faktu, bo dzięki temu mogła być bliżej... A mnie niedługo chyba wchłonie wirtualność - z braku ciekawej realności. Nie będzie mnie samej, tylko mój komputer. Zagubię się gdzieś w strumieniu bitów. Albo będę oglądała ludzi od drugiej strony monitora. Zamiast kolejnych kanałów telewizyjnych - losy kolejnych internautów. A z drugiej strony, mimo tego wszystkiego co napisałam powyżej, mam czasem ochotę krzyknąć, żeby ludzie zabrali gdzieś to swoje szczęście, gdzie nie będę musiała go oglądać, nie afiszowali się z nim przede mną, bo dłużej tego nie zniosę, bo przez kontrast tym wyraźniej widzę, czego w moim własnym życiu brakuje...
No i stworzyłam kolejną notkę, której albo nikt nie doczyta do końca, albo znaczna część czytelników uzna ją za niekomentowalną :]
środa, 19 kwietnia 2006
czas na trudne pytania
Najpierw zastanawiałam się nad tym, co dla mnie jest szczęściem i do niczego konstruktywnego nie doszłam. A teraz zastanawiam się nad mechanizmami działania ludzkiej psychiki i tym, dlaczego za jednym razem czas działa na moją korzyść, a za drugim, w podobnej sytuacji, już nie... Nawet jeśli tego czasu mija wielokrotnie więcej. Tez pewnie do niczego konstruktywnego nie dojdę... Chciałabym sama sobie życzyć tego, co w wierszyku z poprzedniej notki. Szczególnie pierwszych trzech linijek...
sobota, 15 kwietnia 2006
i jeszcze życzonka
Chociaż życzonka były już pod koniec poprzedniej notki, jednak nie powinnam zakładać, że ktoś przed świętami będzie miał czas i ochotę dobrnąć do jej końca, by je przeczytać ;) No to jeszcze raz i tym razem na początek posłużę się cytatem:"dużo ludzkiej życzliwości
załagodzeń i przybliżeń
po pierwsze - zdrowia
po drugie - zdrowia
po trzecie - jak wyżej" :)No i tego, co w poprzedniej notce - żebyście doświadczali jak najczęściej tego, co jest dla Was prawdziwym szczęściem; a jeśli tak jak ja jeszcze nie wiecie co to jest, to życzę Wam, żebyście znaleźli :)
szczęście - ale co to u licha jest?
Kontynuuję wątek o szczęściu, nieszczęściu, braku nieszczęścia i tym podobnych...
Robiłam zakupy przedświąteczne. Nie znoszę tego. Tłum, ścisk, poddenerwowanie, pośpiech, ludzie nie patrzą na innych, potrącają się wózkami i niemal tratują się wzajemnie. Wskutek tego po chyba godzinnym pobycie w supermarkecie wyszłam stamtąd z mocnym postanowieniem, że następnym razem będę chodzić do marketów w butach na cienkich szpilkach i z ostrym czubem. Dlaczego? A dlatego, by jeśli jakieś wstrętne krówsko znowu przejedzie mi wózkiem z zakupami po nodze albo wyrżnie mi nim w brzuch, móc najpierw stanąć jej całym ciężarem ciała na stopie, poprawić kopniakiem w kostkę, a następnie powiedzieć z jadowitym uśmieszkiem: "Ależ bardzo panią przepraszam...."
W takim właśnie nastroju pod tytułem "nie podchodzić, bo kopię, gryzę i jadem pluję" weszłam do kolejnego sklepu, tym razem branży kosmetyczno-chemicznej. Sprzedawczyni przy kasie zaprodukowała uśmiech nr 5:" A oto specjalnie dla pani próbka najnowszego kremu z fitoendorfinami, czyli hormonami szczęścia. Pani skóra będzie szczęśliwsza".
Skóra może tak. Ale nie właścicielka skóry. Najpierw miałam ochotę zaśmiać się szyderczo. A potem po raz kolejny dotarło do mnie coś, nad czym zastanawiałam się już nieraz. Żaden słoiczek żadnego smarowidła nie uczyni mnie szczęśliwszą. Co więcej, żadne zmiany imażu vel imidżu, żadne nowe fryzury, grzywki, bluzki itp. Mogłabym wydać fortunę na kosmetyki i ciuchy, przebrać i przemalować na kogoś innego, ale na co by mi to przyszło? Co z tego, że obecnie lustro znacznie częściej jest moim przyjacielem niż wrogiem, a pamiętam czasy nastoletnie, gdy miałam ochotę wytłuc wszystkie lustra w domu? Czy jestem bliżej prawdziwego szczęścia niż byłam wtedy? No, może trochę....
Wszędzie wbijają mi do głowy, że jeśli kupię to czy tamto, a zrobię owamto, będę bliżej tego niezdefiniowanego, mitycznego czegoś, co nazywają szczęściem. Substytut na substytucie substytutem pogania. Ale co nie jest substytutem? Co jest szczęściem PRAWDZIWYM? Już od dawna jestem zdania, że nie może to być coś uniwersalnego, bo co jednego by uszczęśliwiło, dla drugiego jest przekleństwem i nie ma chyba takiej rzeczy, która dawałaby szczęście wszystkim bez względu na wszystko. No to może inaczej - co jest prawdziwym szczęściem dla mnie? Uświadomiłam sobie, że tak naprawdę to nie mam zielonego pojęcia...
Wiedza? Umiejętności? Papiery? Dyplomy? Nieee.... Tego w swoim życiu nazbierałam trochę i chyba tylko dlatego, by sobie uświadomić, że wiele osób widzi u mnie tylko wiedzę i intelekt, a nie całą resztę, co mnie koszmarnie frustruje. Jak również po to, by czasem za dużo wiedzieć, za dużo myśleć i za dużo rozumieć, żeby.... być szczęśliwą.
Miłość? Kiedyś myślałam, że to by wszystko załatwiło. Tylko poczuć się kochaną i akceptowaną, "and the rest will follow". Ale teraz wydaje mi się, że nie. Nie mówię już nawet o tym, że z bezpośredniego doświadczenia znana mi jest tylko miłość nieszczęśliwa i nieodwzajemniona. Ale próbowałam sobie wyobrazić co to by było, gdybym jednak trafiła na delikwenta - chyba jakiegoś kompletnego desperata :> - który by się jednak zdecydował na to, by obdarzyć mnie wzajemnością i być ze mną. Na początku byłaby euforia, że wreszcie zdobyłam to, na co tak długo czekałam. A potem zaczęłyby się schizy i jazdy: "Przecież to niemożliwe, ja bym miała w końcu być kochana? Mnie by się to miało udać? Pewnie to tylko na krótką metę, to nie może długo potrwać. Znudzi się mną, w jakiś sposób się nie sprawdzę, znajdzie sobie inną, ciekawszą..." Nie mogłabym sobie pozwolić na cieszenie się tym co mam, rozkoszowanie się chwilą obecną, bo zaraz sprowadzałaby mnie na ziemię natrętna myśl, że to kiedyś minie, że wszystko się skończy, że się zawali, że on zniknie z mojego życia i że nie mogę do tego dopuścić, bo jak miałabym wtedy żyć dalej... A potem zaczęłabym wszędzie szukać potwierdzenia moich obaw. Krzywo spojrzał, powiedział coś zniecierpliwionym tonem, nie zwrócił na coś uwagi - i od razu kamera start, kręcimy film pt. "On mnie już nie kocha". I w ten sposób doprowadziłabym, skutecznie i niezawodnie.... właśnie do realizacji moich koszmarów na jawie. Bo powiedzmy obiektywnie - czy można z kimś takim wytrzymać? Ja sama, patrząc na siebie z boku, stwierdzam że nie można. Sama ze sobą z tego powodu czasem nie mogę wytrzymać. Tak między nami - mogłabym nawet powiedzieć, że czasem sama siebie za to nienawidzę... Wiem jedno - nie wolno mi kochać ludzi w ten sposób. Ale w inny sposób nie potrafię - może z dwojga złego lepiej nie kochać w ogóle....
Ale wracając do szczęścia. Popatrzmy, co tam jeszcze ludzie uważają za sposoby osiągnięcia go. Rodzina? Śmiech pusty mnie ogarnia, nie będę już drążyć tematu, gdyż stali czytelnicy moich blogów
wszelakich poznali moją opinię na ten temat już nieraz (i nie dwa, i
nie pięć). Pieniądze? Nie wiem jak to jest mieć ich naprawdę dużo, ale wiem, że niejeden już się na tym przejechał i nawet nie chce mi się długo rozwodzić nad wyświechtanym, acz prawdziwym frazesem, że pieniądze szczęscia nie dają, co najwyżej większą wolność wyboru, a i to nie zawsze. Zdrowie? Spytajcie kogoś ciężko chorego lub niepełnosprawnego, a zapewne przytaknie z zapałem. Tyle że cały czas szukam czegoś, co mialoby zastosowanie konkretnie dla mnie. Może gdyby mi tego zdrowia zabrakło (tfu tfu przez lewe ramię i odpukać w niemalowane), to doceniłabym co mam. Ale z drugiej strony uważam, że zdrowie właściwie nie jest szczęściem, tylko brakiem nieszczęścia, stanem neutralnym, wyjściowym, (defaultowym, jak mawiają niektórzy informatycy ;)) .
Widzę, że powszechnie przyjmowane opinie o szczęściu nie mają za bardzo zastosowania wobec mnie. Bardzo więc możliwe, że moja droga do szczęścia nie jest tą drogą, którą idzie większość. I może dlatego poczułam się dotknięta, gdy koleżanka z pracy, po tym jak chciała się bawić w swatkę, stwierdziła: "Ale ja tylko chcę, żeby wszyscy byli szczęśliwi". Szczęśliwi - wedlug jej wyobrażenia, które wcale nie jest moim. No tak, ale ciągle nie doszłam do tego, jakie to moje wyobrażenie jest. Owszem, zdarza mi się czasem na dość krótki czas dotknąć tego ulotnego stanu. Opisałam to choćby tutaj: http://limetka.blog.pl/archiwum/index.php?nid=9840463 czy tutaj: http://limetka.blog.pl/archiwum/index.php?nid=10860285 . Ale trudno mi powiedzieć, co ten stan tak naprawdę wywołało. Było to coś nieuchwytnego, co pojawiło się spontanicznie, bez jakichkolwiek świadomych zabiegów z mojej strony, bez dążeń i starań, bez zamartwiania się, że to ucieknie. Bo może miałam pewność, że wróci... Czasem pomagały bodźce wzrokowe w postaci widoku, czasem słuchowe w formie muzyki, czasem wspomnienia... No i dość często była to świadomość, że coś potrafię, coś mi się udało, że umiałam coś celnie ująć, trafić w samo sedno czegoś, że potrafiłam nadać jakąś choćby częściowo dla innych zrozumiałą formę tym wszystkim pomysłom, słowom i obrazom, które tworzą się w mojej głowie. Tak czy inaczej - kwestia jest do przemyślenia. Może gdy znajdę cechy wspólne chwil, gdy wydawało mi się, że zaznałam szczęście, dojdę do tego, co szczęście u mnie wywołuje? No tak, mam o czym myśleć na święta...
No i na koniec tej nieprrrrrrawdopodobnie dlugiej notki chciałabym Wam (albo przynajmniej tym z Was, którzy dobrną do końca i te słowa przeczytają ;))) z okazji świąt życzyć, byście jak najczęściej przeżywali to, co jest prawdziwym szczęściem dla Was samych. A jeśli tak jak ja jeszcze nie wiecie co to jest, życzę Wam, żebyście to znaleźli :)
środa, 12 kwietnia 2006
zajęcie
Jedna z zalinkowanych blogowiczek pisze, że nie ma za bardzo czasu na blogowanie, bo jest zajęta byciem szczęśliwą. A ja mogę powiedzieć, że jestem zajęta niebyciem nieszczęśliwą, co jak na mnie jest sporym sukcesem :] I wcale nie przeszkadza mi to w pisaniu, zwłaszcza że niedługo będę zajęta niebyciem zajętą :) A czym jeszcze jestem zajęta? Uleganiem kobiecym słabostkom w postaci nowych butów i perfum. Długimi spacerami w okolicach nowego miejsca zamieszkania (nawiasem mówiąc ciekawe, kiedy wreszcie przestanę odruchowo wpisywać wszędzie dawny adres - dziś wysłałam już 2 maile ze sprostowaniem adresu, bo się pomyliłam :)) . Pisaniem wszystkiego, co mi przyjdzie do głowy i zamieszczaniem tego gdzie popadnie. A przede wszystkim pisaniem pozbawionych głębszej treści i właściwie zbędnych notek blogowych, takich jak ta, stwarzających pozory, że w ogóle mam o czym pisać :] Bo nie mam. Jak już swego czasu zauważyła pewna zalinkowana tu koleżanka ;)) łatwiej jest pisać o problemach i dramatycznych przeżyciach niż o tym, że jest normalnie. Może nie tyle normalnie, co spokojnie, gdyż dla mnie stan względnego braku problemów nie jest normalny. Aż się czasem boję napisać "jest OK", bo zaraz ogarnia mnie dziwna, jakby nieco przesądna obawa, że zaraz zdarzy się coś, co jednak przekona mnie, że niekoniecznie. Zawsze miałam takie idiotyczne przeświadczenie, że jeśli jest dobrze, to jest za dobrze i nie może to długo potrwać. Na razie przyzwyczajam się do tego, że w końcu nie jest źle - i próbuję uwierzyć, że taki stan może być długotrwały. Uczę się nie być nieszczęśliwa i z braku realnych nieszczęść nie tworzyć wyimaginowanych. Uczę się nie szukać dziury w całym i nie myśleć o tym, że gdy wracam z pracy do mieszkania, to już przeważnie do końca dnia nie słyszę własnego głosu, bo nie mam do kogo go wydawać, co najwyżej mogę klepać w klawiaturę... Bo tak naprawdę, jak wielokrotnie powtarzała u siebie Fru, wszystko jest poza słowami...
Update: Jeśli ktoś z Was wysłał do mnie wiadomość na GG około trzeciej w nocy, to uprzedzam, że o tej porze już zwykle mnie nie ma :) Poza tym, droga rozmówczyni-i-czytelniczko, drogi rozmówco-i-czytelniku, mam ogromną prośbę. Jeśli wysyłasz do mnie wiadomość po raz pierwszy, masz kilka numerów GG, z których nie wszystkie mogę mieć w kontaktach, ewentualnie nie rozmawialiśmy przez więcej niż ostatnie kilka miesięcy,bardzo proszę, najpierw się przedstaw, gdyż przeważnie nie odpowiadam osobom, których nie znam przynajmniej z nicka. A już na pytanie "jesteś?" pochodzące z niezidentyfikowanego numeru mam ochotę odpowiedzieć "nie, to nie ja, rozmawiasz z moim duchem. Prawdziwa M. ma zdolności paranormalne i już dawno by Cię rozpoznała" :)
niedziela, 09 kwietnia 2006
pytania wkurzające i kłopotliwe
Takie, po których nie mam pojęcia, jak się zachować. Najchętniej odburknęłabym tak, żeby w pięty poszło, ale zakładam, że osoba pytająca miała dobre chęci, tylko nieco brak jej wyczucia. Tylko jak delikatnie dać do zrozumienia, że więcej sobie takich pytań nie życzę? A niestety coraz częściej słyszę je ze strony znajomych w pracy.
1. "Kiedy parapetówka?"
Pierwsze pytanie, jakie padło, gdy pochwaliłam się w pracy mieszkaniem. Odpowiedziałam coś wymijająco i liczyłam na to, że zapomną, ale niestety, jest ono ponawiane. Najchętniej odpowiedziałabym - na świętego Nigdy. Nie zrozumcie mnie źle - jest parę osób, które chcę i zamierzam zaprosić. Osób, które mnie znają na wylot i które wiedzą, czego się spodziewać. Które zrozumieją, dlaczego jedynymi dostępnymi napojami będą kawa, herbata, soki i cola. Które rzeczywiście chcą się spotkać, a nie narąbać. I które, przede wszystkim, wezmą poprawkę na mój totalny brak obycia towarzyskiego i to, że przez kilkanaście lat nikogo nie zapraszałam do domu. Które nie będą się dziwić mojemu skrępowaniu, temu, że czasem nie wiem jak się zachować i że czasem nie wpadnę na coś, co dla tzw. normalnych ludzi byłoby oczywiste. Powiedzmy to otwarcie - jeśli chodzi o spotkania towarzyskie, imprezy i przyjmowanie gości w domu, czuję się czasem jakbym się urwała z buszu albo wychowała w piwnicy. Do niedawna była wymówka, że nie mam warunków. Teraz wymówki nie ma i będę musiała się w końcu zmierzyć z brakiem podstawowych umiejętności społecznych. Ale, kurczę, powoli, nie od razu takie wyzwania! To tak, jakby kogoś nie umiejącego pływać rzucić od razu na głębinę. A nie lepiej dać mu poćwiczyć podstawowe ruchy przy brzegu? Tylko nie wiem, jak to wytłumaczyć połowie ekipy z firmy nie spowiadając się jednocześnie z tego, jak wyglądała moja sytuacja domowa. Nie zrozumieją, a wręcz przeciwnie, mogą na mnie spojrzeć z lekceważeniem i politowaniem. Zamierzam grać na zwłokę i ściemniać, że muszę najpierw dożyć do wypłaty i się nieco urządzić (co akurat jest prawdą). A zaproszę i tak tych, których będę uważała.
2. "Czy ty masz narzeczonego? Dlaczego nie masz? Musisz sobie kogoś znaleźć, nie można być całe życie samotną. Tu same mężatki, trzeba cię wyswatać".
No cholera, zaczyna się. Do tej pory takich tekstów nie słyszałam, a teraz widać nadeszła pora. I ciekawe, że nie serwuje mi tego moja własna rodzina, po której już prędzej bym się tego spodziewała; nawet dziadkowie, którzy własnej córce, młodszej siostrze mojego ojca, dogryzali na temat jej rzekomego staropanieństwa (wyszła za mąż, gdy była o rok starsza ode mnie), wobec mnie nie pozwalają sobie na takie teksty. A kto to mówi? Koleżanka z pracy, która w wieku nieco powyżej trzydziestki jest już mężatką z chyba 10-letnim stażem. W związku z tym być może rzeczywiście uważa wolne 27-latki za stare panny. Ale co z tego? W takie sprawy nikt nie powinien wtrącać się na siłę. Przytkało mnie co nieco, więc nie potrafiłam znaleźć wystarczająco celnej, a jednocześnie nie nazbyt ostrej riposty, ale inna koleżanka, która akurat weszła w trakcie rozmowy (notabene też będąca singlem), poczuła się również dotknięta i coś odpowiedziała. Na to wspomniana mężatka: "Ale ja tylko chcę, żeby wszyscy byli szczęśliwi". Odpowiedź koleżanki: "Szczęście jednego nie musi być szczęściem drugiego". I pod tym mogłabym się podpisać. nie znosze uszczęśliwiania na siłę. Poza tym, czy ja naprawdę znowu muszę się spowiadać przed współpracownikami z mojej sytuacji rodzinnej i że boję się "action replay" we własnym życiu? Z tego, że owszem, chcę, by mnie ktoś kochał, ale muszę mieć zawsze awaryjną drogę odwrotu, więc się nie chcę wiązać zbyt definitywnie? Że nie marzę i nigdy nie marzyłam o całej tej pompie, białej kiecce, a potem trójce dzieci i domku z ogródkiem? Wiem, że wiele osób tak sobie wyobraża szczęście, ale ja nie jestem wiele osób. A przede wszystkim, nic na siłę. Mam się zachowywać jak desperatka, umieszczać ogłoszenia w serwisach randkowych i może jeszcze wychylić się przez okno i krzyczeć: "Halo, jestem do wzięcia?" Jeśli coś ma się zdarzyć, to się zdarzy. Może nie jestem jeszcze gotowa. A może nigdy nie będę? Na razie muszę znaleźć sposób, by radzić sobie z ludźmi, którzy nie potrafią tego zrozumieć.
czwartek, 06 kwietnia 2006
czy to normalne...
..... że obrzydzenie wywołuje we mnie pewna reklama, w której dwoje młodych ludzi podaje sobie nawzajem lody na łyżeczkach, którymi przed momentem ewidentnie sami te lody jedli (bo nie widać, by się tymi yżeczkami wymieniali, nie mówiąc już o ich myciu)? Może jestem jakaś popieprzona, ale takjuż mam, że odrzuca mnie sama myśl o jedzeniu czyjąś łyżką czy piciu z czyjegoś kubka, a już pojęcie "dawania gryza" np. czyjejś kanapki czy jabłka nie mieści mi sie w głowie. A przy tym wcale nie mam obsesji na temat czystości, chorób i zarazków. Czy tylko ja tak reaguję? *** Nowy szał wśród znajomych z pracy - diety. Jestem kompletnie na ten szał odporna :] Ostatnio podrzucili mi wydruk z netu - dieta zgodna z grupą krwi. Od razu źle mi sie to skojarzyło, bo kiedyś przegladałam książkę na ten temat i coś mgliście pamiętałam, że zalecali mi wyrzec się wszystkiego, co lubię najbardziej i jeść albo to, czego nie lubię najbardziej, albo to, co można jedynie kupić w specjalistycznych sklepach ze zdrową żywnością po kosmicznych cenach. Pamięć mnie nie myliła, bo wg wspomnianego wydruku i listy produktów zakazanych bądź nie zalecanych powinnam przejść na ścisły wegetarianizm czy wręcz weganizm i odżywiać się głównie tofu. W życiu! Jedyna dieta, jaką uznaję, polega na jedzeniu tego, na co akurat mam ochotę :> Na szczęście miewam ochotę także na rzeczy zdrowe, choć nie powiedziałabym, że szczególnie zdrowo się odżywiam. Na szczęście nigdy nie miałam problemów z wagą. Jeśli chcę schudnąć, wystarczy że jem NORMALNE trzy posiłki dziennie (wcale nie jakieś mikroskopijne ani ultradietetyczne), bez podjadania i pogryzania różnych rzeczy pomiędzy. Najtrudniej jest mi zapanowac nad skłonnością do "zajadania problemów", czyli zachowywania się tak, jak te kobiety w amerykańskich filmach, co porzucone i nieszczęśliwe siedzą z kilogramowym opakowaniem lodów oglądając jakieś łzawe filmy... Nie lubię łzawych filmów, ale kilo lodów - czemu nie. Albo cała tabliczka czekolady za jednym podejściem :>
wtorek, 04 kwietnia 2006
***
Bardzo nie lubię, gdy coś mi się niemiłego śni, a potem się to sprawdza w rzeczywistości. Tak samo nie lubię, gdy śni mi się potwierdzenie czegoś, czego do końca nie wiem, a się obawiam, a potem też okazuje się to rzeczywistością... A propos spania - wygląda na to, ze dziś nad ranem ktoś wybitnie nie mógł spać :) Przed wyjściem do pracy na moment odpaliłam GG i zobaczyłam tam wiadomość od jakiegoś rannego ptaszka, wysłaną o.... 5.49 rano, o treści, notabene, "ćwir ćwir" :D Ktoś, kto spodziewa sie zastać mnie w necie o tej porze, musi być naprawdę optymistą, bo szanse na to są bliskie zera. Jeśli to ktoś z Was - największe prawdopodobieństwo trafienia na mnie istnieje w godzinach zdecydowanie wieczornych :)
|